piątek, 9 maja 2014

Rozdział 45

- Kochana, zdaję sobie sprawę, że to może być nasze pożegnanie. Chcę, abyś wiedziała, że nigdy o Tobie nie zapomnę. Będę Cię widział w kwiatach każdej łąki, czuł w zapachu upalnej nocy oraz słyszał w szumie morza. Nikt nigdy nie znaczył dla mnie tyle, co Ty. Wielu mówi, że jesteś szalona, lecz ja uważam, że to nieprawda. Wyrażasz przez to swego rodzaju szczęście, które w tobie uwielbiam. Kocham także twój uśmiech. Och tak, zdecydowanie masz piękny uśmiech. Wiele razy Ci to mówiłem. Chciałbym napisać Ci jeszcze wiele rzeczy, lecz nie mogę ubrać tego w słowa. Myślę, że wystarczą Ci słowa wypowiedziane wczorajszej nocy. Mam nadzieję, że nie miałaś przez to problemów. Kocham Cię, Bello. - zakończył Teodor. Przyjrzał się ruchomej fotografii. 



- Zrobiłem dla Ciebie odbitkę. Myślę, że chciałabyś je mieć. - odczytał napis z odwrotu zdjęcia. 
- Dlaczego nigdzie nie ma żadnego podpisu? - zirytował się Draco. Owszem, w kufrze było chyba z dwadzieścia listów, lecz żaden nie miał podpisu. Zdjęcia również nie mówiły wiele o nadawcy wiadomości. Z wszystkich tych śmieci nie dowiedzieli się nic konkretnego. 
- No cóż, trzeba jej przyznać, że była piekielnie pociągająca. - powiedział Harry, z uznaniem kręcąc głową. Hermiona szturchnęła go w ramię. 
- No co? - wzruszył ramionami. 
- To nie pora na twoje fantazje, Potter. - uśmiechnął się Zabini. Harry przewrócił oczami i odłożył zdjęcie na ławę. 
- To nie mój tata z nią pisał. - wykrzyknęła uradowana Ginny. Wstała szybko z miejsca i podbiegła do Hermiony, pokazując jej jeden z listów. 
- Zobacz na literkę W. - wskazała palcem. - Całe pismo jest niemal identyczne, tylko mój tata W pisze z zawijasem na końcu. - mówiła z uśmiechem. 
- Jesteś pewna? - zapytała Hermiona, a gdy Ginny potaknęła, dodała. - W takim razie, kto jest autorem listów? 
- Wychodzi na to, że brat Pana Weasley'a. - odparł spokojnie Teodor, dopijając swoje kakao. 
- To niemożliwe. - zaprzeczyła szybko Ruda. Teodor uniósł brwi w geście zdziwienia. - Ron mówi, że kiedyś podsłuchał w kuchni, jak rodzice mówili, że on wolał chłopców. - zrobiła niewyraźną minę. 
- Łasic jest idiotą, mógł to wymyślić. - zauważył trafnie Blaise. 
- W takim razie to któryś z braci twojej matki. - odezwał się ponownie Teodor. 
- Moment! - do rozmowy wtrącił się Harry. - Skąd znasz te wszystkie rody? To przecież niemożliwe. 
- Jako dziecko, miałem dwie godziny w tygodniu nauki o czarodziejskich rodach, więc coś muszę umieć, prawda? - westchnął. 
- Oni też nie. Zostali zabici przez śmierciożerców, a Bellatriks wyraźnie napisała, że postara się go bronić. - wyjaśniła Ginny. Hermiona w międzyczasie poszła do kuchni po ciastka. 
- Postara. - Teodor spojrzał na Rudą unosząc jeden kącik ust w górę. Dziewczyna zmrużyła powieki i przeczesała ręką włosy. Nagle z kuchni usłyszeli huk tłuczonego szkła. Draco zerwał się jako pierwszy, a reszta tuż za nim. Blondyn omal nie rozwalił drzwi, wbiegając do pomieszczenia. Hermiona stała obok szafki trzymając w jednej dłoni gazetę. Zbita porcelana i ciastka walały się pod jej stopami. 
- Co jest? - zapytał Draco, odbierając jej gazetę. Harry przytulił dziewczynę do swojej klatki piersiowej. Draco rozłożył na blacie Proroka Wieczornego i zaczął czytać odpowiedni fragment. Teodor zajrzał mu przez ramię. 
- Dzisiejszej nocy miało miejsce kolejne morderstwo w Hogsmeade. Tym razem ofiarą jest Nathan Underwood. Mężczyzna prawdopodobnie wracał późną porą z pracy. Ministerstwo stara się..- skończył Draco i spojrzał gniewnie na Teodora. Brunet uniósł brwi w geście zapytania. 
- Przestań na mnie chuchać. - powiedział blondyn. 
- Och, wybacz. - jak na złość Teodor znów na niego chuchnął. Draco zacisnął pięści. 
- Dobrze wiemy, że Ministerstwo nic z tym nie zrobi. Sprawa ucichnie i po problemie. - Harry poprawił okulary w nerwowym geście. Draco wymienił z nim znaczące spojrzenie, lecz brunet przecząco kiwnął głową, dając mu znak, że Morticia Kaufman nie wychodziła z Hogwartu. Teodor odchrząknął, uporczywie wpatrując się w Draco. Jednakże blondyn nie wyczuwał na sobie naglącego spojrzenia przyjaciela. Malfoy ponownie skupił wzrok na gazecie. Z niedowierzaniem wpatrywał się w uśmiechniętą twarz starszego pana, widniejącą na fotografii. To nie do pomyślenia, że w jednej chwili ktoś jest a w drugiej, niespodziewanie znika. Odchodzi, pozostawiając po sobie tylko kilka wspomnień, które z czasem i tak wyblakną. Nie słuchał rozmowy, którą prowadził Harry i Blaise. Głosy dochodziły do niego, jakby z daleka. Nie mógł wyobrazić sobie, co stanie się po jego śmierci. Czy ktokolwiek będzie o nim pamiętać? Czy kiedykolwiek zrobił coś, co warto było zapamiętania? Czy zginie będąc człowiekiem szczęśliwym? Pytanie kłębiące się w jego głowie, zaczęły mu powoli ciążyć. 
- Draco, dobrze się czujesz? - usłyszał w swoich myślach zmartwiony głos Hermiony. Spojrzał na nią i niezauważalnie skinął głową. Przeniósł wzrok na Teodora, który wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć. Jego policzki zaróżowiły się, a rysy wyostrzyły. Blondyn zmarszczył brwi, gdy Nott wskazał na drzwi i ruszył do wyjścia. Poszedł za nim. Teodor stał oparty plecami o ścianę w korytarzu.
- Coś nie tak, Teo? Źle się czujesz? - zmartwił się. 
- Chrząknięcie i uporczywe gapienie się na Ciebie nie działa, prawda? - warknął, powoli się uspokajając. Blondyn przewrócił oczami. Nott rozejrzał się po bokach, upewniając się, czy aby nikt ich nie podsłuchuje. Zbliżył się do Dracona  i wyciągnął w tylnej kieszeni spodni różdżkę. Malfoy uniósł pytająco jedną brew. 
- Znalazłem ją w domu ciotki Belli. Ludzie z Ministerstwa musieli tam być. - opowiedział mu i szybko schował różdżkę, ponieważ z kuchni wyszedł Harry. 
- Chodźcie na kolację. - rzucił beztrosko i poszedł w stronę salonu. Zielonooki dzięki pomocy Hermiony powoli zapomniał o przykrości, którą sprawiła mu Pansy. Starał się o niej nie myśleć. 
- Zgadamy się później. - Ślizgoni wymienili znaczące spojrzenia i ruszyli za Wybrańcem. 

                                 *                                           *                                        * 

Tik - Tak. Wskazówki zegara monotonnie krążyły po jego tarczy, zbliżając się do kształtnej siódemki. Ciemnowłosa dziewczyna, z jak największą ostrożnością malowała paznokcie. Od ponad godzinny matka pokazywała jej najróżniejsze suknie ślubne. Dziewczyna raz po raz spoglądała na nie, kręcąc przecząco głową. Prawda była taka, że myślami była zupełnie gdzie indziej. Jeszcze tylko trzy dni i wróci do ukochanego Hogwartu. Nie będzie zmuszana do ciągłego wybierania dekoracji, świeczek, serwetek i innych pierdół. Nie miała na to najmniejszej ochoty. Westchnęła ze zrezygnowaniem, gdy zauważyła, że to już ostatni paznokieć. 
- Nie sądzisz matko, że na dziś to już koniec? - odezwała się chłodno, przerywając monolog rodzicielki. Pani Parkinson zamilkła, trzymając w dłoni jedno ze zdjęć. Zacisnęła usta w wąską linię i skinęła sztywno głową. Złożyła papiery i opuściła salon. Pansy odczekała, aż wyschną jej paznokcie i również wyszła. Swoje kroki skierowała do pokoju na piętrze. Jej własnej sypialny, do której nikt nie miał wstępu. Zamknęła drzwi na klucz i rzuciła się na łóżko. Te wszystkie przygotowania zaczynały jej ciążyć. Do tego czuła się samotna. Nie miała komu się wyżalić i do kogo przytulić w chwilach załamania. Jej Harry gdzieś zniknął. Odkąd opuściła dom młodego Pottera, Stworek na bieżąco informował ją o wszystkim, co się tam działo. Ostatnio doniósł, że Harry nie pojawił się w domu od kilku dni. Zaczęła się martwić. Przecież mogło stać mu się coś poważnego. Pierwsze łzy spłynęły po jej bladych policzkach. Przycisnęła twarz do poduszki. Tak strasznie za nim tęskniła. Nie mogła przyzwyczaić się do samotnego śniadania w jadalni. Do idealnych salonów Parkinson Manor. To wszystko było niczym w porównaniu do mieszkania na Grimmauld Place. Dogasający płomień świeczki stojącej na parapecie domagał się uwagi dziewczyny. Gasł, by ponownie móc zapłonąć. To była ulubiona rzecz w pokoju dziewczyny. Świeczka nie zgaśnie, dopóki Pansy będzie żyła. Z ostatnim jej tchnieniem świeczka zgaśnie. Ktoś zapukał do drzwi. Czarnowłosa nie odpowiedziała. W tej chwili nie chciała nikogo widzieć. 
- Pansiczku, kochanie? - dobiegł ją głos ojca. Pan Parkinson był specyficznym rodzajem ludzi. Dla swojej jedynej córki zrobiłby wszystko, lecz ważne dla niego były także stare tradycje rodzinne. On także został przymuszony do ślubu i rozumiał cierpienie córki.
- Nie chcę rozmawiać! - odkrzyknęła, zakopując się pod fałdami kołdry. Pan Parkinson westchnął głośno i oddalił się od drzwi. Po kilku minutach Pansy zasnęła. Chociaż w sennych marzeniach mogła znów być z Harrym Potterem. Chłopakiem, któremu na zawsze oddała swoje serce. 

                              *                                      *                                          *
Następnego ranka Magiczne Dowcipy Weasley'ów tętniły życiem już od godziny 7:00. Prawie każdy czarodziej robił tutaj zakupy, ponieważ chciał jak najlepiej zaopatrzyć się na powitanie Nowego Roku. Bliźniacy Weasley mięli ręce pełne roboty. Sami musieli dopilnować całego interesu. Ron nie kwapił się do pomocy mimo, że miał czas, a reszta ich rodzeństwa miała własne problemy. Czerwony na twarzy Fred wrócił właśnie z głębin sklepu. Zmuszony był do interwencji, ponieważ jakiś mały dzieciak zjadł prawie gumową piszczałkę. Ciekawił go tylko fakt, jakim cudem chłopczyk dostał w swoje ręce ów zabawkę, skoro leżą one na najwyższych półkach. 
- George!? - zawołał brata. Już po chwili wysmarowana smołą twarz George'a wychyliła się z zaplecza. 
- Masz to już? - Fred spojrzał nerwowo na brata. Od ponad dwóch tygodni próbowali dopracować ich najnowszy wynalazek. Niestety, jak na razie szło im to z marnym skutkiem. Wyznaczony termin właśnie dobiegł końca, a oni mają jedynie nędzną imitacje najnowszego dowcipu. Młodzi mężczyźni starali się dopracować długopis, który będzie pryskał fosforyzującą farbą i po włączeniu z dolnej części będą wyskakiwać małe fajerwerki. 
- Moment, jeszcze tylko chwilę i myślę, że będzie gotowy. - odpowiedział. Fred uśmiechnął się z nieukrywaną ulgą. W jego piegowatych policzkach pojawiły się dwa okrągłe dołeczki. Obsłużył kilku klientów i postawił przed ladą skrzynkę. Oparł się plecami o kontuar i zaczął obserwować, jak ludzie przebierają w fajerwerkach. Najlepiej sprzedawały się te, które miały kształt smoka. Był to hit w tym sezonie. Po niespełna piętnastu minutach dołączył do niego George. Chłopak zdążył się już przebrać w czyste ubrania. Niósł ze sobą kartonowe pudło po brzegi wypełnione kolorowymi długopisami. Wymienił krótkie spojrzenie z Fredem i stanął na skrzyneczce przed ladą. 
- PROSZĘ O UWAGĘ! - wykrzyknął. Kilka głów stojących najbliżej osób, obróciło się w ich stronę. Gdy zebrała się wystarczająca liczba klientów, bliźniacy zaczęli opowiadać o ich nowym wynalazku. Na samym początku George musiał wytłumaczyć, co to jest długopis. Jak wiadomo jest to mugolskie urządzenie służące do pisania. Niestety, w czarodziejskim świecie mało kto o tym wiedział, więc jest to pierwsza tego typu rzecz na rynku. George oddał głos Fredowi i rozejrzał się po zachwyconych twarzach klientów. Pośród tłumu zauważył dziewczynę, która zupełnie nie była zainteresowana ich wykładem. Ze znudzeniem przyglądała się buteleczce z eliksirem miłości. Uśmiechnął się przepraszająco do brata i ruszył w głąb sklepu. 
- Cześć. - odezwał się, nonszalancko opierając łokieć o jedną z półek. Dziewczyna przeniosła na niego swoje spojrzenie. Miała ona ciemne, gęste włosy sięgające za ramiona, duże zielone oczy oraz rumiane policzki. 
- Cześć. - odpowiedziała po chwili. Odłożyła buteleczkę z amortencją na miejsce.
- Masz bardzo ładne oczy. - wypalił niespodziewanie, patrząc wprost w jej tęczówki. Dziewczyna odchrząknęła i nerwowym ruchem wygładziła swój czerwony płaszczyk. 
- Emm, dziękuję. Czy my się znamy? - spytała, patrząc na niego uporczywie. 
- No tak, gdzie moje maniery? Jestem George Weasley, właściciel tego oto sklepu. - wskazał na półki i wciągnął do niej dłoń. 
- Kalyne Black. - nieśmiało ją uścisnęła. George zmarszczył brwi i przyjrzał się jej uważnie. Dobrze pamiętał, że linia Blacków wygasła wraz ze śmiercią Syriusza. Wydało mu się to lekko podejrzane, więc dla upewnienia spytał o ważny szczegół.
- Nie jesteś stąd, prawda? 
- Nie. Dopiero niedawno się tutaj wprowadziłam. - wyjaśniła i pozwoliła młodemu Weasley'owi oprowadzić się po sklepie. Opowiadał jej dużo sprośnych kawałów, z których o dziwo się śmiała. Gdy chichotała, przymykała powieki sprawiając, że jej ciemne rzęsy rzucały cienie na policzki. George zachwycał się jej urodą, z każdą sekundą coraz bardziej. Było w niej wszystko, co cenił w kobietach. Po pierwsze doceniała jego żarty, po drugie była zabójczo piękna,  a po trzecie nie karciła go, gdy przeklinał. Spędzili razem całą godzinę, chodząc po sklepie i rozmawiając o wynalazkach Weasley'ów, ich życiu oraz śmiejąc się z żartów George'a.
Fred w tym czasie stał za kontuarem i uśmiechał się sam do siebie. Widok szczęśliwego brata sprawiał, że on także czuł się wspaniale. Czy po tym, co przeżyli w czasie mrocznych dni, czeka ich długie, szczęśliwe życie u boku ukochanych kobiet? Fred uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy przez wystawę sklepową pomachała mu niska blondynka. Odmachał i puścił całusa do Astorii, a następnie namalował w powietrzu cyfrę trzy. Oznaczało to, że ma czekać na niego o 15:00 pod Magicznymi Dowcipami Weasley'ów. Upił łyk gorącej kawy.
- Zapowiada się cuudowyny Sylwester. - stwierdził i odstawił kubek na blat stołu.

                                    *                                        *                                             *


- Teoś, Teoś!? - Draco na palcach przemieszczał się po salonie Hermiony. Wydawało mu się, że kilka minut temu słyszał wyraźnie, jak Teodor schodzi po schodach i cicho przeklina. Wszyscy niemal jeszcze spali, a on o tak barbarzyńskiej porze, śmie spacerować po domu. Nagle poczuł, jak ktoś łapie go za ramię i przygważdża do ściany. 
- Nigdy nie mów do mnie Teoś. - wysyczał mu tuż przed twarzą. Draco uśmiechnął się z politowaniem, patrząc na kompletnie ubranego przyjaciela. Cofnął się tylko po to, aby go upomnieć. 
- Gdzie się wybierasz? - zapytał, poprawiając kołnierzyk jego koszuli. Wyswobodził się z jego uścisku i oparł się ramieniem o ścianę. Nott zmrużył gniewnie powieki. Pomyślał przez chwilę i stwierdził, że nie warto okłamywać Draco, bo i tak się dowie. 
- Idę do szpitala, po Lunę. W końcu dziś Sylwester, a ja nie mogę zostawić jej z nim. - zapiął suwak kurtki i ruszył do drzwi. 
- Czekaj: że co? - Draco przetarł twarz dłońmi, upewniając się, czy aby nie śpi. 
- Jajco. Będziemy za kilkanaście minut. Przekaż Granger. Wyszykujcie się ładnie, bo zaplanowałem dla nas dzień pełen wrażeń. - uśmiechnął się i zamknął za sobą drzwi. Po chwili Draco usłyszał charakterystyczny dźwięk deportacji.

                                    *                                           *                                             *

Witajcie, 
rozdział dedykuję Pomylunej Everdeen. Wiesz, że Cię uwielbiam prawda? No więc, mnie teraz nie uduś ;__; Rozdział jest koszmarny, co już Ci pisałam, no ale zbliżamy się do SYLWESTRA :D  Postaram się, żeby chociaż tam było ciekawiej. Po notce 46 wszystko poleci już z góry. Będziemy powoli zbliżać się do końca opowiadania :) No a teraz, zapraszam do komentowania. Klawiatura nie gryzie, a każdy komentarz to dla mnie taki kopniak w cztery litery. Ale się rozpisałam ;__;

Pozdrawiam Mopsicaa ;* 

5 komentarzy:

  1. JAK DLA MNIE IDEALNE! Nigdy tego nie kończ ;_: Cóż..... polubiłam tą Kalyne :D Weny, weny weny ! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny rozdział !
    Zżera mnie ciekawość co stanie się dalej i mam nadzieję, że twój blog nie skończy się szybko
    Życzę weny i mam nadzieję że następny rozdział niedługo :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Koszmarny? Żartujesz sobie? Jest świetny! :) Mi się baaardzo podobał. I jeszcze ten Teoś (!) był cudny :D Ciekawe co na jego pomysł powie Luna. Zaciekawiła mnie ta cała Kalyne... bo w końcu kim ona jest?! Będę smutać kiedy to się skończy wiesz? ♡
    Czekam na nn i moc weny przesyłam ~ Luar Princesa ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudooooooooooooooooo!!!! Ten rozdział jest po prostu świetny :D
    Zakochany George- po prostu super, super, super. Mam nadzieję, że rozwiniesz wątek tajemniczej Kalyne.
    Naprawdę zbliżamy się już do końca? Chyba popadnę w depresję :(
    Dużo weny i buziaczki śle
    Miss O'Hara

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdzial super! :) Ale teraz wytlumacz mi kilka rzeczy: Po 1 kto to jezt ta kalyna? Po 2 Fred jezt z As?? Po 3 czemu torturujesz Pansy??? Najpierw byla Luna teraz Pansy, moje serce zaczyna krwawic :( Wracajac do rozdzialu, kto wrescie kochal Belle? Co wymyslil Teoś? Co zrobi Harry by odzyskac Czarna? Strasznie durzo tych pytan ale trudno ;P A i czemu juz mnie straszysz, ze zblizasz sie do konca. Ja niechce i niepozwalam!! Jak to zrobisz to najpierw sie poplacze, a puzniej cie znajde i zrobie krzywde ze tak szybko konczysz!! Kocham ciebie, bloga i wogule <3<3 Weny~ Tencza

    OdpowiedzUsuń