piątek, 12 grudnia 2014

Rozdział 55

Teodor milczał, patrząc w ciemne oczy Hektora, które błyszczały w świetle jarzeniowej kuli. To co usłyszał z ust ucznia uniwersytetu wprawiło go w dziwny nastrój.
- Mówisz poważnie? - Zadał pytanie, chcąc jeszcze się upewnić.
- Na sto procent, sam dyrektor mi to powiedział. - Hektor wyglądał na bardzo . Jako prefekt miał dostęp do wielu informacji związanych z uniwersytetem oraz całym turniejem. Był on bowiem głównym opiekunem od spraw oceanarium, w którym hodowano wiele różnych gatunków morskich zwierząt. Zarówno słodko, jak i słono wodnych.
- Zadanie, to zadanie. Trzeba się z nim zmierzyć. - Słowa Teodora zabrzmiały bardzo poważnie. Chłopak był bardzo wdzięczny Grekowi, za tę informację. Dzięki temu zdobył znaczną przewagę nad innymi uczestnikami.
             *                  *                *
- Wiadomo, że będziesz najgorszy ze wszystkich! - Usłyszał docinkę Draco, który miał dzisiejszego dnia wspaniały humor. Bowiem Malfoy utarł nosa zarozumiałej pannie G, gdy to rano chciała wejść do łazienki.
- Nie słuchaj go Nott, znowu plecie głupoty - wtrąciła się wyżej wspomniana panna G. Teodor machnął ręką i założył na głowę kask. Słyszał teraz tylko szum przepływającej w żyłach krwi.
- Smoki - pomyślał. Wszedł do pomieszczenia wykonanego w całości ze szkła, w którym na podeście znajdowała się miotła. Nimbus 2001. Owy pokój był najwyraźniej windą, ponieważ zaczął unosić się w góre. Teodor nastawiony był na zwycięstwo. Nic innego nie wchodziło w grę.
          *                *               *
- Mhm. - Cichy pomruk Harry'ego zwrócił uwagę Victorie.
- Widzę, że Ci smakuje, bo aż mruczysz - zaśmiała się lekko.
- Och, co? A tak, tak, pyszne - zreflektował się Wybraniec. Prawda była taka, że chłopak obserwował Pansy, która siedziała przy stole Slytherinu i objadała się dżemem brzoskwiniowym. Wkładała łyżeczkę do ust i subtelnie zlizywała konfiturę. Harry nie mógł oderwać od niej wzroku. Doskonale wiedział, jakie cuda potrafi czynić jej język. Robiło mu się, aż w pewnych momentach gorąco na samą myśl o tym, jak kiedyś go całowała.
-...związanego z...Harry słuchasz mnie? - Głos blondynki wyrwał go z zamyślenia. Zamrugał kilka razy, uważnie patrząc na Victorie.
- Oczywiście - odpowiedział, uśmiechając się do niej. Zmierzyła go swoim bacznym spojrzeniem, po czym westchnęła.
- Musimy przestać się spotykać, przykro mi - powiedziała w końcu, a jej oczy posmutniały.
- Co..dlaczego? - spytał zaskoczony jej słowami.
- Widzę jak na nią patrzysz. - Smith wstała i odeszła od stołu zostawiając go samego z poczuciem beznadziejności.
               *                     *                *
- Nosz cholera jasna - warknął Teodor, transmutując ołowianą kulkę w klucz. Jego zadanie trwało już około godziny. Był zmarznięty, przemoczony i wściekły. Kilka minut temu wreszcie zdobył jajko smoka, w którym znajdowała się kulka, zwykła kulka. W dodatku w ciapnął w smocze łajno.
- GENIALNY DZIEŃ! - wykrzyczał na głos, wchodząc do ciemnego pomieszczenia. Drzwi za nim zamknęły się z trzaskiem. Na ścianach rozbłysły złote cyfry. Teodor słyszał wyraźne tykanie zegara, który nieubłaganie odliczał minuty do końca zadania. Nott uważnie przyjrzał się owym liczbom: 9118. Teodor powtarzał je w myślach, rozszyfrowując ich prawdziwe znaczenie. Minuty mijały, a zegar zaczął go niemiłosiernie denerwować. Po chwili pacnął się z otwartej dłoni w twarz. Jest to data. Rok przyłączenia się Grecji do związku unijnego, który zrzesza całą magiczną Europę. Wypowiedział to na głos i cylinder ukryty w ścianie ukazał się.
                  *             *              *
Draco niedbale opierał się o barierkę odgradzającą poczekalnie od windy na cylindry. Czas mu się strasznie dłużył. Cały ten okres zastanawiał się, co takiego wykonuje Teodor. Może walczy z krwiożerczym krabem ludożercą?
- Nie, to absurdalne - mruknął pod nosem.
- Co jest absurdem, Draco? - usłyszał ciche pytanie. Odwrócił wzrok w stronę drzwi, przy których opierała się Hermiona. Kolor jej włosów stał się na powrót kasztanowy. Na całe szczęście wszystko wracało do normy.
- Nic, takie tam - odpowiedział krótko, drapiąc się w swój arystokratyczny nos. 
- Ładnie dziś wyglądasz - dodał. Na jej policzki wpłynął szkarłatny rumieniec, który dodał jej uroku. 
- Dziękuje - mruknęła. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś prawi jej komplementy, a w szczególności Dracze. Chłopak chciał jeszcze coś dopowiedzieć, lecz przerwał mu pisk alarmów i oślepiające czerwone światło. Cylinder mknął w górę, zwiastując przybycie Teodora. Drzwi windy rozchyliły się, a nad nią ukazała się długo wyczekiwana cyfra, oznajmiająca miejsce, które zajął Nott. Draco westchnął przeciągle, spoglądają w oczy przyjaciela. Brunet wydawał się zmęczony, jakby przez cały dzień nosił cegłówki. 
- Gratuluje - mruknął Smok. - Nie wierzę, że przegrałem tysiąc galeonów, cholera - warknął, wychodząc z pomieszczenia.
- Założyliście się o to, że będziesz pierwszy? - Hermiona uniosła brwi, a Teodor uśmiechnął się tak szeroko, jak nigdy wcześniej.
- Jak widać wygrałem. 


            *                     *                    *
Luna nuciła pod nosem tylko znaną sobie melodię. Wracała do dormitorium z kolacji, chcąc jak najszybciej zniknąc z pola widzenia Rona. Wczorajsza sytuacja była dla niej naprawdę żenująca. Nie potrafiła spojrzeć na Rona i równocześnie się nie zaczerwienić. Chyba musi podziękować Blaise'owi za to, że wtedy wszedł do tego schowka, bo ona nie potrafiłaby odepchnąć rudzielca. Wtedy za bardzo bała się jego reakcji. Nie wiedziała czy uderzyłby ją, czy może obraziłby się. Tylko, że ona nie była jeszcze gotowa na tak odważny krok w ich związku.
- Lunałka, czekaj! - Odwróciła się przez ramię na dźwięk znajomego głosu. Ron biegiem pędził korytarzem, potykając się o swoją szatę. Będąc już prawie przy schodach wywinął koziołka lądując pod jej stopami.
- Och Ronald, nic Ci nie jest? - Uklękła przy nim, odgarniając mu włosy z czoła. Starała się uniknąć jego spojrzenia.
- Kiedy jesteś przy mnie zawsze wszystko jest dobrze. - Uśmiech rozjaśnił twarz chłopaka, a w oczach pojawił się błysk. Luna nie potrafiła się nie uśmiechnąć. To było naprawdę słodkie z jego strony. 
- Wstawaj Romeo, idziesz mnie odprowadzić do wierzy. - Podała mu dłoń i pomogła wstać. 
- Jaki Romeo? - Chłopak zmarszczył brwi, splatając ich dłonie.
- Bohater takiej mugolskiej książki, kiedyś Ci opowiem. - Wolnym krokiem ruszyli w stronę zachodniego skrzydła zamku. 
- Moglibyśmy w sumie pospacerować sobie tak, jak wczoraj - mruknął jej do ucha, łapiąc za jej jeden lok. 
- Nie czuje się dzisiaj zbyt dobrze. Wolałabym się wykąpać i położyć spać. - Wiedziała, że jej wymówka nie jest wystarczająco dobra, ale może Ron ją kupi.
- W takim razie mam inny pomysł. Ufasz mi? - Spytał, a ona zamilkła. Patrzyła w jego niebieskie oczy, starając się domyślić o co mu chodzi.
- Ufam. - Padła odpowiedź, na którą chłopak tak długo czekał. Wziął Krukonkę na ręce i ruszył w stronę przeciwną od poprzedniego celu.

           *                   *                 * 

Siema, siema.
Witam was wszystkich w ten cudowny prawie wieczór :3 Udało mi się dzisiaj w wolnej chwili napisać końcówkę rozdziału. Chcecie szczęśliwe rozwiązanie ostatniego wątku, czy może troche bardziej szalone? :D Czekam na wasze komentarze i opinie :> 

Pozdrowionka! :333

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 54

- Smoku, to dopiero godzina. - Teodor poklepał przyjaciela po plecach, chcąc dodać mu otuchy. Hermiona jeszcze nie wróciła. Draco stał oparty o barierkę i co chwilę nerwowo spoglądał na zegar wiszący w kabinie. Cylinder nadal stał nieruchomy.
- Wiem, ale czuję, że ona się boi - mruknął cicho.
- Malfoy, zaczynasz robić się miękki. - Teodor oskarżycielsko dźgnął go palcem w ramie. Draco uniósł brwi i odwrócił się w jego stronę.
- Na trzy?
- Raz..
-Dwa...
-Teraz! - krzyknęli obaj i natarli na siebie. Zaczęli się przepychać. Teodor uwięził Draco w stalowym uścisku, lecz ''brunet'' jakimś cudem się wykręcił i pacnął go dłonią w tył głowy. Gdy już Nott miał mu oddać zaczęły palić się oślepiające światła i rozległ się piskliwy dźwięk. Kapsuła zaczęła wjeżdżać powoli do góry. Obaj dopadli do barierki, a do kajuty wpadł Max. Cylinder wjechał na samą górę i rozbłysnęła nad nim srebrna dwójka. Hermiona cała oblepiona jakimś różowym glutem wpadła w ramiona Draco.
- Meduzy, długa historia - wysapała. - Dałbyś mi bluzę, bo trochę przemarzłam?
- Pięć funtów i jest twoja - powiedział złośliwie, ściągając ubranie.
- Możesz dostać jedynie dostać kopa z rozmiaru pięć - uśmiechnęła się słodko, zabierając zieloną bluzę z naszywką Slytherinu.


                          *                                           *                              *


Tymczasem w Hogwarcie na stoliku do kawy zamiast kawy pojawiła się Ognista Whisky. W pokoju dało się usłyszeć głośne śmiechy i najlepsze przeboje Fatalnych Jędz. 

- Oo taak, o taaak, aha, aha, da da da dajesz! - Krzyczeli chłopacy, zachęcając tym samym Blaise'a do kolejnych wygibasów. Brunet tańczył na fotelu w samych bokserkach. To się właśnie działo na męskich wieczorkach w domu Slytherina. 
- Nie no stary, nie podpuszczam Cię ale nie gwizdniesz starej McDymce gaci, haha - zawołam Lucas Martens, podając Zabiniemu kolejną szklankę alkoholu, którą chłopak wypił jednym duszkiem.
- Ja nie gwizdnę? Ja?! Zaraz się przekonamy! - Blaise należał do ludzi, którzy lubią wyzwania. Zrobiłby najgłupszą rzecz, byleby pokazać, że da radę. Wciągnął pierwsze lepsze ubrania i wybiegł z pokoju krzycząc: 
- Za Anglię! 

           *                      *                     *



Luna słyszała przyspieszony oddech Rona, który całował ciepłymi wargami jej dekolt. Znaczył mokre ślady wzdłuż linii obojczyków, zostawiając w niektórych miejscach ciemne malinki. Jego ręce błądziły po jej plecach, zatrzymując się dopiero na kształtnych pośladkach ubranych w gruby materiał jasnych jeansów. Składzik na miotły, w którym się znajdowali był niezwykle ciasny i ciemny. Luna czuła się niezwykle skrępowana, gdy zgrubienie w spodniach Rona zaczęło napierać na jej brzuch. Gdzieś tyłem głowy zahaczała o jakąś półkę, co sprawiało jej lekki ból. Weasley włożył ręce pod jej sweter i powędrował do piersi. 
- Roon...
Chciała prosić, aby przestał, lecz on inaczej to odebrał, szybko całując ją w usta. Pocałunek był naprawdę wyrazisty. Nutka pożądania rozpalała zmysły chłopaka, który posunął się o krok niżej, zjeżdżając do zapięcia spodni blondynki. 
- Ron jaa...
- Cichoo Kochanie. - Całkowicie zignorował jej słowa ponownie całując ją w usta. Suwak jeansów został rozpięty, a spodnie zjechały do kolan. Rudzielec jedną dłonią masował podbrzusze dziewczyny, a drugą zaczął ściągać swoje dresy i bokserki. Luna poczuła, jak o jej brzuch otarło się coś sztywnego i gorącego.
- Ron naprawdę proszę..
- Tak, już za moment. - Ronald całkowicie źle zinterpretował jej słowa. Uniósł ją w górę za pośladki, przygważdżając do ściany. Kiedy Luna pogodziła się już z tym, co zaraz się stanie, drzwi składzika otworzyły się. 
- Och pardąsik, nie ta impreza ale konik się już pojawił...no może kucyk. - Blaise zaśmiał się w głos na widok Rona. Chłopak opuścił Lune na podłogę i błyskawicznie podciągnął spodnie. Jego twarz stała się czerwona ze złości i wstydu, że ktoś nakrył go w takiej sytuacji. Dodatkowo tym kimś był Zabini, wstrętny Zabini. 
- No nie ja go zaraz zabiję! - Wrzasnął i zaczął biec za śmiejącym się w głos Ślizgonem. Luna odetchnęła z ulgą i pognała za nimi, żeby nic sobie czasami nie zrobili. Blaise wiedział, że podłoga na korytarzu była świeżo wymyta i w dodatku jeszcze mokra. Ron nie wyrobił za nim na zakręci i z impetem rąbnął o beton. Coś trzasnęło w lewej ręce chłopaka. Zanim Luna do niego dobiegła, Zabini gdzieś zniknął.


              *             *             *  
- Nie no Stary, on wymięknie przecież. - Blaise nie wracał już z pół godziny. Terence zdążył w tym czasie zasnąć na fotelu. Wiadome, że widok grzecznie śpiącego kolegi nie był do zniesienia dla innych, więc wywinęli mu żart. Mianowicie Higgs miał teraz domalowane gustowne wąsiki idealnie pasujące do jego krzaczastych brwi, które dorobili prostym zaklęciem. 
- Wiecie co? Ostatnio dowiedziałem się, że Nott przyliczył numerek z Sophie,  nieźle no nie? 
- I skądy TY to niby wiesz, Chuck? - spytał Lucas kręcąc z politowaniem głową. 
- Mam swoje źródła - odezwał się wspomniany Chuck, który był krępym osiłkiem.
- Zmyślił tę bajeczkę - odezwał się głos Zaba, który stał oparty o framugę drzwi. Na palcu okręcał  jasne majtki, które wyglądały jakby były noszone przez kilkadziesiąt lat.

         *                     *                  *


No siemanero :3

Rozdział nie zachwyca, ale jest. Święta się zbliżają, więc może uda mi się coś napisać. Proszę zmotywujcie mnie do tego :( Karmcie moją wenę :> 

Pozdrawiam cieplutko Mopsik :}