czwartek, 29 maja 2014

Rozdział 47

Pierwszego stycznia późnym popołudniem siedzieli całą ósemką w salonie Hermiony. Z samego rana świstoklik przeniósł ich na obrzeża Londynu. Jednakże żadne z nich nie przewidziało, że nowy rok przyniesie ze sobą nowe problemy. Gdy tylko wybiła godzina piętnasta w salonie dało się słyszeć huk, który przerwał rozmowy i śmiechy. W samym sercu pomieszczenia zmaterializował się Stworek - domowy skrzat Harry'ego. Był on wyraźnie pokiereszowany i zmęczony. Rany na jego spiczastych uszach poważnie krwawiły. 
- Paniczu Potter - zapiszczał cienkim głosikiem, dodał - oni Pana szukają - i zemdlał. Cały dobry humor, który zgromadzili w ostatnich godzinach, pękł jak bańka mydlana. Harry biegiem ruszył w stronę Stworka. Nie mógł dopuścić do tego, aby kolejny skrzat domowy zginął z jego winy. Do teraz ma poczucie winy związane ze śmiercią Zgredka. Czasami śnią mu się jeszcze koszmary, w których trzyma martwe ciało skrzata w ramionach, klęcząc na piaszczystej plaży przed Muszelką - domem Billa i Fleur. Przeniósł Stworka na kanapę. Nikt nie odważył się zabrać w tym czasie głosu. Po policzkach Hermiony płynęły łzy, który znikały w jej lokach. Draco objął ją ramieniem, pozwalając na to, aby oparła głowę o jego ramię. Białe płatki śniegu wirowały za oknem we wspólnym tańcu, aby na końcu przykleić się do szyby i spłynąć, jako kropelka wody. 
- Ktoś był na Grimmauld Place - odezwał się Harry, kończąc leczyć rany Stworka.
- Mięliśmy także ogon w Paryżu - powiedział Teodor, wstając z fotela. 
- CO? - odezwało się kilka głosów - Dlaczego nic nie powiedziałeś? - oburzył się Blaise. 
- Bo nie miałem pewności! - zirytował się i potarł skronie - To było przy budce z jedzeniem. Wydawało mi się, że widziałem kogoś w czarnej pelerynie, ale jak obróciłem się drugi raz, to nikogo tam nie było. Myślałem, że mi się przewidziało, ale to wydarzenie - wskazał na nieprzytomnego Stworka - mnie w tym utwierdziło - zakończył. Oparł się o parapet i zaczął wpatrywać się w padający za oknem śnieg. Draco przypomniał sobie odgłos prychnięcia, lub kichnięcia, który usłyszał na polanie. Uświadomił sobie, że oni również byli obserwowani. Pobladł na sama myśl, że mogli być to śmierciożercy. Nie jest dobrze, skoro pokazują się pośród społeczeństwa. Muszą być na tyle silni, że już nie ukrywają się. Zbliża się dla nich nieuniknione. Będą musieli stawić czoło śmierci, po raz kolejny. Za oknem rozszalała się prawdziwa śnieżna burza. Stworek otworzył wyłupiaste oczy. 
- Stworku, jak się czujesz? - zapytał Harry, kucając przy kanapie. 
- Stworek umiera Paniczu - powiedział słabo Skrzat. W gardle Harry'ego uformowała się gorzka gula żalu, przez którą nie był zdolny do wypowiedzenia, ani jednego słowa. Poczuł na ramieniu drobną dłoń Pansy, która zaczęła sunąć w górę, kończąc na głaskaniu go po czarnych włosach. Dziewczyna dobrze wiedziała, co będzie nieuniknione, ale nie zamierzała teraz go zostawić. Hermiona mocniej wtuliła się w ramię Draco. Luna również przykucnęła przy kanapie i złapała skrzata za rękę. Jego duże, brązowe oczy wpatrzone były w sufit, oddech stawał się coraz bardziej nikły. 
- Stworku, kto był w domu? - zapytał Draco. Musieli się tego dowiedzieć. 
- Rycerze Walpurgii - odparł bardzo cicho. Uścisk na dłoni Luny zelżał, a oczy skrzata stały się tylko ciemnymi kulami, w których odbijało się światło lampy. Harry poczuł, jak jego serce ponownie pęka. Znów był odpowiedzialny za czyjąś śmierć. Gdyby to nie on był Wybrańcem, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Miałby rodziców, normalny dom, nie byłby ścigany przez jakiś Rycerzy Walpurgii. Byłby sobą - Harrym Potterem w dużych okularach, bez znajomej blizny na czole. 
Luna zamknęła skrzatowi powieki i wstała z klęczek. 
- Trzeba go pochować - powiedziała cicho i otarła pojedynczą łzę, która spłynęła jej po policzku. Harry kiwnął głową, zabrał martwe ciało Stworka i wyszedł z salonu. 


                                  *                                           *                                       *

Draco i Teodor wyszli chwilę później. Obaj byli bardzo bladzi i podenerwowani. Zrozumieli, że teraz zaczyna się to, co było nieuniknione. Zaczęło się polowanie. 
- Co robimy? - w uszach Draco zabrzmiało ciche pytanie Teodora. Chłopak znów wydał mu się bardziej chorowity, niż zwykle. Kilkudniowy zarost pokrywał wyraźnie zarysowaną linię szczęki, przez co dodawał mu kilku lat. Draco westchnął i oparł się plecami o ścianę. Nie miał pojęcia, co teraz mają zrobić. Najrozsądniejszym wyjściem w tej sytuacji jest zawiadomienie Ministerstwa Magii i Zakonu Feniksa. W pojedynkę nie mają szans na wygraną. 
- Idziemy z tym do Zakonu - powiedział. Teraz liczyła się każda sekunda. Im szybciej dadzą znać odpowiednim ludziom, tym lepiej się to skończy. 
- Jutro powiedzmy o tym McGonagall, ona zajmie się tą sprawą - oznajmił i zostawił Teodora samego w korytarzu. Chłopak oparł się o ścianę plecami i poczochrał włosy. Przymknął powieki i zaczął zastanawiać się nad sytuacją, w której się znaleźli. W całej tej układance brakowało mu jednego bardzo ważnego szczegółu. Niestety, jeszcze nie wiedział, co mu umknęło i jak wielkie może mieć to znaczenie. Usłyszał ciche skrzypnięcie podłogi i poczuł na swoim ramieniu drobną dłoń. 
- Teo, wszystko gra? Dobrze się czujesz? - usłyszał cichy głos Pansy. Uśmiechnął się szeroko, lecz gdy otworzył oczy uśmiech zniknął z jego twarzy, tak szybko jak się pojawił. Dziewczyna była kompletnie ubrana, gotowa do wyjścia na zewnątrz. 
- Gdzie się wybierasz? - zapytał, mrużąc podejrzliwie powieki. Czarna nerwowym ruchem wygładziła zagięcie na swoim płaszczyku. 
- Wracam do domu - wymamrotała, usilnie unikając jego wzroku, w którym pojawiła się jawna nagana. 
- Zamierzasz go znowu zostawić? Przecież było wszystko dobrze, co Ci znowu odbiło? - spytał chłodno. Nie podobała mu się postawa Pansy. Harry jest pewnie w stanie załamania nerwowego, z powodu śmierci Stworka i polowania na niego, a ona zamierza tak po prostu uciec?
- To nie miało prawa się stać i dobrze o tym wiesz - spojrzała na niego ze złością i ruszyła w stronę drzwi. W połowie drogi złapał ją za nadgarstek i obrócił w swoją stronę. 
- Mimo, że jesteś dla mnie, jak siostra, to nie popieram twojej decyzji. Sama pewnie też wiesz, że nigdzie nie znajdziesz kogoś takiego, jak on - skrzyżował ręce na torsie. 
- Do cholery, zamknij się Nott. To jest moje życie i przestań się wtrącać - wysyczała mu prosto w twarz i wyszła trzaskając drzwiami. Teodor zrobił zdziwioną minę. Nigdy nie widział Pansy w takim stanie. Podrapał się po policzku i wrócił do salonu Hermiony, z którego dochodziły strzępki rozmowy.

                                         *                                *                              *

Harry siedział w jednym z foteli, tępo wpatrując się w odległą tarcz zegara ściennego, po której leniwie przesuwały się cienkie wskazówki. Czuł się, jakby był w jakimś transie. Nie dochodziły do niego słowa innych, jakby był otoczony bardzo szczelną kulą, która nie ma prawa przepuścić żadnego dźwięku. Wszystko wokół niego działo się, jakby w zwolnionym tempie. Nawet nie zauważył, gdy do salonu wszedł wyraźnie zmieszany Nott. Chłopak rzucił się na kanapę i ułożył głowę na kolanach Luny. Dziewczyna z samego rana odpisała na listy Rona, które przyniosła Świnka. Dzięki Merlinowi, kupił on historyjkę o tym, że Luna musiała wyjechać do swojej ciotki. Bała się, że kłamstwo wyjdzie na jaw i Ronald dowie się, że spędziła cały ten czas z Teodorem.  
- Luna, czy Twój tata mógłby zamieścić tę informację w Żonglerze? - usłyszała ciche pytanie Hermiony i zarumieniła się lekko, ponieważ nie wiedziała o jaką informację chodzi. Teraz się dowiedzą, że ich nie słuchała. 
- Oczywiście, tylko napiszcie jej dokładnie, jak ma być to sformułowane - z odpowiedzią uprzedził ją Teodor, który najwyraźniej domyślił się, że myślami błądzi zupełnie gdzie indziej. Hermiona kiwnęła głową na znak potwierdzenia i wróciła do rozmowy z Draco. Oboje wymyślili genialny plan na to, aby dowiedzieć się, czy oni także są na celowniku Rycerzy Walpurgii. Draco właśnie wyjaśniał im kim oni są. 
- Wielka twierdza Walpurgii jest gdzieś na Morzu Północnym. Z tego co opowiadała mi matka, to często zmienia swoje położenia, dlatego jest nieuchwytna - zakończył. Harry poruszył się niespokojnie w fotelu, jakby coś kuło go w pośladki. 
- Gdzie jest Pansy? - odezwał się zachrypłym głosem i spojrzał po twarzach młodych czarodziejów. Teodor spuścił wzrok i podrapał się po nosie. 
- Wróciła do domu - wymruczał po chwili. Harry poczuł, jakby ktoś zdzielił go obuchem w tył głowy. Zostawiła go, ponownie. W pokoju zapanowała nienaturalna cisza. Tykanie zegara stało się jeszcze bardziej przytłaczające. Zdecydowanie ten dzień był jednym z najgorszych dni, który przeżyli w ostatnim czasie.

                                    *                                      *                                        *

Zimny wiatr za wszelką cenę chciał porwać kaptur z głowy pewnej osobie, która szybkim krokiem przemierzała ulicę Śmiertelnego Nokturnu. Jej długi płaszcz szeleścił w kontakcie ze świeżym śniegiem, który wciąż padał. Rzucała przeraźliwy cień na szybach zamkniętych sklepów. Mocno przyciskając materiał czarnej szaty, skręciła w jedną ze ślepych uliczek. 
- Witaj Mistrzu - odezwała się. Z cienia obok kontenera wynurzyła się inna postać, która okazała się być starszym panem. 
- Witaj Nero, pewnie zastanawiasz się, po co chciałem się z Tobą spotkać - powiedział mężczyzna opierając się na swojej ciemnej lasce. 
- Tak Panie - przytaknęła, kuląc się w sobie. Najwyraźniej postać mężczyzny napawała ją lękiem. 
- Jak pewnie zauważyłaś sprawy się bardzo skomplikowały - zaczął, postukując kawałkiem drewna o bruk. - Odkąd przybyłaś do Anglii zaczęły się mordy na niewinnych czarodziejach...
- Panie ale..
- Nie przerywaj mi - syknął. - Jesteś pod stałą obserwacją. Jeśli jeszcze raz powtórzy się jakieś morderstwo, będziemy zmuszeni Cię unicestwić. - zakończył, stając naprzeciwko postaci w czarnej pelerynie. 
- Miej się na baczności Kalyne Black - wyszeptał i rozpłynął się w ciemnej nocy. Dziewczyna otarła rękawem zapłakane oczy i również rozwiała się niczym plażowy piasek w wietrzne dni. 

                              *                                               *                                           *

Witajcie Kochani, 
dziś nie będę was zanudzać jakimś długim przemówieniem. Bardzo proszę o pozostawienie po sobie komentarza :))

Pozdrawiam Mopsicaa ;**



środa, 21 maja 2014

Rozdział 46 cz. III

- Tak się cieszę, że tutaj przyjechałam. - rozmarzyła się blondynka, opierając głowę o ramię Ślizgona. Mała łódka delikatnie dryfowała na całkowicie pustym jeziorze. Było to najbardziej zaciszne miejsce w całym parku. Klienci nie przychodzili zapewne tutaj tylko dlatego, że była zima. Woleli bawić się w samym centrum rozrywki, gdzie było o wiele cieplej, z powodu nadmuchów gorącego powietrza. Tutaj nie było takich luksusów. Nad całym jeziorem rozciągnięte były liny, na których wisiały zapalone lampiony, by oświetlać drogę łódkom.  Niebo całkowicie pociemniało i pojawiły się na nim pierwsze gwiazdy i prawie okrągły księżyc. 
- Taak, zdecydowanie, to najpiękniejsze miejsce w całej Europie. - przyznał jej rację. Gdyby jakiś przechodzień teraz ich przyuważył, śmiało mógłby stwierdzić, że wyglądają jak para. Brunet wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów i zapalił jednego.  Zaciągnął się dymem i zaczął puszczać małe obłoczki. 
- Miałeś z tym skończyć. - zauważyła dziewczyna i odebrała mu papierosa. 
- Wiesz, że to jedyna rzecz, która mnie uspokaja. - popatrzył w jej oczy. Wydawało mu się, że jest z nią już o wiele lepiej.  Dziewczyna westchnęła głęboko.
- Jestem beznadziejna. - powiedziała po chwili i zaciągnęła się dymem. Niemal natychmiast tego pożałowała, ponieważ zaczęła się dusić. Z jej płucami jeszcze nie do końca było dobrze. Teodor pokręcił głową z politowaniem i zabrał jej niedopałek. Wypalił go do końca i zgasił. To co zostało schował do woreczka, który zawsze nosił w wewnętrznej kieszeni kurtki. Nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby wyrzucił kiepa do wody. Brzydziłby się sobą przez dobry rok. 
- Dlaczego tak uważasz? - zadał pytanie, które zawisło między nimi, na długą chwilę. 
- Ja...A co jeśli już nikt nie pokocha mnie tak, jak Ty? Jeśli popełniłam błąd wybierając Rona? - ukryła twarz w dłoniach. Teodor głęboko westchnął i zbliżył się do niej. Zdjął ręce z jej twarzy i zaczął cicho mówić, patrząc prosto w jej oczy. 
- Zawsze będę na Ciebie czekał, więc śmiało możesz wrócić. - powiedział i pocałował ją w czoło.  Ponad ich głowami zaczęły błyskać fajerwerki, oświetlając w oddali wieżę Eiffla. Właśnie nastał dla nich nowy, zupełnie inny rok. 

                                         *                              *                          *

Pansy siedziała na ławeczce w parku i pocierała zmarznięte policzki. Czekała, aż Harry przyniesie dla nich kubek gorącej kawy. Ucieszyła się na widok Diabła i Rudej biegnących w tłumie. Wyglądali na naprawdę szczęśliwych. Pansy także chwilowo była szczęśliwa. Spędziła cudowny dzień w Paryżu. Przez cały ten czas towarzyszył jej Harry, który sprawiał, że na jej twarzy pojawiał się uroczy uśmiech. Poprawiła czapkę i pomachała Harry'emu, który wypatrywał jej w tłumie. Chłopak zauważył ją i uśmiechnął się ciepło. Szybkim krokiem podszedł i usiadł na ławce. Podał jej kubek z kawą. 
- Czarna bez cukru, taka jaką lubisz - powiedział i upił łyk swojego napoju. 
- Dziękuję - uśmiechnęła się z wdzięcznością.  Nagle posmutniała. Przypomniała jej się sprawa ze ślubem. Harry najwyraźniej zauważył jej troskę, ponieważ otoczył ją ramieniem. Dawno temu przestał być małym chłopcem, którego wychowywał Dumbledore. Przez wiele traumatycznych przeżyć, musiał przedwcześnie dojrzeć. Gdy inni nastolatkowie bawili się na imprezach, on ratował świat przed złym czarnoksiężnikiem. Czasami wydawało mu się to naprawdę męczące. W takich momentach miał ochotę uciec daleko i zaszyć się w jakiejś tropikalnej dziczy, gdzie nie musiałby udawać bohatera. Wtedy ciszyłby się, że jest Harrym, tylko Harrym. Poczuł, jak Pansy się w niego wtula. Kochał ją. Nie tak, jak Ginny. W jej przypadku było to tylko zauroczenie. Wreszcie dotarło do niego, że musi powstrzymać ją przed wzięciem ślubu. Dla niego byłby to koniec świata. Jego szczęście zachwiałoby się wraz z jej odejściem. Odstawił jej i swoją kawę na ławkę. Posadził dziewczynę wygodnie obok siebie i spojrzał jej w oczy. 
- Ucieknij ze mną - szepnął. Spojrzała na niego marszcząc brwi.
- Chyba nie mówisz poważnie - wstała z ławki i odeszła kawałek, patrząc na majaczącą w oddali Wieżę Eiffla. Stała do niego plecami, więc nie zauważyła, gdy podszedł do niej. Szepnął jej do ucha.
- Nigdy nie byłem tak poważny - i obrócił ją profilem do monumentalniej, paryskiej budowli. Patrzyli sobie w oczy, nie zwracając uwagi na rozbłyskujące na niebie fajerwerki. Harry pocałował dziewczynę. 
- Kocham Cię, Pansy - szepnął, wtulając się w  jej włosy. 
- Ja Ciebie też - powiedziała, a po jej policzkach spłynęły łzy szczęścia. 

                                          *                                 *                            * 


Biegli w tłumie ludzi, aby jak najszybciej wydostać się z parku. Zostało tylko kilka minut do północy. Oni nie mieli najmniejszej ochoty na to, aby powitać nowy rok w tym nudnym parku rozrywki. Tak, Diabeł i Ruda mieli już dość przebywania tutaj. Gdy tylko wybiegli na ulicę, aportowali się dokładnie pod wieżę Eiffla. Było tutaj mnóstwo ludzi. Zakochani, samotni, dzieci, starsi, a pośród nich oni. Trzymali się za ręce i odliczali sekundy do rozpoczęcia nowego roku. Kilka sekund przed końcem, Diabeł pocałował Rudą. Niebo migotało tak jasno, jak w noc bitwy o Hogwart. Tylko, że tym razem były to mugolskie fajerwerki, a nie widok zaklęć niszczących tarczę obronną, którą stworzył Hogwart. Niemniej jednak, był to cudowny widok. Ludzie zaczęli krzyczeć i składać sobie życzenia. 
- Obiecaj, że nigdy nie zapomnisz tego, co tutaj się wydarzyło - zażądała Ruda. Blaise zaśmiał się głośno.
- Obiecuję - przekrzyczał tłum i znów ją pocałował. 

                                         *                                 *                             *

- Draco zaczekaj! - śmiała się Hermiona, biegnąc za blondynem na jakąś polankę. Znudziło im się korzystanie z atrakcji Parku Rozrywki Absolutnej. Postanowili więc, że odpoczną w jakimś zacisznym miejscu. Drobne płatki śniegu połyskiwały na trawie, oświetlane blaskiem prawie okrągłego księżyca. Niebo dzisiejszej nocy było niemal bezchmurne. 
- Powinnaś popracować nad kondycją, Granger - uśmiechnął się kpiąco i stanął na wzgórzu. Dookoła roztaczał się piękny, gęsty las. Korony drzew tłumiły hałas wydawany przez turystów oraz przechodniów, bawiących się niedaleko nich. 
- Och, zamknij się Draco! - zaśmiała się, stając naprzeciw niego. Draco szybko uciszył ją gestem dłoni, wpatrując się podejrzliwie między drzewa. Był niemal przekonany, że usłyszał jak ktoś prycha lub kicha. Tego do końca nie mógł rozszyfrować. Hermiona spoglądała na niego, nadal mając uśmiech na ustach. Po chwili uderzyła go w ramie, a on omal nie podskoczył. Chyba zapomniał, że ona tam w ogóle stała. Zaczęła śmiać się jeszcze głośniej. Wyglądała naprawdę uroczo z zaczerwienionymi policzkami i drobnymi liśćmi we włosach. Nazbierała ich trochę, jak przedzierali się przez lasek. Draco również się uśmiechnął, dziękując w duchu Merlinowi, że pozwolił mu spotkać tak wspaniałych ludzi, jak Teodor, Harry, czy Granger. Zmienił się. Tak, Draco Malfoy przeszedł diametralną przemianę. 
- Lubię Cię, Granger  - wyznał Draco. Rozłożył szeroko ramiona i uśmiechnął się rozbrajająco. 
- Też Cię lubię, Draco - wpadła mu w ramiona. Zrobiła to tak gwałtownie, że upadli na ziemię. W czasie ich krótkiego lotu na zimne podłoże, w niebo wystrzeliły pierwsze fajerwerki, zwiastujące nastanie nowego roku. 


                                       *                                *                           * 

Stał oparty o gruby pień drzewa i obserwował roześmianą parę. Nigdy by nie pomyślał, że Draco może spoufalać się ze szlamami. Obrzydzał go sam widok tej dwójki razem. Chłopak ze szlachetnej rodziny zadający się ze szlamą. Prychnął na samą myśl o tym, że mogą być parą. Może zrobił to zbyt głośno, ponieważ oboje umilkli na chwilę i odwrócili się w jego stronę. Wcisnął się w pień drzewa jeszcze bardziej, by nie zdradzić swojej obecności. Jeszcze tego mu teraz brakowało, żeby został nakryty na podglądaniu tych smarkaczy. Może i miał okazję do tego, aby zabić Dracona, ale to jeszcze nie ten czas. Jeszcze nie wszystko zostało zaplanowane. Musi być cierpliwy i zaczekać na odpowiedni moment, tylko po to, by uciąć temu, małemu zdrajcy łeb. Zostawi go sobie potem, jako trofeum. Chłopak z dziewczyną ponownie wrócili do beztroskiej rozmowy, a tajemniczy obserwator przysiągł sobie, że zetrze im te głupie uśmieszki z twarzy. Już i tak bardzo wiele osiągnął. Potrzebuje jeszcze tylko kilku tygodni, by doprowadzić plan do końca. Wtedy zwabi młodego Malfoy'a do swojej pułapki i zetrze go na pył. To samo zrobi z tym gówniarzem Nottem. Jego również obserwował, jak obściskiwał się z tą wariatką Lovegood. Czy oni naprawdę postradali zmysły? Może i on spędził kilka ostatnich miesięcy w Azkabanie, ale nie zidiociał tak, jak oni. Pokręcił z politowaniem głową, gdy zauważył, jak Draco przytula Hermione. Tego był już dla niego za wiele. Gdy w niebo wystrzeliły pierwsze fajerwerki, Lucjusz Malfoy deportował się w nieznane. 

                                     *                                   *                            *

Czeeeść,
mam rozdział. Wygrałam internety. Baardzo dziękuję wam za wasze komentarze pod ostatnim postem. Znaczą ona dla mnie naprawdę duużo. Tak więc, komentować, bo pomaga mi to pisać.  Kocham was <3

Pozdrawiam Mopsica ;*

sobota, 17 maja 2014

Rozdział 46 cz.II

Teodor i Luna przysiedli na jednej z ławeczek obok stawu. Chłopak kupił dla nich świeżego, gorącego croissanta. Przepyszne ciasto francuskie rozpływało się im w ustach. Tak, zdecydowanie Teodor kochał Francję. 
- Kiedyś się tutaj przeprowadzę. - powiedział w pewnym momencie, patrząc na pociemniałe niebo. Z każdą chwilą robiło się tutaj coraz ciemniej, dzięki czemu widać było światła miasta jeszcze wyraźniej. Luna spojrzała na niego z uśmiechem. 
- Będę przyjeżdżała do Ciebie na wakacje. - zaśmiała się i oparła o jego ramię. 
- Dobrze wiesz, że to nie musi tak wyglądać. - odparł, opierając głowę o jej włosy. Dziewczyna westchnęła.
- Wyjaśniłam Ci już..-zaczęła, lecz brunet jej przerwał.
- Tak, wiem. - ucałował ją w czoło. - Nie mówmy o tym. - uśmiechnął się lekko i ponownie powrócił do swojego ciastka. Musi pogodzić się z tym, że Luna pozostanie jego przyjaciółką i nic więcej. Cieszył się, że chociaż może liczyć na tyle. Kiedy wreszcie uda mu się wyciągnąć Annabelle z lustra, przywiezie ją tutaj i założą rodzinę w jego ulubionym miejscu, czyli w Paryżu.

                                    *                                        *                             *
- Jest piękny. - wykrzyknęła Ginny, przytulając wielkiego, różowego misia, którego Diabeł dla niej wygrał. 
- Tak samo, jak Ty. - uśmiechnął się brunet i pocałował swoją dziewczynę. Objawy odurzenia ziołami matki Blaise'a powoli zanikały. Odszukał swoją dłonią jej ręki i złączył ich palce. Ruszyli w stronę tunelu miłości. Może i było to trochę przereklamowane, ale nie przeszkadzało to mu. Nigdy by nie pomyślał, że zwiąże się z Gryfonką, a co dopiero z siostrą Rona. Kiedyś było to dla niego zupełnie niemożliwe. Jak widać nawet ślizgoni potrafią się zmienić, dzięki pomocy odpowiednich osób. Ginny zdecydowanie była mu przeznaczona i nie wyobrażał sobie dalszego życia bez niej. Kiedyś musi podziękować Potterowi za to, że rozstał się z Rudą oraz Draco za to, że pewniej nocy wyrzucił go z dormitorium, z powodu zbyt głośnego zachowania. Właśnie tej nocy poznał Ginny. Płakała w jednej z pustych klas w lochach. To było najlepsze, co go spotkało. 
- Kocham Cię, Blaise. - powiedziała i wtuliła się w jego bok. 
- Ja Ciebie też. - odpowiedział i pocałował ją w czubek głowy. Stolica miłości działała również na nich. To miasto miało w sobie, coś magicznego. Nie chodzi tutaj o zwykłą magię, którą na co dzień znali. Było to coś zupełnie innego. Coś, co sprawiało, że stawali się sobie jeszcze bliżsi. Z każdą sekundą utwierdzali się w przekonaniu, że chcą tutaj zostać już na zawsze. Znaleźli się daleko od Londynu, w którym pozostawili swoje problemy. Chłopak otworzył przed nią drzwiczki łódki i oboje wsiedli do środka. Przytulił dziewczynę i ruszyli w stronę ciemnego tunelu. 


                                  *                                             *                                 *

Harry i Pansy czekali już chyba z dwadzieścia minut w kolejce do rollercoastera. Wybraniec przebierał z nogi na nogę, nie mogąc ustać w miejscu. Dlaczego muszą czekać, aż tyle aby przejechać się jakąś głupią kolejką? Pansy zauważyła jego podenerwowanie i westchnęła. Zaczęła mówić półgłosem.
- Harry, Harry! Słyszałeś? Podobno przy budce z kawą widziano tego sławnego piosenkarza. - skończyła i spojrzała na tłum obok nich. Ludzie zaczęli cicho szeptać, wskazując na budkę z kawą. 
- O czym Ty mówisz? - Harry zmarszczył brwi i poprawił okulary na nosie. 
- No o Larrym Nelsonie. - wykrzyknęła tym razem głośno. Kilka osób przed nimi wybiegło z kolejki, tym samym ustępując im miejsca. Harry popatrzył na nią i uśmiechnął się szeroko. Domyślił się w co grała. 
- Ach tak. Słyszałem, że podobno rozdaje autografy. - dodał. Takim właśnie sposobem znaleźli się na samym początku kolejki, tuż przed budką z biletami. Harry pokazał swoją kartę i zakupił dwie sztuki.  Oboje przeszli przez barierkę, przykładając bilet do czytnika. Wsiedli do wagonika i czekali na odjazd. 
- Cały czas zachwycam się twoją pomysłowością. - zaczął, patrząc na nią. Ściągnął okulary i przetarł szkła swetrem. 
- Harry, proszę. Obiecałeś mi, że przyjeżdżamy tutaj jako przyjaciele. - westchnęła i potarła zmarznięte policzki. celowo unikała jego wzroku, ponieważ wiedziała, że mogłaby mu ulec. 
- Przepraszam. - oparł się o siedzenie i przypiął ich pasami. Kolejka ruszyła, rozpędzając się do granic możliwości.

                                *                                                       *                                  *

Zaczęła lecieć wolna muzyka. Draco stanął za plecami Hermiony i rozciągnął ich ręce na całą szerokość. Zaczęli nimi poruszać w rytm melodii. Po chwili dziewczyna odwróciła się do niego przodem i dotknęła jego policzka. Chłopak złapał ją jedną ręką w talii. Zaczęli poruszać się powoli, kierując na sam środek lodowiska. Byli w centrum uwagi. Z czasem muzyka zaczęła przyspieszać, a oni razem z nią. Zaczęli wirować między innymi parami, patrząc sobie w oczy. Zachowywali się tak, jakby tańczyli razem od zawsze. Widzowie patrzyli tylko na nich. Inne pary nie liczyły się, zostały zepchnięte na drugi plan. Ona w czerwonym płaszczyku nadawała ich tańcowi temperamentu. Była niczym piękna róża, kwitnąca w środku zimy. On dzięki swojemu lodowatemu opanowaniu, starał się ją okiełznać. Zamrażał jej płatki i liście, gdy było ich zbyt dużo. Dzięki temu stawała się coraz piękniejsza. Wreszcie muzyka skończyła się. Zatrzymali się naprzeciw siebie z przyśpieszonymi oddechami. W głośnikach rozbrzmiał głos tego samego mężczyzny, który ogłaszał konkurs. Draco wsłuchał się w jego słowa. Rozumiał nieco więcej niż Hermiona, ponieważ jako dziecko miał jedną godzinę w tygodniu nauki Francuskiego. Zamyślił się chwilę i uśmiechnął smutno. Kątem oka zauważył, jak inna para podchodzi odebrać nagrody. 
- Nie tym razem. - odezwał się do Hermiony. Złapał ją za rękę i razem zeszli z lodowiska. 

                                      *                                              *                                         *

Witajcie, 
kolejna część. Dużo miłości, aż samej nudziło mi się to pisać. Przepraszam, że znów takie krótkie, ale gdybym połączyła z resztą wyszedłby za długi rozdział :C Następna notka już się pisze, więc spodziewajcie się jej w piątek, może troszeczkę wcześniej. Udało mi się zmienić szablon. Jaki cudny Teoś <3 Zapraszam do komentowania. ^^

Pozdrawiam Mopsicaa ;*

środa, 14 maja 2014

Rozdział 46 cz.I

Jedli śniadanie w salonie Hermiony, gdy usłyszeli śmiech w korytarzu. Oczywiście Draco poinformował ich, że Teodor poszedł po Lunę, lecz im nie spodobał się ten pomysł. Dziewczyna ledwo co przeżyła próbę samobójczą, a on śmie zabierać ją ze szpitala. Ona powinna mieć teraz fachową opiekę, a nie szlajać się po mieście z Nottem. Do tego, gdyby Ron się dowiedział, miałaby jeszcze większe problemy. Gdy weszli do salonu, zapanowała w nim cisza. Sztućce zatrzymały się kilka centymetrów nad stołem, lub w drodze do ust. 
- Cześć - przywitała się cicho Luna. - Dlaczego nie odwiedzaliście mnie w Mungu? - i nagle Hermiona, Harry i Ginny opuścili głowy w dół, tępo wpatrując się w swoje talerze. Luna miała rację, nie odwiedzili jej ani razu, gdy się obudziła. Pierwszego dnia byli tylko chwilę, by sprawdzić, czy aby dziewczyna na pewno żyje, a potem nic. Zrobiło im się z tego powodu bardzo głupio, co najwyraźniej dostrzegła blondynka. 
- Nic nie szkodzi. Nie zadręczajcie się tym. O, macie budyń, mogę? - przysiadła na jednym z wolnych miejsc i poczęstowała się deserem. Zaczęła opowiadać im o tym, co działo się  w szpitalu. W międzyczasie Draco wstał od stołu i wyszedł z Teodorem przed dom. Brunet wyciągnął paczkę iście mugolskich papierosów i poczęstował jednym przyjaciela. 
- Byłem po drodze w Ministerstwie. - zaczął Nott. Zrobił efektowną przerwę i zaciągnął się drażniącym dymem. Palenie papierosów sprawiało, że uspokajał się i wyciszał. 
- Iii? - ponaglił go Draco. Teodor westchnął głęboko i oparł się o barierkę schodową. 
- Miał dwadzieścia pięć i dopiero od niedawna pracował jako auror. - wyjaśnił cicho. Draco szpetnie przeklął i uderzył pięścią w barierkę. Nagle poczuł niewyobrażalną złość na całe Ministerstwo Magii. Przecież każdy czarodziej o zdrowych zmysłach wie, że dwory czystokrwistych rodów są obejmowane najlepszymi zaklęciami ochronnymi. Kto normalny wysłałby tam grupę aurorów? To tak, jakby kazać im skoczyć z wysokiego klifu wprost na ostre skały. Bez dobrego przewodnika, który zna ten dom, nie byli wstanie przeżyć.  
- Myślałem, że Shacklebolt jest bardziej odpowiedzialny. - powiedział po chwili ciszy. Teodor ponuro skinął głową. Dla niego także było to nie do pomyślenia. 
- O piętnastej mamy świstoklika. - powiedział, tym samym zmieniając temat. Zaciągnął się kolejny raz kojącym dymem. Wzniósł twarz w stronę pochmurnego nieba i powoli wypuścił ulotną mgiełkę w postaci kółeczek.
- Gdzie nas zabierze? - spytał, przyglądając się profilowi przyjaciela. Teodor zawsze go zaskakiwał. Niby znał go od dziecka, ale nigdy nie mógł go do końca zrozumieć. Było w nim coś tak bardzo tajemniczego, że nawet Draco nie mógł tego rozszyfrować. 
- Do Francji. - odparł, uśmiechając się lekko. Zawsze chciał zwiedzić to piękne państwo. Było to jego marzenie, odkąd może pamiętać. Teraz nareszcie się spełni. W dodatku jedzie tam z przyjaciółmi. No dobrze, może nie wszyscy tutaj to jego przyjaciele, ale jakoś nie bardzo mu to przeszkadza. 
- Nie żartujesz, prawda? - spytał Draco, dogaszając niedopałek papierosa. Teodor kiwnął przecząco głową. 
- Nie w takich sprawach - zaśmiał się cicho. Poklepał Dracona po ramieniu i obaj ruszyli do domu, by przekazać innym informacje na temat ich wyjazdu. 

                                 *                                                 *                                            *

Kilka minut przed piętnastą wszyscy zebrali się w salonie Hermiony. Teodor myślał, że nie spodoba im się ten pomysł, ale wszyscy byli zachwyceni. Każdemu z nich przyda się wspólne wspomnienie, którego do końca życia nie zapomną. Hermiona za długotrwałą namową Draco zgodziła się, rozjaśnić włosy o dwa tony. Teraz jej kręcone pukle miały kolor ciemnego blondu. Chłopak naprawdę uważał, że w tym kolorze jest jej lepiej. Za każdym razem, gdy jej to mówił, rumieniła się nieznośnie. Harry, który wyciągnął z Notta informacje na temat swojej czarodziejskiej rodziny, czuł się coraz pewniej w otoczeniu Ślizgonów. Okazało się, że Draco jest jego dalszym kuzynem. Na początku miał obawy, co do wyjazdu, lecz Teodor go przekonał, że będą się świetnie bawić. Jednakże chłopak nie mógł znieść myśli, że gdy on będzie się bawił, Pansy zostanie gdzieś tam sama. W taki oto sposób dziewczyna stała obok niego z niepewną miną. Siłą wykradł ją z Parkinson Manor, ledwie uciekając przez trzema wielkimi wilkami, strzegącymi twierdzy. Pansy jeszcze spała, gdy się pojawił. Podleciał na miotle pod okno i je wyważył. Porwał nie do końca rozbudzoną dziewczynę, która nie miała prawa sprzeciwu. Mimo to cieszyła się, że Harry jest cały i zdrowy, a przede wszystkim o niej pamiętał. Obiecał jej, że to ostatni raz, kiedy się spotykają i więcej go nie zobaczy. Wyjaśnili sobie wszystko i przystali na ostatni wspólny wypad. Oczywiście Harry obmyślił dokładnie cały plan. Porywa ją ostatni raz w tym roku. Uśmiechnął się szeroko sam do siebie, w myślach pochwalając swój geniusz. Obok Czarnej stali Blaise i Ginny, trzymający się za ręce. Oni nie mieli żadnego problemu. Oboje uwielbiali się bawić i imprezować.  Gdy tylko dowiedzieli się o pomyśle Teodora, wyruszyli na Pokątną, aby zakupić w Magicznych Dowcipach Weasley'ów najlepszej jakości fajerwerki. Diabeł zmniejszył je i upchnął wszystkie do plecaka, tuż obok kilku butelek ognistej whiskey i najlepszego szampana.  Byli gotowi na ostatnią zabawę w tym roku. Zostali jeszcze Luna i Teo. Blondynka spędziła pół dnia w łazience Hermiony. W Mungu nikt nie pozwalał wychodzić jej samej do pomieszczeń, w których mogła zrobić sobie krzywdę. Tylko, że teraz nie zrobi sobie krzywdy. Przemyślała sobie kilka rzeczy i zrozumiała, że to było głupie i bezmyślne. Nie powinna odbierać sobie największego daru, jaki ma. Nie po to starała się przeżyć wojnę, żeby teraz stchórzyć i umrzeć z własnej ręki. Zapisała sobie, żeby później wysłać porządne czekoladki Percy'emu Weasley'owi. Po kilku gorących kąpielach, maseczkach na twarz, leczniczych eliksirach na poprawę jakości zniszczonych włosów i paznokci, wróciła stara Luna. Teodora bardzo cieszył ten fakt. Nigdy nie pozwoli, aby coś jej się stało. 
- Gotowi? - zapytał brunet, trzymając w dłoni zbite lusterko. 
- Jak diabli. - odpowiedział Blaise i razem z Rudą zaczął się głośno śmiać, jakby naprawdę było z czego. 
- No nie..- jęknął Draco, spoglądając wymownie na Teodora. Podszedł do Zabini'ego i złapał go za poliki, zmuszając aby na niego spojrzał. Ustawił palec wskazujący tuż przed jego twarzą i poruszał nim w prawo i lewo. Blaise zaczął się śmiać bez opamiętania. 
- Co im się stało? - zapytała Hermiona, marszcząc brwi. 
- Jestem niemal pewny, że Diabeł zahaczył o dom swojej matki. - westchnął, odchodząc od przyjaciela. 
- Możesz mówić jaśniej? - tym razem głos zabrał Harry. 
- Zjarali się ziołem, sprowadzanym z Indii przez matkę Diabła. - odpowiedział za przyjaciela Teodor. Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze, patrząc na swoją przyjaciółkę. 
- Łapcie za świstoklik, zaraz wyruszamy. - krzyknął w odpowiednim momencie Draco. Gdy ostatnie palce Pansy dotknęły lusterka, zniknęli. 

                            *                                                     *                                                      *

Ich stopy gwałtownie uderzyły o twardą ziemie. Piasek leciutko przyprószony był śniegiem. Nie była to niewyobrażalnie gruba warstwa, ale około 2 centymetrów. Lusterko upadło pod nogi Teodora, który od razu schował je do kieszeni. Nienawidził, gdy śmieci walały się wśród dzikiej przyrody. Jeśli ludzie nie przestaną bałaganić niedługo będą brodzić we własnych odpadkach. Dla niego było to nie do pomyślenia. 
 - Gdzie jesteśmy? - spytała Hermiona, rozglądając się po jakimś placu umieszczonym wśród drzew. 
- W Ogrodzie Luksemburskim. - odpowiedział, zachwycając się widokiem. W odległym końcu zamajaczyła mu siedziba senatu. 
- Całkiem ładnie tutaj. - zauważyła Luna, podchodząc do niego. Skinął głową i uśmiechnął się do niej. 
- Jesteśmy godzinę w plecy. - zauważył Draco, stukając palcem w swój zegarek. Hermiona zajrzała mu przez ramię, ale jak zwykle nic nie zrozumiała, ponieważ zegarek nie miał cyfr tylko pięć długich wskazówek. Nie miała pojęcia, jakim cudem Draco umie odczytać z  niego godzinę. 
- Aleś Ty genialny. - zapiszczał Teodor, wznosząc ręce w górę. Draco przewrócił oczyma. 
- Na sam początek pójdziemy do Parku Rozrywki Absolutnej*. - pogrzebał w kieszeni i wyciągnął kilka biletów. Rozdał każdemu po jednym. O dziwno był też bilet dla Pansy, która była tutaj niezapowiedzianym gościem. Uniosła pytająco brew i zapytała o to Teodora. 
- Był dla Terence'a, ale jemu coś wypadło. Podobno gorzej z jego babcią. - uśmiechnął się smutno. Wszyscy pokiwali ze zrozumieniem głową. 
- A więc do dzieła. - posłał rozbawione spojrzenie Hermionie, która już chciała go upomnieć. Podał jedną rękę Lunie, a drugą Draco. Wszyscy razem teleportowali się. 


                                    *                                            *                                                  *

Aportowali się tuż przed bramą do Parku Rozrywki Absolutnej. Wśród takiego tłumu nikt nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi. Każdy z nich podał kasjerce swój bilet i przeszli przez barierkę. Było to najlepsze miejsce w jakim kiedykolwiek był Harry. Ten park w Londynie to nic przy tym tutaj. Ponad wszystkimi budkami, atrakcjami wznosił się wielki i długi na kilka kilometrów Rollercoaster. Była to najlepsza atrakcja w całym paryskim parku. Wagoniki rozpędzały się na szynach do prędkości kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, by w najmniej oczekiwanym momencie zahamować. Ludzie piszczeli i krzyczeli. Ciężko było usłyszeć nawet własne myśli. Harry'emu najbardziej spodobał się Piracki Statek, więc pociągnął Pansy za rękę i razem zniknęli w tłumie. Ruda zaciągnęła Diabła do budki z pluszowymi misiami. Luna przyjęła ramię Teodora i oni także ruszyli w swoją stronę. Hermiona spojrzała ukradkiem na Draco.
- Chodź. - złapał ją za rękę i oboje ruszyli w stronę toru łyżwiarskiego. 
- Umiesz jeździć na łyżwach? - zadał pytanie. Kiwnęła twierdząco głową i poprawiła swój szalik. 
- W takim razie chodź. - pociągnął ją w stronę tłumu. Przepchnął w kolejce kilku Francuzów, którzy krzyczeli na niego w swoim języku i stanął na czele. Pokazał kasjerce swoją kartę, która upoważniała ich do korzystania z wszystkich atrakcji parku. Teodor wszystko dokładnie obmyślił. Draco ciekawiło to, ile musiał wydać kasy, aby zorganizować taki wyjazd. Wybrał dwie pary łyżew i podał jedną z nich Hermionie. 
- Skąd wiedziałeś, jaki mam numer buta? - zdziwiła się, odnotowując, że rozmiar jest idealny. Chłopak wzruszył ramionami.
- Mieszkam z Tobą, więc muszę zauważać pewne szczegóły. Wiesz, że ślinisz się przez sen? - zaśmiał się zawiązując sznurówki. Hermiona zarumieniła się.
- Zmyślasz. - spojrzała na niego przelotnie. 
- Mówię poważnie. Sam widziałem. - zaśmiał się głośno, zwracając uwagę jednej z dziewcząt przechodzących obok nich. Dziewczyna zachichotała i powiedziała coś do swoich koleżanek. 
- Niby kiedy to widziałeś? - zdziwiła się, szukając w pamięci odpowiedniego wspomnienia. 
- Kiedyś usnęłaś na kanapie w salonie. - wzruszył ramionami i wstał. Podał dziewczynie dłoń i razem poszli na tor. Był on przeogromny. Gdy tylko ich łyżwy dotknęły lodu, rozległ się głos. Mężczyzna mówił po francusku, więc mało co zrozumieli. Draco wyłapał pojedyncze słowa takie jak: konkurs, taniec, nagrody. Domyślili się, że będzie organizowany konkurs tańca na lodzie, więc postanowili iść się zapisać. 

                         *                                                      *                                                     *

Cześć, cześć,
a tu was zaskoczyłam, nie? O tak, podzieliłam rozdział na części, ponieważ wydawał mi się zbyt długi i bałam się, że się nudzicie już w połowie. Tak więc, zapraszam do komentowania kochani :3
Rozdział dedykowany tej, która o niego walczyła <3 Pozdrawiam Mopsicaa ;*

piątek, 9 maja 2014

Rozdział 45

- Kochana, zdaję sobie sprawę, że to może być nasze pożegnanie. Chcę, abyś wiedziała, że nigdy o Tobie nie zapomnę. Będę Cię widział w kwiatach każdej łąki, czuł w zapachu upalnej nocy oraz słyszał w szumie morza. Nikt nigdy nie znaczył dla mnie tyle, co Ty. Wielu mówi, że jesteś szalona, lecz ja uważam, że to nieprawda. Wyrażasz przez to swego rodzaju szczęście, które w tobie uwielbiam. Kocham także twój uśmiech. Och tak, zdecydowanie masz piękny uśmiech. Wiele razy Ci to mówiłem. Chciałbym napisać Ci jeszcze wiele rzeczy, lecz nie mogę ubrać tego w słowa. Myślę, że wystarczą Ci słowa wypowiedziane wczorajszej nocy. Mam nadzieję, że nie miałaś przez to problemów. Kocham Cię, Bello. - zakończył Teodor. Przyjrzał się ruchomej fotografii. 



- Zrobiłem dla Ciebie odbitkę. Myślę, że chciałabyś je mieć. - odczytał napis z odwrotu zdjęcia. 
- Dlaczego nigdzie nie ma żadnego podpisu? - zirytował się Draco. Owszem, w kufrze było chyba z dwadzieścia listów, lecz żaden nie miał podpisu. Zdjęcia również nie mówiły wiele o nadawcy wiadomości. Z wszystkich tych śmieci nie dowiedzieli się nic konkretnego. 
- No cóż, trzeba jej przyznać, że była piekielnie pociągająca. - powiedział Harry, z uznaniem kręcąc głową. Hermiona szturchnęła go w ramię. 
- No co? - wzruszył ramionami. 
- To nie pora na twoje fantazje, Potter. - uśmiechnął się Zabini. Harry przewrócił oczami i odłożył zdjęcie na ławę. 
- To nie mój tata z nią pisał. - wykrzyknęła uradowana Ginny. Wstała szybko z miejsca i podbiegła do Hermiony, pokazując jej jeden z listów. 
- Zobacz na literkę W. - wskazała palcem. - Całe pismo jest niemal identyczne, tylko mój tata W pisze z zawijasem na końcu. - mówiła z uśmiechem. 
- Jesteś pewna? - zapytała Hermiona, a gdy Ginny potaknęła, dodała. - W takim razie, kto jest autorem listów? 
- Wychodzi na to, że brat Pana Weasley'a. - odparł spokojnie Teodor, dopijając swoje kakao. 
- To niemożliwe. - zaprzeczyła szybko Ruda. Teodor uniósł brwi w geście zdziwienia. - Ron mówi, że kiedyś podsłuchał w kuchni, jak rodzice mówili, że on wolał chłopców. - zrobiła niewyraźną minę. 
- Łasic jest idiotą, mógł to wymyślić. - zauważył trafnie Blaise. 
- W takim razie to któryś z braci twojej matki. - odezwał się ponownie Teodor. 
- Moment! - do rozmowy wtrącił się Harry. - Skąd znasz te wszystkie rody? To przecież niemożliwe. 
- Jako dziecko, miałem dwie godziny w tygodniu nauki o czarodziejskich rodach, więc coś muszę umieć, prawda? - westchnął. 
- Oni też nie. Zostali zabici przez śmierciożerców, a Bellatriks wyraźnie napisała, że postara się go bronić. - wyjaśniła Ginny. Hermiona w międzyczasie poszła do kuchni po ciastka. 
- Postara. - Teodor spojrzał na Rudą unosząc jeden kącik ust w górę. Dziewczyna zmrużyła powieki i przeczesała ręką włosy. Nagle z kuchni usłyszeli huk tłuczonego szkła. Draco zerwał się jako pierwszy, a reszta tuż za nim. Blondyn omal nie rozwalił drzwi, wbiegając do pomieszczenia. Hermiona stała obok szafki trzymając w jednej dłoni gazetę. Zbita porcelana i ciastka walały się pod jej stopami. 
- Co jest? - zapytał Draco, odbierając jej gazetę. Harry przytulił dziewczynę do swojej klatki piersiowej. Draco rozłożył na blacie Proroka Wieczornego i zaczął czytać odpowiedni fragment. Teodor zajrzał mu przez ramię. 
- Dzisiejszej nocy miało miejsce kolejne morderstwo w Hogsmeade. Tym razem ofiarą jest Nathan Underwood. Mężczyzna prawdopodobnie wracał późną porą z pracy. Ministerstwo stara się..- skończył Draco i spojrzał gniewnie na Teodora. Brunet uniósł brwi w geście zapytania. 
- Przestań na mnie chuchać. - powiedział blondyn. 
- Och, wybacz. - jak na złość Teodor znów na niego chuchnął. Draco zacisnął pięści. 
- Dobrze wiemy, że Ministerstwo nic z tym nie zrobi. Sprawa ucichnie i po problemie. - Harry poprawił okulary w nerwowym geście. Draco wymienił z nim znaczące spojrzenie, lecz brunet przecząco kiwnął głową, dając mu znak, że Morticia Kaufman nie wychodziła z Hogwartu. Teodor odchrząknął, uporczywie wpatrując się w Draco. Jednakże blondyn nie wyczuwał na sobie naglącego spojrzenia przyjaciela. Malfoy ponownie skupił wzrok na gazecie. Z niedowierzaniem wpatrywał się w uśmiechniętą twarz starszego pana, widniejącą na fotografii. To nie do pomyślenia, że w jednej chwili ktoś jest a w drugiej, niespodziewanie znika. Odchodzi, pozostawiając po sobie tylko kilka wspomnień, które z czasem i tak wyblakną. Nie słuchał rozmowy, którą prowadził Harry i Blaise. Głosy dochodziły do niego, jakby z daleka. Nie mógł wyobrazić sobie, co stanie się po jego śmierci. Czy ktokolwiek będzie o nim pamiętać? Czy kiedykolwiek zrobił coś, co warto było zapamiętania? Czy zginie będąc człowiekiem szczęśliwym? Pytanie kłębiące się w jego głowie, zaczęły mu powoli ciążyć. 
- Draco, dobrze się czujesz? - usłyszał w swoich myślach zmartwiony głos Hermiony. Spojrzał na nią i niezauważalnie skinął głową. Przeniósł wzrok na Teodora, który wyglądał jakby miał zaraz wybuchnąć. Jego policzki zaróżowiły się, a rysy wyostrzyły. Blondyn zmarszczył brwi, gdy Nott wskazał na drzwi i ruszył do wyjścia. Poszedł za nim. Teodor stał oparty plecami o ścianę w korytarzu.
- Coś nie tak, Teo? Źle się czujesz? - zmartwił się. 
- Chrząknięcie i uporczywe gapienie się na Ciebie nie działa, prawda? - warknął, powoli się uspokajając. Blondyn przewrócił oczami. Nott rozejrzał się po bokach, upewniając się, czy aby nikt ich nie podsłuchuje. Zbliżył się do Dracona  i wyciągnął w tylnej kieszeni spodni różdżkę. Malfoy uniósł pytająco jedną brew. 
- Znalazłem ją w domu ciotki Belli. Ludzie z Ministerstwa musieli tam być. - opowiedział mu i szybko schował różdżkę, ponieważ z kuchni wyszedł Harry. 
- Chodźcie na kolację. - rzucił beztrosko i poszedł w stronę salonu. Zielonooki dzięki pomocy Hermiony powoli zapomniał o przykrości, którą sprawiła mu Pansy. Starał się o niej nie myśleć. 
- Zgadamy się później. - Ślizgoni wymienili znaczące spojrzenia i ruszyli za Wybrańcem. 

                                 *                                           *                                        * 

Tik - Tak. Wskazówki zegara monotonnie krążyły po jego tarczy, zbliżając się do kształtnej siódemki. Ciemnowłosa dziewczyna, z jak największą ostrożnością malowała paznokcie. Od ponad godzinny matka pokazywała jej najróżniejsze suknie ślubne. Dziewczyna raz po raz spoglądała na nie, kręcąc przecząco głową. Prawda była taka, że myślami była zupełnie gdzie indziej. Jeszcze tylko trzy dni i wróci do ukochanego Hogwartu. Nie będzie zmuszana do ciągłego wybierania dekoracji, świeczek, serwetek i innych pierdół. Nie miała na to najmniejszej ochoty. Westchnęła ze zrezygnowaniem, gdy zauważyła, że to już ostatni paznokieć. 
- Nie sądzisz matko, że na dziś to już koniec? - odezwała się chłodno, przerywając monolog rodzicielki. Pani Parkinson zamilkła, trzymając w dłoni jedno ze zdjęć. Zacisnęła usta w wąską linię i skinęła sztywno głową. Złożyła papiery i opuściła salon. Pansy odczekała, aż wyschną jej paznokcie i również wyszła. Swoje kroki skierowała do pokoju na piętrze. Jej własnej sypialny, do której nikt nie miał wstępu. Zamknęła drzwi na klucz i rzuciła się na łóżko. Te wszystkie przygotowania zaczynały jej ciążyć. Do tego czuła się samotna. Nie miała komu się wyżalić i do kogo przytulić w chwilach załamania. Jej Harry gdzieś zniknął. Odkąd opuściła dom młodego Pottera, Stworek na bieżąco informował ją o wszystkim, co się tam działo. Ostatnio doniósł, że Harry nie pojawił się w domu od kilku dni. Zaczęła się martwić. Przecież mogło stać mu się coś poważnego. Pierwsze łzy spłynęły po jej bladych policzkach. Przycisnęła twarz do poduszki. Tak strasznie za nim tęskniła. Nie mogła przyzwyczaić się do samotnego śniadania w jadalni. Do idealnych salonów Parkinson Manor. To wszystko było niczym w porównaniu do mieszkania na Grimmauld Place. Dogasający płomień świeczki stojącej na parapecie domagał się uwagi dziewczyny. Gasł, by ponownie móc zapłonąć. To była ulubiona rzecz w pokoju dziewczyny. Świeczka nie zgaśnie, dopóki Pansy będzie żyła. Z ostatnim jej tchnieniem świeczka zgaśnie. Ktoś zapukał do drzwi. Czarnowłosa nie odpowiedziała. W tej chwili nie chciała nikogo widzieć. 
- Pansiczku, kochanie? - dobiegł ją głos ojca. Pan Parkinson był specyficznym rodzajem ludzi. Dla swojej jedynej córki zrobiłby wszystko, lecz ważne dla niego były także stare tradycje rodzinne. On także został przymuszony do ślubu i rozumiał cierpienie córki.
- Nie chcę rozmawiać! - odkrzyknęła, zakopując się pod fałdami kołdry. Pan Parkinson westchnął głośno i oddalił się od drzwi. Po kilku minutach Pansy zasnęła. Chociaż w sennych marzeniach mogła znów być z Harrym Potterem. Chłopakiem, któremu na zawsze oddała swoje serce. 

                              *                                      *                                          *
Następnego ranka Magiczne Dowcipy Weasley'ów tętniły życiem już od godziny 7:00. Prawie każdy czarodziej robił tutaj zakupy, ponieważ chciał jak najlepiej zaopatrzyć się na powitanie Nowego Roku. Bliźniacy Weasley mięli ręce pełne roboty. Sami musieli dopilnować całego interesu. Ron nie kwapił się do pomocy mimo, że miał czas, a reszta ich rodzeństwa miała własne problemy. Czerwony na twarzy Fred wrócił właśnie z głębin sklepu. Zmuszony był do interwencji, ponieważ jakiś mały dzieciak zjadł prawie gumową piszczałkę. Ciekawił go tylko fakt, jakim cudem chłopczyk dostał w swoje ręce ów zabawkę, skoro leżą one na najwyższych półkach. 
- George!? - zawołał brata. Już po chwili wysmarowana smołą twarz George'a wychyliła się z zaplecza. 
- Masz to już? - Fred spojrzał nerwowo na brata. Od ponad dwóch tygodni próbowali dopracować ich najnowszy wynalazek. Niestety, jak na razie szło im to z marnym skutkiem. Wyznaczony termin właśnie dobiegł końca, a oni mają jedynie nędzną imitacje najnowszego dowcipu. Młodzi mężczyźni starali się dopracować długopis, który będzie pryskał fosforyzującą farbą i po włączeniu z dolnej części będą wyskakiwać małe fajerwerki. 
- Moment, jeszcze tylko chwilę i myślę, że będzie gotowy. - odpowiedział. Fred uśmiechnął się z nieukrywaną ulgą. W jego piegowatych policzkach pojawiły się dwa okrągłe dołeczki. Obsłużył kilku klientów i postawił przed ladą skrzynkę. Oparł się plecami o kontuar i zaczął obserwować, jak ludzie przebierają w fajerwerkach. Najlepiej sprzedawały się te, które miały kształt smoka. Był to hit w tym sezonie. Po niespełna piętnastu minutach dołączył do niego George. Chłopak zdążył się już przebrać w czyste ubrania. Niósł ze sobą kartonowe pudło po brzegi wypełnione kolorowymi długopisami. Wymienił krótkie spojrzenie z Fredem i stanął na skrzyneczce przed ladą. 
- PROSZĘ O UWAGĘ! - wykrzyknął. Kilka głów stojących najbliżej osób, obróciło się w ich stronę. Gdy zebrała się wystarczająca liczba klientów, bliźniacy zaczęli opowiadać o ich nowym wynalazku. Na samym początku George musiał wytłumaczyć, co to jest długopis. Jak wiadomo jest to mugolskie urządzenie służące do pisania. Niestety, w czarodziejskim świecie mało kto o tym wiedział, więc jest to pierwsza tego typu rzecz na rynku. George oddał głos Fredowi i rozejrzał się po zachwyconych twarzach klientów. Pośród tłumu zauważył dziewczynę, która zupełnie nie była zainteresowana ich wykładem. Ze znudzeniem przyglądała się buteleczce z eliksirem miłości. Uśmiechnął się przepraszająco do brata i ruszył w głąb sklepu. 
- Cześć. - odezwał się, nonszalancko opierając łokieć o jedną z półek. Dziewczyna przeniosła na niego swoje spojrzenie. Miała ona ciemne, gęste włosy sięgające za ramiona, duże zielone oczy oraz rumiane policzki. 
- Cześć. - odpowiedziała po chwili. Odłożyła buteleczkę z amortencją na miejsce.
- Masz bardzo ładne oczy. - wypalił niespodziewanie, patrząc wprost w jej tęczówki. Dziewczyna odchrząknęła i nerwowym ruchem wygładziła swój czerwony płaszczyk. 
- Emm, dziękuję. Czy my się znamy? - spytała, patrząc na niego uporczywie. 
- No tak, gdzie moje maniery? Jestem George Weasley, właściciel tego oto sklepu. - wskazał na półki i wciągnął do niej dłoń. 
- Kalyne Black. - nieśmiało ją uścisnęła. George zmarszczył brwi i przyjrzał się jej uważnie. Dobrze pamiętał, że linia Blacków wygasła wraz ze śmiercią Syriusza. Wydało mu się to lekko podejrzane, więc dla upewnienia spytał o ważny szczegół.
- Nie jesteś stąd, prawda? 
- Nie. Dopiero niedawno się tutaj wprowadziłam. - wyjaśniła i pozwoliła młodemu Weasley'owi oprowadzić się po sklepie. Opowiadał jej dużo sprośnych kawałów, z których o dziwo się śmiała. Gdy chichotała, przymykała powieki sprawiając, że jej ciemne rzęsy rzucały cienie na policzki. George zachwycał się jej urodą, z każdą sekundą coraz bardziej. Było w niej wszystko, co cenił w kobietach. Po pierwsze doceniała jego żarty, po drugie była zabójczo piękna,  a po trzecie nie karciła go, gdy przeklinał. Spędzili razem całą godzinę, chodząc po sklepie i rozmawiając o wynalazkach Weasley'ów, ich życiu oraz śmiejąc się z żartów George'a.
Fred w tym czasie stał za kontuarem i uśmiechał się sam do siebie. Widok szczęśliwego brata sprawiał, że on także czuł się wspaniale. Czy po tym, co przeżyli w czasie mrocznych dni, czeka ich długie, szczęśliwe życie u boku ukochanych kobiet? Fred uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy przez wystawę sklepową pomachała mu niska blondynka. Odmachał i puścił całusa do Astorii, a następnie namalował w powietrzu cyfrę trzy. Oznaczało to, że ma czekać na niego o 15:00 pod Magicznymi Dowcipami Weasley'ów. Upił łyk gorącej kawy.
- Zapowiada się cuudowyny Sylwester. - stwierdził i odstawił kubek na blat stołu.

                                    *                                        *                                             *


- Teoś, Teoś!? - Draco na palcach przemieszczał się po salonie Hermiony. Wydawało mu się, że kilka minut temu słyszał wyraźnie, jak Teodor schodzi po schodach i cicho przeklina. Wszyscy niemal jeszcze spali, a on o tak barbarzyńskiej porze, śmie spacerować po domu. Nagle poczuł, jak ktoś łapie go za ramię i przygważdża do ściany. 
- Nigdy nie mów do mnie Teoś. - wysyczał mu tuż przed twarzą. Draco uśmiechnął się z politowaniem, patrząc na kompletnie ubranego przyjaciela. Cofnął się tylko po to, aby go upomnieć. 
- Gdzie się wybierasz? - zapytał, poprawiając kołnierzyk jego koszuli. Wyswobodził się z jego uścisku i oparł się ramieniem o ścianę. Nott zmrużył gniewnie powieki. Pomyślał przez chwilę i stwierdził, że nie warto okłamywać Draco, bo i tak się dowie. 
- Idę do szpitala, po Lunę. W końcu dziś Sylwester, a ja nie mogę zostawić jej z nim. - zapiął suwak kurtki i ruszył do drzwi. 
- Czekaj: że co? - Draco przetarł twarz dłońmi, upewniając się, czy aby nie śpi. 
- Jajco. Będziemy za kilkanaście minut. Przekaż Granger. Wyszykujcie się ładnie, bo zaplanowałem dla nas dzień pełen wrażeń. - uśmiechnął się i zamknął za sobą drzwi. Po chwili Draco usłyszał charakterystyczny dźwięk deportacji.

                                    *                                           *                                             *

Witajcie, 
rozdział dedykuję Pomylunej Everdeen. Wiesz, że Cię uwielbiam prawda? No więc, mnie teraz nie uduś ;__; Rozdział jest koszmarny, co już Ci pisałam, no ale zbliżamy się do SYLWESTRA :D  Postaram się, żeby chociaż tam było ciekawiej. Po notce 46 wszystko poleci już z góry. Będziemy powoli zbliżać się do końca opowiadania :) No a teraz, zapraszam do komentowania. Klawiatura nie gryzie, a każdy komentarz to dla mnie taki kopniak w cztery litery. Ale się rozpisałam ;__;

Pozdrawiam Mopsicaa ;* 

piątek, 2 maja 2014

Rozdział 44

- Nott zaczekaj! - krzyknęła za nim. Maszerowali już od ponad godziny, lecz nie znaleźli łazienki, w której są ich towarzysze. Chłopak zatrzymał się, a ona niemal roztrzaskała się o jego plecy.
- Granger, irytujesz mnie. - warknął, ruszając powoli dalej. Kufer wzbił się znów w powietrze i poszybował obok niego.
- Błądzimy tutaj za długo. Mówiłam, że idziemy w złym kierunku. - chwyciła go za nadgarstek, ciągnąc w drugą stronę. Nadal uważała, że Teodor się pomylił i prowadzi ich w złe miejsce. Błądząc tak na pewno nie znajdą innych. Zaczynały jej powoli doskwierać głód i pragnienie. Brunet zatrzymał się i niespiesznie odwrócił. Spojrzał na nią z góry i strząsnął jej dłoń.
- Przypominam Ci po raz ostatni: NIKT CIĘ TUTAJ NIE ZATRZYMUJE! - odparł bardzo chłodno. Jego niebieskie oczy jeszcze bardziej pociemniały, przypominając teraz burzowe chmury. Dziewczyna znieruchomiała, wpatrując się w niego z uporem.
- Naprawdę nie wiem, w jaki sposób TY znajdujesz znajomych. - dźgnęła go palcem w tors. Uniósł brew. Cisnęło mu się na usta pytanie, w jaki to sposób  Draco z nią wytrzymuje. Przecież to ona jest nie do zniesienia. Ciągle ich spowalnia i bez przerwy wygłasza swoje mądrości. Naprawdę wolał cichą Granger.
- Dobrze Ci radzę: Milcz. - zabrał przydługie włosy, opadające mu na czoło.
- Bo co? - zapytała buntowniczo.
- Bo Cię spertyfikuję i położę na kufrze. - zmrużył powieki.
- Nie ośmieliłbyś się. - wbiła mu palec w tors.
- Założymy się? - uśmiechnął się łajdacko. Dziewczyna prychnęła urażona i spojrzała w bok. Teodor odwrócił się i ruszył przed siebie. Tym razem drogę do najbliższych drzwi przebyli w ciszy. Jedynie problem tkwił w ilości drzwi. Mianowicie było ich, aż 7. Teodor wyciągnął różdżkę.
- Siódemka, szczęśliwa liczba Lestrange'ów. Granger, które drzwi wybierasz? - zapytał. Dziewczyna zamyśliła się i w końcu wskazała czerwone ze złotą klamką. Teodor narysował w powietrzu czerwony X.
- Ej! - krzyknęła, gdy zrozumiała, że wykreślił je.
- Następne. - polecił. Wykreślał wszystkie po kolei, aż zostały tylko jedne, niebieski drzwi z klamką z diamentu. Hermionie ze złości napuszyły się włosy. Mogło to też być z powodu wełnianego swetra, lecz Teodor wolał tę pierwszą wersję. Otworzył wejście do pokoju i przekroczyli próg. Pokój był zwyczajny. Łóżko, szafa, stolik, portret, który akurat teraz był pusty i małe okno. Teodor podbiegł do niego i odsunął kotarę. Znaleźli się może na wysokości drugiego piętra. Teodor uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś genialna Granger! - wykrzyknął i poczochrał jej włosy. Uderzyła w jego dłoń. Czuła, że jeszcze chwila, a wydrapie mu oczy. Ślizgon odsunął dywan ukazując klapę w podłodze. Pociągnął za kołatkę, otwierając przejście. 


                                   *                                             *                                * 


Draco mało, co a nie podskoczyłby, gdy koło jego nogi świsnęła klapa podłogowa. Wpatrywał się ze zdziwieniem w uśmiechniętą twarz Teodora Notta. 

- Przepraszamy za spóźnienie, coś nas ominęło? - zaśmiał się brunet i wyciągnął rękę w stronę, czekającej na dole Hermiony. Pomógł jej wejść, a na samym końcu wciągnął kufer i zamknął klapę. Granger uścisnęła Harry'ego, zapewniając, że wszystko z nią w porządku i nie kopnął ją prąd. Jej włosy nadal były napuszone, a im bardziej chciała je przygładzić, to tym bardziej elektryzowały się. Teodor posłał jej rozbawione spojrzenie i poklepał Draco po ramieniu. Blondyn wreszcie przestał się o niego martwić. 
- To jest JEJ kufer, prawda? - spytała Ginny, dotykając opuszkami palców czarnego drewna, z którego wykonana była skrzynia. Teodor skinął głową, a jego brwi spotkały się tuż nad nasadą nosa. Zastanawiał się, dlaczego kufer był schowany w mało widocznym miejscu i miał tak potężne zabezpieczenia. Zaciekawiło go, co ukrywała szalona ciotka Bella. 
- Sprawdzimy to później. - warknął Draco. - Rozumiem, że rozgryzłeś już układ domu? - zwrócił się do Teodora, szturchając go ręką w ramię. Brunet potrząsnął głową, wyrywając się tym samym z zamyślenia. 
- Prawie. Musimy się poruszać w przeciwne kierunki. Tutaj mamy zachodnią część zamku, a ja z Granger kierowałem się na wschód. Tak samo było z tą klapą. Klapa wbudowana była w podłogę w pokoju na drugim piętrze. Korzystając z niej powinniśmy wyjść górą, a wyszliśmy dołem. - wytłumaczył i w międzyczasie przetransmutował papier toaletowy w czystą kartkę i szczoteczkę do zębów w ołówek. Rozrysował na szybko przekrój domu i rozmieścił na nim poszczególne komnaty. Draco z uwagą obserwował, jak jego przyjaciel szkicuje. Był to zadziwiający widok. Od pewnego wydarzenia Teodor nie chwytał ołówka w dłonie. Od tamtego czasu minęły dwa lata i jest to pierwszy raz, kiedy widzi rysunek w wykonaniu Teodora. Mimo, że było to tylko kilka minut cieszył się, że brunet powoli się przełamuje. 
- Czyli szukamy wyjścia w podłodze? - zauważył Blaise, wskazując na salon pod nimi. 
- Nie, salon musimy ominąć. - Teodor wykreślił z ich planu owe pomieszczenie.
- Dlaczego? Przecież będzie krótsza droga. - zmarszczyła brwi Ginny, Draco zacisnął pięści i spojrzał na nią lodowato. 
- Jeśli chcesz wyjść z tego domu w czarnym worku, to śmiało. - wycedził blondyn. Ginny zamilkła, a Teodor pokręcił z politowaniem głową. Zabini odciągnął dziewczynę na bok i zaczął jej coś po cichu mówić na ucho. 
- A więc..- zaczął ponownie Teodor. 
- Nie zaczyna się zdania od 'a więc' . - upomniała go cicho Hermiona. Chłopak posłał jej lodowate spojrzenie. 
- A WIĘC, okrążymy go idąc korytarzem w lewo, a potem w dół. - sprostował, wodząc palcem po ich prowizorycznej mapie. 
- Draco nie ta ściana. - uśmiechnął się brunet. 
- Przecież wiem, która to lewa ściana. - prychnął, szukając przejścia. 
- Wszystko na odwrót. Teraz prawa to lewa. - zaśmiał się. Hermiona również uśmiechnęła się. Ich przyjaźń była jedyna w swoim rodzaju. Niektórzy mogliby im pozazdrościć więzi, jaką utworzyli między sobą. Już po chwili Draco znalazł wyjście. Przecisnęli się ciasnym korytarzem do kolejnego pomieszczenia. 

                                                  *                             *                                       * 


- Nie wydaje wam się to zbyt łatwe? - zauważył Harry, gdy całą grupą przyglądali się salonowi Lestrange'ów. Teodor wzruszył ramionami. W prawdzie jemu też wydawało się to trochę dziwne, że tak szybko udało im się wydostać. Drzwi były na wyciągnięcie ręki, lecz i tak coś napawało go lękiem. Zmarszczył brwi, uważnie przyglądając się korytarzowi. Postacie z portretów zniknęły, pozostawiając po sobie tylko puste krzesła. 

- Stój! - krzyknął w stronę Draco, chcącego iść do wyjścia. Blondyn znieruchomiał z nogą uniesioną w powietrzu. 
- Co? - uniósł ręce w górę, lecz posłusznie się cofnął. Nott podszedł trochę bliżej, uprzednio zabierając oburzonej Ginny różową wstążkę, którą miała przewiązane włosy. Przykucnął i za pomocą zaklęcia posłał skrawek materiału w stronę drzwi. Wstążka rozpadła się na kilka części i wylądowała na podłodze. 
- Mhmm. - mruknął cicho. Draco przewrócił oczami. 
- Mówiłem, że to za łatwe. - przypomniał Harry. 
- Myślisz, że uruchomiliśmy ją wchodząc tutaj? - zapytała Hermiona. 
- Prawdopodobnie tak. Dajcie mi chwilę. - odparł brunet i ściągnął bluzę. 
- Striptiz dla ubogich. - zaśmiał się Draco i szturchnął Diabła. Teodor zignorował tę uwagę. Wyciągnął sznurek z kaptura, a następnie ze swoich dresowych spodni. Pozbawił swoje buty sznurówek. Ułożył sznureczki na podłodze i za pomocą odpowiedniego zaklęcia wydłużył je. Pozwiązywał je wszystkie razem, a na samym końcu doczepił wazon. Całość przywiązał do żyrandola wiszącego nad ich głowami. Popatrzył chwilę w przestrzeń i naciągnął linkę. Ustawił wazon pod odpowiednim kątem i z całej siły rozbujał go. W kontakcie z niewidzialnymi ostrzami sznurek porozdzielał się, lecz rozpędzona waza brnęła dalej. W końcu roztrzaskała się tuż nad samymi drzwiami. 
- Co to niby miało być? - zaśmiał się Draco. Teodor spojrzał na niego sceptycznym wzrokiem i ruszył przed siebie. Hermiona krzyknęła, a Ginny zasłoniła oczy dłonią. Draco pobiegł za przyjacielem, chcąc go zatrzymać, lecz było już za późno. Teodor przekroczył wyznaczoną linię i o dziwo nic mu się nie stało. Szedł nie odnosząc żadnych ran, w połowie drogi odwrócił się w ich stronę z dumnym wyrazem twarzy. 
- Długo będziecie tam stać? - uniósł brew i szedł dalej. Draco wymamrotał coś pod nosem i pobiegł w jego stronę. Gdy był wystarczająco blisko, odbił się od lecącego w powietrzu kufra, chwycił za żyrandol nad głową Teodora i wylądował przed nim. 
- Ty kretynie, wyciągnąłeś nas stąd! - zawołał śmiejąc się.  Reszta biegiem dołączyła do nich, jakby bojąc się, ze pułapka znów się włączy. Nott i Malfoy przybili piątkę. 
- Jak to zrobiłeś? - zdziwiła się Hermiona. 
- Obliczyłem trajektorię lotu. waza musiała trafić idealnie w to miejsce. - wskazał palcem w kamienną głowę węża. 
- Skąd wiedziałeś, że to akurat tam? - Diabeł zmarszczył brwi. 
- Oczy węża świeciły. - wzruszył ramionami i nacisnął klamkę. Z wielką ulgą odnotował, że drzwi ustąpiły pod naporem jego ciężaru. Wyszli na zewnątrz. Pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetlały pokrytą lodem dróżkę. 
- Spędziliśmy tam całą noc? - zdziwiła się Ginny. 
- Najwyraźniej. Teleportujmy się do mnie. Zjemy coś, odpoczniemy i zastanowimy się, jak otworzyć to. - powiedziała Hermiona. wszyscy kiwnęli zgodnie głową. Dopiero teraz zrozumieli, jak bardzo są zmęczeni. Kilka razy w ciągu nocy wymknęli się z ciasnych szponów śmierci. Aportowali się przed domem Hermiony. 

                                       *                                     *                            *


- To kto ma jakieś teorie, dotyczące tego, jak to otworzyć? - zapytała Ginny, rozsiadając się wygodnie przed rozpalonym kominkiem. Tuż po przybyciu wysłała patronusa do rodziców z informacją, że została u Hermiony i nic jej nie jest. Wszyscy wyglądali już o wiele lepiej. posilili się jedzeniem przygotowanym przez Hermionę, wykąpali się i ubrali nowe ubrania. Późnym popołudniem rozsiedli się w salonie ze szklankami gorącej czekolady w dłoniach. 

- Kufer także chce zapłaty. - powiedział Draco, upijając łyk parującego napoju. 
- Znów żart? - rozpromienił się Zabini. Teodor kiwnął przecząco głową. 
- To będzie zbyt łatwe. Bellatriks musiała wymyślić coś bardziej skutecznego. - sprostował. 
- Racja, tylko obawiam się, że go nie otworzymy. - dodała Hermiona. 
- Niby dlaczego? - Harry uniósł brwi w geście zapytania. 
- Czytałam kiedyś..- na te słowa Draco przewrócił oczyma. -..o zabezpieczeniach. Gdy ktoś chciał być pewnym, że nikt nie dostanie się do jego rzeczy, pieczętował przedmioty krwią. - wyjaśniła. Draco zamyślił się. 
- Bellatriks przecież nie żyje, czyli nie mamy szans, aby go otworzyć. - powiedziała smutno Ginny. 
- Nie do końca. - Draco odstawił kubek na ławę. 
- Myślisz o tym, co ja? - zapytał Teodor patrząc na niego wymownie. Blondyn skinął głową. Wstał z fotela i ruszył do wyjścia rzucając krótkie 'zaraz wracam'.
- Gdzie on polazł? - zapytał Harry. Teodor zbył go wzruszeniem ramion. Nie mógł powiedzieć przecież, że Draco pojechał do swojej matki. Malfou wrócił po dziesięciu minutach, niosąc w ręce fiolkę z czerwonym płynem. 
- Czy to jest krew? - spytała ze zdziwieniem Ginny.
- Nie, syrop malinowy. - zironizował Draco. 
- Ciocia Cyzia? - spytał Zabini, a Draco kiwnął głową. 
- Siostry Black mają taką samą grupę krwi. Może uda nam się oszukać kufer. - mówiąc to, podszedł do drewnianej skrzyni i polał wieko krwią. Ku ich zdziwieniu ciecz zaczęła wsiąkać i kufer beknął. Zasuwka się otworzyła. Młodzi czarodzieje spojrzeli po sobie. Draco uchylił przykrywkę i ich oczom ukazała się czysta skarbnica wiedzy o Bellatriks. Listy, gazety, zdjęcia, dosłownie wszystko. Nawet między książkami dało się zauważyć damskie figi. 
- Do roboty. - zawołał Diabeł. 

                                   *                                           *                                  *



Witajcie,

tak jak obiecałam rozdział pojawił się w piątej. Tak się składa, że jest to akurat 16 rocznica II Bitwy o Hogwart. Wznieśmy różdżki za tych, którzy polegli /*
Zapraszam do komentowania :)

Pozdrawiam Mopsicaa ;*