sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 57

Przedzierała się przez mroczną puszczę nie wiedząc, gdzie iść. Strach paraliżował jej ciało do tego stopnia, że z ledwością unosiła nogi, aby stawić kolejny krok. Czuła jakby tysiące par oczu obserwowało ją zza gałęzi drzew. Nie potrafiła zlokalizować gdzie jest. Gęsta korona drzew zasłaniała niebo do tego stopnia, że nawet nie mogła stwierdzić, czy jest to dzień. Wszędzie było ciemno jak w nocy. Jej bose stopy były poranione i brudne od stąpania po twardej ziemi, gałęziach i szyszkach. Słyszała najróżniejsze dźwięki. To tu to tam zahukała sowa, gdzieś pękła gałąź. Bała się coraz bardziej. Nigdzie nie było widać reszty jej drużyny. Nie wiedziała gdzie jest Draco, Teodor i Max. Czy zostali wyrzucenie w zupełnie inne miejsca? Tylko przez ułamek sekundy widziała ich w szklanych cylindrach, które po chwili zapadły się w głąb uniwersytetu. To było ich decydujące starcie o być albo nie być. Usłyszała szelest gałęzi tuż za nią. Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować poczuła mocne uderzenie w tył głowy i ciężki upadek na brudną ziemię. 

                                  *                                       *                               *

Labirynt ciągnął się w nieskończoność. Ciasne, ślepe uliczki, od których kręciło mu się w głowie. Cisza sprawiała, że całe jego ciało pokryła gęsia skórka. Wiedział, że gdzieś tutaj czeka na niego coś potwornego. Spodziewał się, że będzie to jakieś zwierzę. Na samą myśl o wygłodniałej bestii, która chce go upolować robiło mu się słabo. Raz po raz słyszał szelesty, jakby coś podążało jego śladem. kolejny raz skończył w ślepej uliczce. Doprowadzało go to już do białej gorączki. W końcu ile można błądzić w kółko w tak potwornym miejscu. Wyjazd za granicę na międzynarodowy konkurs magiczny okazał się być niezłą harówką a a nie zabawą, na którą liczył przed wyjazdem. 
Z westchnięciem złości obrócił się w stronę, z której przyszedł natrafiając wprost na cztery pary wielkich, żółtych ślepi. Pająk zwisał z góry pocierając owłosionymi nogami jedna o drugą. Nerwowo przełknął ślinę mocniej ściskając w ręce swoją różdżkę.

                           
                              *                                         *                                 *

Jak był mały to bardzo uwielbiał wodę. Po dzisiejszym przeżyciu z wężem morskim stwierdził, że ma jej po dziurki w nosie. Był cały mokry, upaćkany jakąś mazią i w dodatku samotny. Siedział sam na małej łódce pośrodku jakiegoś zbiornika wodnego. Jeszcze nie określił co to dokładnie jest. Wiedział tylko tyle, że woda skrywa wiele groźnych stworzeń. Było mu bardzo zimno. Kombinezon w który go ubrali był uniwersalny, aby nie domyślił się, gdzie wyląduje tym razem. Przemókł, zmarzł a lądu jak nie widać, tak nie widać. Warknął z obrzydzeniem patrząc na swoje buty, które całe oblepione kleistą paprytą ledwo trzymały mu się na nogach. Śmierdział jak smocze łajno i ghul w jednym. 
- Normalnie żyć nie umierać! - Jego krzyk potoczył się echem po szarej toni. Łódka niebezpiecznie zakołysała się. Niebo zasłoniły ciemne chmury. Z doświadczenie wiedział, że za chwilę nastąpi jakiś atak, więc był w gotowości. Spod wody wysunęły się jakby grzbiety rekinów. Było ich chyba z tysiąc. Jak się później okazało, było to coś gorszego od rekinów. Naprawdę wolałby, żeby były to jednak rekiny. Jednak przyszło mu stanąć do walki z najprawdziwszą Charybdą. 

                           *                                        *                                           *

Miotła, którą dostał była jednym słowem do dupy. Szarpała, latała wolniej niż stara zmiataczka Weasley'ów i w ogóle się go nie słuchała. Tropił go olbrzymi smok, a ona buntowała się za każdym razem, gdy już prawie był pożarty. Jednak znał się na zaklęciach i jakoś zawsze udawało mu się wybrnąć z sytuacji. Jedno dobre, że liczył się ze szkołą i chodził na zajęcia. Gdyby nie to juz dawno byłby pokarmem Rogogona Węgierskiego. W myślach tworzył wiązanki najgorszych przekleństw, jakie usłyszał w domu. A ojciec jego klął jak oszalały. Przynajmniej ma coś po niem prócz nazwiska. Z nieba spadały pojedyncze krople deszczu. Wiatr był chłodny i czasami porywczy. Było mu zimno  i nieprzyjemnie. Nie lubił narzekać, ale teraz miał ku temu powody. Nie wiedział ile jeszcze dane mu będzie krążyć po niebie. Nie wymyślił jeszcze sposobu na to, jak zgładzić latającego potwora. Wiedział jedynie tyle, że ma mało czasu. Trzy kulki, które dostał jako kapitan drużyny niebezpiecznie zmieniały kolor na wściekle czerwony. Każda po kolei, jakby były ustawione czasowo, co pięć minut każda. Kulki były jeszcze miękkie co oznaczało, że nie może ruszyć dalej. Po ukończeniu jego zadania będzie mógł iść dalej, do najbardziej potrzebującej go osoby. Wtedy kuleczka stanie się twarda i gdy tylko ją zbije dym umieszczony w środku przeniesie go w kolejne miejsce na ich mapie. Nie wiedział kto jest gdzie. Widział tylko rysunek lasu, labiryntu, morza i gór. Gór, ponad którymi rozkładały się wielkie skrzydła Rogogona Węgierskiego. 


                        *                                           *                                              *

Dziękuje bardzo za przeczytanie :) 
Może na święta na moim drugim blogu pojawi się świąteczna miniaturka o Teodorze i Hermionie :)

piątek, 18 września 2015

Rozdział 56

- O nie, o nie - jęczał Terence. Siedział właśnie przy śniadaniu, gdy dostarczono pocztę.
- Blaise, słuchaj: wczorajszej nocy miało miejsce brutalne morderstwo w zachodniej części magicznego Londynu. Ofiarą była dwudziestoletnia czarownica półkrwi - Amelie Grey. - Terence przeczytał półgłosem kawałek artykułu. Blaise otarł usta chusteczką.
- Wiadomo, że Ministerstwo nic z tym nie zrobi tak samo, jak z poprzednimi napadami. To jest wręcz śmieszne - prychnął Diabeł. Spojrzał kątem oka na Rona Weasley'a, który wchodził właśnie do Wielkiej Sali. Głowę przewiązaną miał białym bandażem i kulał na prawą nogę. Humor Blaise'a od razu się poprawił.
                                              
                                                            *               *               *

- Nic się nie stało, Kochanie - mruknęła nieco zażenowana Luna. Od wspomnień z wczoraj na jej policzkach pojawiały się czerwone rumieńce. Ron znów postanowił się do niej dobrać, ale nie wyszło mu. Dla niej to bardzo dobrze, ale dla Ronalda wręcz przeciwnie. Od wczoraj jest cały pokiereszowany, a w dodatku ma parszywy nastrój.
- Taa, narobiłem Ci ochoty i nic nie było - burknął chłopak, a Krukonka ledwo powstrzymała chichot. Pokręciła głową z rozbawieniem. Wczorajszego wieczora Ron zaprowadził ją do łazienki prefektów na wspólną kąpiel. Rozebrał się do naga i zaczął się przed nią prężyć. Opowiadał jej historie każdej blizny na swoim ciele.
W końcu postanowił zaprezentować jej skoki do basenu.Wziął rozbieg, lecz nie pomyślał o tym, że podłoga jest mokra od wody i poślizgnął się na niej. Obdrapał się o kant basenu i wpadł do gorącej wody. Stare rany na jego ramionach otworzyły się i zaczęły strasznie piec pod wpływem płynu do kąpieli. W tym wypadku Luna spędziła noc w Skrzydle Szpitalnym wysłuchując pojękiwań Ronalda, który wiecznie tylko narzekał.
- Och losie, gdzie się podziewa Teodor? - pomyślała blondynka i osiadła do stołu.

                                       *                                *                            *

- Aleeeeeee frajjjjjjda - wrzeszczał brunet, zjeżdżając przez ogromną rurę wypełnioną wodą. Pędził w zawrotnym tempie przez cały Instytut, a tuż za nim mknął Hektor. Dzisiejszego dnia miały być ogłoszone wyniki, które sześć szkół przejdzie do kolejnego etapu konkursu. Ten dzień Teodor spędził ze swoim nowym przyjacielem. Fantastycznie dogadywał się z Hektorem. W ciągu tych kilku dni złamali dziesiątki zasad z szkolnego regulaminu. Najśmieszniejsze jednak było to, że Teodor przypadkiem podpalił szaty dyrektora Instytutu  na oczach setek ludzi, którzy jedli posiłek w jadalni. Na całe szczęście nie został za to ukarany. Jednak Nott nie czuł się do końca zrelaksowany i szczęśliwy. Czegoś w tym wszystkim mu brakowało. Z każdej strony otaczali go ludzie, którzy służyli mu zawsze miłym słowem. Z Hektorem mógł porozmawiać o wszystkim. Dosłownie o wszystkim. Nieraz ich rozmowy były tak bezsensowne, że jako bezstronny obserwator uznałby, że oboje są zdrowo potrzaskani.
Zjeżdżalnia wodna zakończyła swój tor i obaj mężczyźni wpadli do dużego basenu.
- Uwielbiam to miejsce - krzyknął Teodor i dał nurka pod wodę.

                               *                                       *                                      *

- Bardzo miło jest mi przywitać was wszystkich na ogłoszeniu wyników fazy pierwszej. - Rozbrzmiały trąby orkiestry, przez które próbowały się przedrzeć krzyki i oklaski uczestników magicznego konkursu. 
- Do następnego etapu zakwalifikowało się sześć drużyn. Pierwsze miejsce ex aequo drużyna gospodarzy tego jakże wspaniałego wydarzenia oraz Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart!- Wiwatom nie było końca. Teodor przybił piątkę Hektorowi, który siedział przy sąsiednim stoliku, a Hermiona rzuciła się w objęcia Maxa. Draco poczerwieniał na twarzy,  a jego włosy napuszyły się. Dyrektor magicznego uniwersytetu mówił coś jeszcze ale chłopak go nie słuchał. Zdał sobie sprawę, że on naprawdę polubił Granger. Zbliżyli się do siebie podczas świąt. Bardzo miło wspominał ten czas za każdym razem, gdy tylko o tym pomyślał. Jednak zrodziło się w nim jeszcze jedno uczucie -tęsknota. Bardzo tęsknił za Hogwartem, swoimi kumplami z dormitorium i wygłupami na szkolnych korytarzach. Chciał jak najprędzej wrócić do swojego domu, którym był dla niego Hogwart.

                       *                                                     *                                      * 


 - Pansy! Zaczekaj!
Biegł ile sił w płucach ale i tak nie mógł jej dogonić. Codzienny jogging, który uprawiała dziewczyna wzmocnił jej kondycje. Czarne loki huśtały się na jej plecach w prawo i lewo, a Harry nie mógł oderwać od tego wzroku. Był tak zdekoncentrowany, że potknął się o swoje niezawiązane buty i runął, jak długi na zimną posadzkę. Jego okulary potoczyły się po płytkach, ręka wygięła się pod dziwnym kątem, a na twarzy pojawił się wyraz bólu i zaskoczenia. Pansy obejrzała się przez ramię i błyskawicznie się zatrzymała. Patrzyła kilka długich sekund na Wybrańca bijąc się ze swoimi myślami. Uczucie do niego zwyciężyło nad rozsądkiem. Zawróciła, aby jak najszybciej mu pomóc, w końcu go kochała. 

                              *                                             *                                   *

sobota, 28 marca 2015

ZAPRASZAM

WITAJCIE! 

Jeśli ktoś byłby chętny na poczytanie czegoś z mojej twórczości, to serdecznie zapraszam tutaj: KLIK
Co do IWŚ to nie mam zielonego pojęcia, co z nim począć. Staram się ukończyć kolejny rozdział, lecz za każdym razem, co do niego przysiądę, to napiszę co najwyżej jedno zdanie. Nie wiem co z nim będzie dalej. Czy cokolwiek się pojawi? Sama od długiego czasu staram się odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Dziękuję wszystkim wiernym czytelniczkom, które jeszcze tutaj zaglądają, bo jakiś ruch jest. Dziękuję także tym osobom, które zaglądają na mojego drugiego bloga. 
DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE NADAL ZE MNĄ JESTEŚCIE!