wtorek, 29 kwietnia 2014

NIESPODZIANKA!

Dracon Malfoy siedział od samego rana w swoim pokoju. Dzisiaj obchodził swoje dziesiąte urodziny. Zapewne każde dziecko cieszyłoby się z tego faktu, lecz nie on. Mały blondynek był bardzo zdenerwowany. Co chwilę zbierało mu się na wymioty i przechodziły go zimne dreszcze. Spowodowane było to wczorajszą rozmową ze swoim ojcem – Lucjuszem. Zagroził on swojemu pierworodnemu, iż jeżeli jego moce magiczne nie ujawnią się w dniu jego dziesiątych urodzin, po prostu wydziedziczy go z rodu. Przyjęcie urodzinowe zbliża się wielkimi krokami, a on nadal nic nie zrobił. Bał się, że mógłby być charłakiem. Wtedy stałby się pośmiewiskiem swoich kolegów, a tego bardzo nie chciał. Nawet takie tumany jak Crabbe i Goyle wyczarowali coś nędznego, a on nadal tkwi w martwym punkcie.
- Draco, zejdź na dół, goście już przyszli. - usłyszał krzyk swojej matki. Czuł się niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. W gardle uformowała mu się ciężka gula, która za nic w świecie nie chciała zniknąć. Na sztywnych nogach wstał w łóżka i wyszedł z pokoju. Ruszył w stronę salonu, z którego dochodziły strzępki pojedynczych rozmów. Odetchnął głęboko i pchnął dębowe drzwi. Pomieszczenie było ogromne. Na samym środku stał wielki stół, przy którym zasiedli goście. Na jego widok zamilkli. Draco czuł, że zaraz zemdleje. Uchwycił spojrzenie Teodora, który uśmiechał się do niego pokrzepiająco. Chłopcy byli najlepszymi przyjaciółmi. Łączyła ich taka więź, że nie ważne było to, że Draco nadal nie ujawnił oznak swojej mocy. 
- Zgredek, przynieś tort! - krzyknęła Narcyza, odsuwając krzesło przed blondynkiem. Draco usiadł na honorowym miejscu i przełknął głośno ślinę. Skrzat domowy postawił przed nim duży tort. Był on w kolorach zieleni i srebra. Rodzice Draco liczyli na to, że chłopiec trafi do domu Salazara, podobnie jak oni. Na samej górze ciasta ustawiono dziesięć świeczek w kształcie węży.   
- Pomyśl życzenie i zdmuchnij wszystkie. - powiedziała Narcyza. Draco niepewnie spojrzał na Teodora, siedzącego niedaleko niego. Chłopiec uniósł kciuk w górę, zapewniając tym samym, że wszystko będzie dobrze. Mały blondynek nabrał do płuc duży haust powietrza i z mocą wydmuchnął go. Dokładnie w tym momencie to się stało. Ogień ze świeczek buchnął ze zdwojoną siłą. Peruka ciotki Lucy stanęła w płomieniach. Kobieta zerwała się z krzesła i zaczęła krzyczeć. Lucjusz rzucił się na pomoc swojej kuzynce a Narcyza zajęła się gaszeniem małego pożaru. Do Dracona przybiegł młody Nott. 
- To było ekstra! - krzyknął przybijając przyjacielowi piątkę. Draco poczuł jak z jego serca opada niewidzialny ciężar. Jednak ma moc. Uśmiechnął się szeroko obserwując zamieszanie jakie wywołał. Tego dnia jeszcze długo śmiał się razem z Teodorem z tego incydentu. To właśnie tego pamiętnego wieczoru chłopcy przysięgli sobie, że będą najlepszymi przyjaciółmi. To właśnie tego wieczoru Draco otrzymał przezwisko 'Smok'. To właśnie tego wieczoru usnął z promiennym uśmiechem na twarzy. 

                      *                                    *                                       * 


Dziesięcioletnia Hermiona siedziała na kanapie w salonie. Oglądała jedną ze swoich ulubionych bajek. Jej mama szykowała kolację, a tata nie wrócił jeszcze z pracy. Z fascynacją obserwowała, jak dobra wróżka zwykłą dynię zamienia w przepiękną karocę. Wiele razy zastanawiała się, co by było gdyby ona także posiadała taką moc. Było to dla niej coś nieprawdopodobnego. Mama zawsze powtarzała jej, że takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach. Ona w to nie wierzyła. Sądziła, że coś takiego nie może być wymysłem wybujałej wyobraźni scenarzystów. Uważała, że musieli ona zaczerpnąć ten pomysł od prawdziwych czarodziejów. Gdy tylko zaczynała mówić o swoich podejrzeniach, jej mama wybijała swojej córce takie głupoty z główki. Jane nie chciała słuchać o bzdurach, które wymyślała jej córka. Czuła wstyd przed sąsiadami, że jej jedyne dziecko, mimo swojego wieku nadal wierzy w takie coś jak magia. Było to dla niej niedorzeczne. Jednakże mała Hermiona nadal pokładała nadzieję w istnienie świata czarodziejów. Wyznawała zasadę, że jeżeli w coś bardzo wierzymy, to stanie się to rzeczywiste. 
- Kochanie, chodź na kolację. -dobiegł ją głos matki, dochodzący z kuchni. Wyłączyła telewizor i ruszyła w stronę jadalni. Tata Hermiony znów spóźnił się na posiłek, więc kobiety postanowiły zjeść bez niego. Kolację konsumowały w ciszy. Taka panowała zasada w ich domu. Po skończonym posiłku posprzątały i udały się do salonu, aby obejrzeć wiadomości. W tym domu panowały bardzo ścisłe zasady, których nikt nie ważył się złamać. Gdy usiadły na kanapie dobiegł je odgłos zamykanych drzwi. Przekonane, że jest to pan Granger nawet nie drgnęły. Jakież było ich zdziwienie, gdy zamiast niego do pokoju wkroczył zamaskowany mężczyzna. Pani Granger przycisnęła do piersi córkę i obserwowała przybysza ze strachem w oczach.
- Nie ruszać się! - krzyknął i skierował w ich stronę pistolet. Jane zaczęły drżeć ręce. Mała Hermiona zaczęła płakać. Słonek kropelki moczyły jej śliczną, dziecięcą buźkę. Czuła się taka bezsilna. Przez zamglone oczy widziała, jak mężczyzna wpakowuje do torby wszystkie cenne rzeczy znajdujące się w ich domu. W tej chwili tak bardzo pragnęła mieć magiczną moc. Pani Granger szeptała córce do ucha uspokajające słowa. Obiecywała, że za chwilę to wszystko się skończy i faktycznie skończyło się. Włamywacz znieruchomiał. Upuścił torbę z skradzionymi rzeczami i pistolet, który uderzył w posadzkę powodując głuchy huk. Nogi mężczyzny do połowy były oblodzone. Tak, był to najprawdziwszy lód. Jane wykorzystała sytuację i zadzwoniła po policję. Następnego dnia wszystkie media mówiły tylko o tym niespotykanym wydarzeniu. Po południu w domu Państwa Granger pojawił się pewien staruszek. Miał on długą, siwą brodę, haczykowaty nos, a za okularów połówek patrzyły na nich bystre, błękitne oczy. Owym staruszkiem okazał się sam Albus Dumbledore. Wyjaśnił im dziwne zdarzenie mające miejsce wczoraj w ich domu. Na samym początku mama Hermiony nie chciała w to wierzyć, lecz gdy tylko staruszek poprosił jej córkę, aby wyciągnęła dłoń do przodu i pojawiły się na niej najprawdziwsze kryształki lodu Jane zaniemówiła z wrażenia. Tamtego dnia Hermiona przysięgła sobie, że będzie najlepszą czarownicą, jaka chodziła po ziemi. Wtedy jeszcze nie miała pojęcia, co czeka na nią w najbliższej przyszłości.



Witajcie, 
nie to jeszcze nie rozdział. Na niego musicie poczekać do piątku! :D 
Konkurs Stowarzyszenia dobiegł końca, więc mogę wreszcie wstawić moją miniaturkę. Udało mi się zająć III miejsce, co jest moim ogromnym sukcesem. 
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali. 

Pozdrawiam Mopsicaa ;*

                                                 A TERAZ WYGLĄDAM TAK :D

sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 43 + Niespodzianka

Teodor, który szedł całkiem na końcu, zmuszony był do przepchnięcia całej gromadki osłupiałych znajomych. Stanął obok Draco i rozeznał się w sytuacji. Pomieszczenie, w którym się aktualnie znajdowali na pewno nie było strychem. Była to raczej sala eksperymentalna. Białe płytki wyłożone na podłodze, ścianach i suficie pożółkły od starości i brudu. Zaschnięte plamy krwi porozmazywane były dosłownie wszędzie. Na samym środku stał metalowy stół na kółkach. W każdym jego rogu znajdował się zatrzask, gotowy do uwięzienia  ludzkiej kończyny. Na ścianach dodatkowo wisiały szklane gabloty, za którymi ukryte były najróżniejszego kształtu i rozmiaru noże. Ostre, powykrzywiane w różne strony narzędzia tortur, gotowe zadać śmierć nowej ofierze. Na samym końcu sali stał regał, na którego półkach spoczywały opasłe tomy oprawione w smoczą skórę. Cały ten efekt grozy podkreślała żarówka niespokojnie huśtająca się pod sufitem. Mimo swojego niewielkiego rozmiaru dawała ona całkiem dużo światła. Trzeba podkreślić, że w pewnych momentach przygasała i znów się zapalała. Teodor milczał przez chwilę, po czym odwrócił się w stronę drzwi, których nie było. Zamrugał kilka razy.
- Chyba mamy problem. - odezwał się, odciągając tym samym uwagę innych od sali eksperymentalnej. Ginny podbiegła do ściany i zaczęła w nią stukać histerycznie poszukując drzwi. Jej twarz była bardzo blada.
- Nic z tego Wiewiórko. - podpowiedział smętnie Blaise i odciągnął ją kawałek dalej.
- Dom jest zaczarowany. - szepnął cicho Draco, uświadamiając sobie straszliwą prawdę. Spojrzał nerwowo na Teodora, który gorączkowo nad czymś myślał.
- O czym Ty mówisz? - zapytał Harry, a Smok o mało co a nie podskoczył. Czy on wcześniej tutaj stał? Czy aby na pewno, aż tak blisko? Draco zagryzł wargę, unikając spojrzeń rzucanych w jego stronę.
- Ten dom nas strawi. - wyszeptała Hermiona z niedowierzaniem. Ręce zaczęły jej drżeć, a oczy pociemniały. Teodor wsadził ręce do kieszeni i oparł się o ścianę. Pochylił głowę i zaczął głębiej oddychać. Chwilowo zrobiło mu się słabo i starał się to dyskretnie zatuszować.
- Co? Skąd to wiesz? - wykrzyknęła Ginny, chwytając mocniej Blaise'a za ramie. Zaczęła się chaotycznie rozglądać na boki, jakby nagle ściany miały ich pożreć. Hermiona chwyciła się za głowę. On o tym myślał - Draco. Skąd to wiedziała? Usłyszała jego myśli. To oznaczało, że z ich połączeniem empatycznym się pogarsza. Przez cały ten czas jeszcze się go nie pozbyli. Zawsze, gdy Draco miał uwarzyć eliksir coś im wypadało. Jak nie Teodor w Mungu, to nocna wpadka Harry'ego.
- Domyśliłam się. - skłamała, patrząc wprost w oczy Malfoy'a.
- Co teraz? - zapytał Harry, pocierając ramiona. W tym momencie żarówka całkowicie zgasła. Hermiona i Ginny krzyknęły. Po chwili znów pojawiło się światło.
- Trzeba się stąd wydostać. To jest gabinet Rabastana Lestrange, kiedyś był w niższych kondygnacjach dworu. Najwyraźniej pomieszczenia zmieniają położenie, co wydaje mi się dziwne, bo praktycznie nikogo tutaj nie było od pół roku. - brwi Draco spotkały się tuż nad nasadą nosa. - Wracając, tutaj musi był wyjście. Niekoniecznie są to typowe drzwi. Rabastana cechuje głównie spryt i smykałka do architektury, więc drzwi wbudowane są gdzieś w ścianie. - wyjaśnił, rozglądając się. - Wróć! Gdzie jest Teodor?! - wykrzyknął, uświadamiając sobie, że jego najlepszy przyjaciel gdzieś zniknął.
- Teo! Teo! - zaczął wołać, lecz nikt mu nie odpowiadał. Złapał się za głowę.
- Kto go widział jako ostatni? - zapytał, patrząc z niemym błaganiem w oczach na twarze innych. Pokręcili smutno głową.
- Ja widziałam go zanim światło zgasło. - mruknęła Hermiona. Czuła powolną falę histerii zmieszanej ze złością. Domyślała się, że lada chwila a Draco wybuchnie. Nie myliła się.
- Teodor zniknął. - szepnął cicho. - I to jest wszystko twoja wina! - wrzasnął w stronę przestraszonej Ginny. Dziewczyna skuliła się za plecami Blaise'a. - Gdybyś nie wymyśliła sobie jakiejś bzdury wszystko byłoby dobrze!
- Draco. - upomniał go Diabeł.
- No co? - uśmiechnął się szyderczo. - To też twoja wina! Gdybyś wybił jej to z głowy, ale nie. Ty jesteś ślepo w nią zapatrzony. Pierdolony pantoflarz! - dokończył blondyn, patrząc na Zabini'ego ze złością. Brunet zacisnął pięści. Jeśli teraz będą się kłócić to na pewno nie polepszą swojej sytuacji. Przemilczy uwagi przyjaciela ze względu na jego stan. Pokrzyczy chwilę i się uspokoi. Światło ponownie zgasło, by po chwili rozbłysnąć jeszcze jaśniej. Hermiona przytuliła się do ramienia Harry'ego, by poczuć się bezpieczniej. Po za tym nogi jej drżały od emocji kotłujących się gdzieś w jej wnętrzu. Musi się starać uspokoić, ponieważ może to pomóc Draco w opanowaniu się. W myślach liczyła do dziesięciu i głęboko oddychała. Starała się wyprzeć negatywne emocje. Draco oparł się rękami o metalowy stół. Po kilku minutach odepchnął się i ruszył przeglądać ściany. Reszta ruszyła w jego ślady.  Po dobrych dwudziestu minutach Harry natrafił na przejście w ścianie. Grupka gęsiego opuściła pokój tortur w wykonaniu Rabastana. 


                                       *                                        *                                *

Teodor przeciskał się przez bardzo wąski korytarz. Sam nie wiedział, jak się tutaj znalazł. W pewnym momencie zgasło światło, a gdy się pojawiło nie widział już żadnego ze swoich znajomych. Próbował  wrócić, lecz nie udało mu się to i był zmuszony ruszyć w przeciwną stronę. Miał ogromną nadzieje, że Draco go znajdzie, lub sam odnajdzie wyjście. Postanowił, że nie da się zabić. Uniósł różdżkę na wysokość torsu i zmarszczył nos. Coś tutaj śmierdziało. Przypomniał mu się smród kanapki Draco, która przez cały rok przeleżała w zamkniętej szafce. Teraz właśnie wyczuwał podobny zapach. Na samym końcu tunelu pojawiły się brudne, białe drzwi z okrągłą szybką na samej górze. O ile pamięć go nie zawodzi, jest to kuchnia. Wszedł do środka i próbował powstrzymać odruch wymiotny. Pod metalowymi szafkami biegały szczury z wielkimi, czerwonymi oczami i długimi ogonami. Ale nie to przeraziło go najbardziej. W jednym z kątów leżał najprawdziwszy ludzki szkielet, a obok niego różdżka. Przycisnął materiał bluzy do nosa i zbliżył się. Podniósł magiczny patyk i wsunął go w kieszeń. Jeśli wydostanie się z tego domu, to pójdzie z tym do ministerstwa. Ten człowiek może od dawna jest poszukiwany, a ślad po nim zaginął. Najszybciej jak tylko mógł opuścił kuchnie, dzięki małej windzie towarowej. Zjechał na sam dół i znalazł się w magazynie. To chyba najnormalniej wyglądające pomieszczenie, w którym się znalazł. Przerażała go tylko ilość regałów, która się tutaj znajdowała. Ruszył szukać kolejnego wyjścia, lecz już po kilku minutach zgubił się. Półki rozmieszczone były w dokładnym odwzorowaniu labiryntu. Poirytowany usiadł na krzesełku stojącym w kącie. Potrzebował chwili wytchnienia, ponieważ znów zrobiło mu się słabo. Gdy tylko usiadł krzesło z zawrotną prędkością pognało między regałami.

                                   *                                       *                                         *

Draco w podłym nastroju maszerował na samym przedzie. Martwił się o Teodora. Wiedział, że chłopak jest zaradny, ale to był dom szalonych Lestrange'ów. Nie wiadomo jakie pułapki przygotowali dla nieproszonych gości. Wytężył wzrok i wreszcie dostrzegł drzwi. Wielkie, dębowe z wieloma mrocznymi  rysami w drewnie. Jedyny problem był taki, że one nie miały klamki.
- Co na gacie Merlina? -  powiedział, stukając w nie.
- Co tam masz Draco? - zawołał Blaise, idący na samym końcu.
- Są drzwi, ale jakieś dziwne. Nie mają klamki! - odkrzyknął.
- One chcą zapłaty Draco. - powiedziała zirytowana Hermiona. Przepchnęła się obok Harry'ego i stanęła obok Smoka. Przyjrzała im się uważnie. Dotknęła opuszkami palców kilku wgłębień. Na jej czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka. Westchnęła.
- Wydaje mi się, że one chcą usłyszeć żart. - oparła się plecami o ścianę.
- Blaise! - zawołał Draco. Po chwili i kilku podeptanych stopach Diabeł stał przed drzwiami. Odchrząknął i uśmiechnął się szeroko.
- Dlaczego dementorzy się nie rozmnażają? - zapytał i zrobił efektywną pauzę. - Bo wszystko kończy się na pocałunku. - ku ich ogólnemu zdziwieniu drzwi zachichotały i wyskoczyła z nich okrągła klamka. Zabini ukłonił się i wycofał na sam koniec. Ginny nagrodziła go buziakiem w polik. Draco otworzył drzwi i znaleźli się w czyimś gabinecie. Ciemne drewno połyskiwało w płomieniach świec, które samoczynnie się zapaliły. - Należy do Rudolfusa. - powiedział Draco, przeglądając półki z książkami. W pewnej chwili pociągnął za opasły tom i regały rozstąpiły się, ukazując betonowy tunel.
- Moment, a gdzie Hermiona? - zapytał Harry, gdy mięli już w niego wejść. Draco znieruchomiał. Rozejrzał się po gabinecie.
- O nie. - szepnął, przypominając sobie, że opierała się jeszcze chwilę temu o ścianę w korytarzu. Zamknął oczy i skupił całą siłę swojego umysłu. Może uda mu się połączyć z nią myślami.
- Granger! - odpowiedziała mu cisza. - Granger! - powtórzył w myślach z uporem.
- Draco, gdzie jesteś? - odpowiedziała.
- W gabinecie a Ty?
- W kuchni i jestem pewna, że ktoś tutaj był. Są świeże ślady butów.
- To na pewno Teodor.
- Tylko jak on stąd wyszedł? Tutaj nie ma drzwi ani okien. 

- Obszukaj ściany, podłogę, cokolwiek. 
- Postaram się..AAAA! - ich połączenie nagle się zerwało. Draco upadł na beton z potężnym bólem głowy.
- Smoku, co jest? - podbiegł do niego Blaise i pomógł mu usiąść. Malfoy był bardzo blady, a na jego czole pojawiły się kropelki potu.
- Musimy dostać się do kuchni, Granger ma kłopoty. - odparł naprędce i się podniósł. W skrócie musiał wyjaśnić im o co chodzi z połączeniem empatycznym. Harry wyglądał na zdziwionego, lecz nic nie powiedział. Blaise i Ginny również to przemilczeli. Czteroosobową grupką ruszyli dalej. 


                             *                                              *                              * 

Połączenie empatyczne zostało przerwane, gdy jej kostkę zaatakował szczur. Kopnęła zwierzę w daleki kąt, lecz to nic nie pomogło. Inne również ruszyły w jej stronę, piszcząc przeraźliwie. Obnażyły długie i ostre, jak brzytwa kły. Machnęła różdżką w ich stronę. Jeden szczur został natychmiast zamrożony, a drugiemu zaczął płonąć ogon. Niestety, gryzoni pojawiało się coraz więcej. Czuła, że nie da sobie z nimi rady i skończy jak nieszczęśnik leżący w kącie. Nagle dostrzegła windę towarową. Jeśli udałoby jej się tam dostać. Rzuciła potężne zaklęcie tarczy, które choć na chwilę zatrzymało zmutowane zwierzęta, dając jej chwilę na ucieczkę. Wskoczyła do metalowej skrzynki i pociągnęła za linę. Zatrzask puścił i pognała w dół. Kołowrotek skrzypiał w przeraźliwej ciszy. Wylądowała na dole cała okurzona. Znalazła się w magazynie. Tutaj też ktoś był. Zakurzona podłoga była cała w śladach stóp. Jednak najdziwniejsze było samo poruszające się krzesło. Sunęło między regałami, by ustawić się pod ścianą i znieruchomieć. Zrozumiała, że jest droga do wyjścia. Teodor najwyraźniej tak się stąd wydostał. Nagle poczuła względem niego wielki podziw. Ledwo co wyszedł ze szpitala, a już znalazł się w poważnych kłopotach. Mimo to wyśmienicie sobie radzi. Znajduje wyjście z wielu sytuacji. Mocno przytrzymała się podłokietników krzesła i usiadła. Krzesło ożyło i popędziło między regałami. Drobne pyłki kurzu wplątywały się w jej włosy. Zakaszlała. Krzyknęła, gdy krzesło omal nie roztrzaskało się o regał. To była najstraszniejsza przejażdżka w jej życiu. Nawet tunel strachu przy tym był do zniesienia. Zeskoczyła z krzesła i pognała w stronę obrotowych drzwi. Po drugiej stronie była garderoba. Na samym środku pomieszczenia stał Teodor Nott, oglądający sufit. Pierwszy raz ucieszyła się z jego widoku. Uśmiechnęła się pod nosem.
- Cześć Nott. - ujawniła swoją obecność. Chłopak odwrócił się z uniesioną w górę różdżką. Podniósł jedną brew w górę.
- Ściana mnie pożarła i wylądowałam w kuchni. Poszłam za twoimi śladami. - odparła, odpowiadając na jego nieme pytanie.
- A co z ręką? - spytał, wskazując jej krwawiące ramie. Dopiero teraz zdała sobię sprawę, że odniosła ranę. Musiało to być wtedy, gdy walczyła z krwiożerczymi gryzoniami.
- Zaatakowały mnie w kuchni szczury. - odpowiedziała. Podwinęła rękaw zakrwawionego swetra, ukazując głębokie ślady dwóch zębów.
- Chodź. - powiedział Teodor, ściągając białą suknie z wieszaka. Podarł ją na kilka drobnych pasków. Za pomocą zaklęcia obmył ranę Gryfonki i założył opatrunek. Oczyścił jej sweter i naprawił dziurę.
- Dziękuję. - szepnęła, patrząc na swoje kozaki. Brunet skinął głową i wstał z kolumienki otaczającej każdą szafę.
- Poszukaj wyjścia za ubraniami. - polecił jej. On w tym czasie zaczął stukać w podłogę. Nigdy nie był w tej części dworu, więc nie orientuje się w położeniu przejść.
- Nott, on jest tutaj. - krzyknęła Hermiona z drugiego końca pomieszczenia. Za ślubnymi dodatkami, butami i suknami ukryty był szkolny kufer. Na wieku widniały inicjały B.B. Teodor zajrzał jej przez ramię. Próbował otworzyć go za pomocą zaklęcia, ale nic z tego.
- Bierzemy go ze sobą. - wyciągnął go zza półki.
- Oszalałeś? Jest za ciężki, żebyś go niósł. - chwyciła za drugą rączkę ciągnąc go z powrotem.
- Jak na najmądrzejszą czarownicę od czasów Roweny, jesteś strasznie tępa. - powiedział z politowaniem i wyrwał jej z ręki kufer. Hermiona zarumieniła się. W żadnym wypadku nie był to rumieniec wstydu, tylko złości. Żaden Ślizgon nie będzie wyzywał ją od tępych! Zamachnęła się i już chciała go uderzyć, lecz w odpowiednim momencie złapał ją za rękę. Pokręcił głową i uśmiechnął się pobłażliwie.
- A do tego nadpobudliwa. - westchnął. - Locomotor Kufer. - podłużna skrzynka wzbiła się w powietrze. Hermiona otworzyła buzię, a Teodor zaśmiał się. Chwycił jej podbródek i uniósł w górę, tym samym zamykając jej usta. Zmrużyła gniewnie powieki.
- Muszę powiedzieć Draco, że znalazłam Cię. - wyminęła go i usiadła na kolumience.
- Jak? - uniósł brwi.
- Łącze empatyczne. - odpowiedziała, chcąc go zaskoczyć, lecz on kiwnął tylko głową i oddalił się. Wynalazł zza regału z pierścionkami miotłę i zaczął pukać w kasetony na suficie. Hermiona zacisnęła szczęki. Czy go cokolwiek zdziwi? Jest tak cholernie spokojny. Zamknęła oczy i skupiła całą energię w sobie.
- Draco? - zawołała w myślach.
- Co? Nic Ci nie jest? Czemu nam przerwało? - odpowiedział niemal natychmiast.
- To nic, tylko szczur. Znalazłam Notta i kufer Bellatriks. Gdzie jesteście? 
- Łazienka gościnna nr 7 na piętrze, zachodnie skrzydło. Przekaż to Teodorowi. On będzie wiedział. Poczekamy tutaj na was.
- Ok. 

- Bez odbioru. - uśmiechnęła się na ostatnie słowa Draco. Przekazała informacje Teodorowi, któremu udało się odszukać przejście w suficie. Wysunęła się z niego drabina, po której weszli do kolejnego tunelu. Trafili na rozwidlenie. Teodor ruszył w stronę wschodnią. 
- Mamy iść na zachód. - warknęła, ciągnąc go za rękaw w przeciwną stronę. 
- Milcz. Chcesz to idź. - Ruszył szybkim krokiem, a ona chcąc, czy nie podreptała za nim. 

                                  *                                              *                                     *

Witam, 
rozdział spóźniony o jeden dzień. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Pisałam go dzisiaj rano na szybko, więc nie wiem, czy udało mi się przekazać w nim wszystko. Jest długi, tak wiem. Przepraszam, jeśli was zanudził :c 
Co do niespodzianki to mam dla was zwiastun mojej roboty. Dotyczy opowiadania, więc mam nadzieję, że wam się spodoba. 
Czekam na wasze opinie :3

Pozdrawiam Mopsicaa. ;*



Zwiastun powstał w wyniku świątecznej nudy. 


sobota, 19 kwietnia 2014

Rozdział 42

Kolejne dwa dni minęły Ginny i Blaise'owi na ciągłych poszukiwaniach informacji od Bellatriks. Strych zaczął błyszczeć czystością, już po pierwszym dniu, a wiadomości nie znaleźli do teraz. Właściciel kufra musiał je bardzo dobrze ukryć. Wczoraj przy kolacji Ruda chciała zapytać o to matkę, lecz prawdopodobny właściciel siedzący kilka krzeseł od niej, mógłby się czegoś domyślić i wtedy w ogóle nie znaleźli by niczego więcej. Tak, Ginny podejrzewała swojego ojca o szkolny romans z Belatriks. Blaise w to nie wierzył, ale zawsze wszystko jest możliwe. Zirytowana Ginny trzasnęła wiekiem kufra i ukryła twarz w dłoniach. Po śniadaniu znów przyszła poszukać czegoś na strychu. Sądziła, że może kufer ma podwójne dno, lecz nic takiego nie odkryła. Zabini postanowił zostać  w salonie i pograć z Billem w szachy. Mimo, że cały czas przegrywał twierdził, że im więcej gra tym bliżej jest wygranej. Coś w tym było. Dziewczyna usłyszała kroki na schodach i już po chwili uśmiechnięta twarz Diabła wychyliła się zza regału.
- Udało Ci się wreszcie wygrać? - zadała pytanie.
- Nie, ale wiem gdzie szukać innych listów. - wykrzyknął uradowany i usiadł na kufrze. Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę.
- Gdzie? - przysiadła szybko przy nim i chwyciła jego dłoń.
- W Lestrange Manor lub w starym domu Blacków. - odparł. Ginny zamyśliła się na chwilę.
- Jesteś genialny. - wyszeptała po kilku minutach ciszy. Rzuciła się Zabiniemu na szyję i czule pocałowała.
- W takim razie jedziemy do Notta. - wykrzyknął Blaise i wstał.
- Tak jest....to znaczy co? Jak do Notta? - zapytała zbita z tropu. Mimo to posłusznie podreptała za nim na dół.
- Tylko Nott wie, gdzie jest Draco. - wzruszył zamionami, jakby to było oczywiste.
- Czekaj, po jaką cholerę nam Malfoy? - złapała o za rękaw swetra, który dostał od Pani Weasley. Był on ciemnozielony z wyszytą na piersi literką B w kolorze srebra. Chłopak tak się ucieszył z tego prezentu, że w odruchu szczęścia chwycił Molly w ramiona i zaczął kręcić się w okół własnej osi. Ron dostał prawie ataku serca.
- Tylko Draco umie rozpracować system korytarzy i pułapek w ich dworze. - odpowiedział i ruszył do korytarza, by założyć kurtkę i buty. Gryfonka mruknęła ciche zrozumienie i poszła w jego ślady.


                                        *                                          *                                   *


- Cześć Teoś! - Zabini wraz z Rudą wszedł do sali, w której znajdował sie Nott.
- Zabini, ile razy mam Ci powtarzać, że nie masz mówić do mnoe T e o ś? - usłyszeli cichy głos spośród pościeli. Znad kołdry wystawał duży notatnik, w którym Teodor miał zwyczaj szkicować. Jego aktualny rysunek przedstawiał pokój w którym się znajdował. Na szkicu zaczęły pojawiać się nowe linie, które łączyły się w postaci Blasie'a i Ginny. Teodor nie potrzebował robić zdjęć po to, aby coś zapamiętać. Wystarczył mu własnej roboty szkic, który oddawał piękno danego miejsca.
- Nie ważne, gdzie jest Draco? - spytał Zabini.
- Nie wiem. - odpowiedział Nott. Ginny westchnęła z rezygnacją.
- Teodor..- zaczął Diabeł, lecz niebieskooki mu przerwał.
- Po co szukacie Draco? - zapytał, odkładając notatnik. Włożył go do torby.
- Nie twój interes. - warknęła Ginny. Nott zaczynał ją drażnić.
- Oczywiście, tylko że bez mojej pomocy możecie szukać Draco do końca ferii, a i tak go nie znajdziecie. - uśmiechnął się złośliwie. Oparł się wygodnie o poduszkę i z zadowoleniem obserwował, jak twarz Weasley zmienia kolor na wściekle czerwony. Zabini szepnął jej coś do ucha.
- Musimy dostać się do Lestrange Manor a tylko Draco wie, jak tam się poruszać. - odpowiedział w końcu.
- Co? To już się zaczęło? Porwali twoją matkę? - Teodor jak oparzony wyskoczył ze szpitalnej pryczy i wyciągnął torbę spod szafki.
- O czym Ty mówisz? - spytała podejrzliwie Ginny. Zmrużyła gniewnie powieki. Twarz Teodora pobladła.
- To jednak nie sen? - odetchnął z udawaną ulgą.
- Wariat. - Zabini pokręcił palcem wskazującym wokół skroni. Nie rozumiał, jak Teodor może być tak lekkomyślny. O mało co a noe wydałby się przed Ginny. Potter poinformował również jego o tym, co stało się w Dziurawym Kotle. Zabini obiecał, że nie powie ani słowa rodzinie Weasley'ów i będzie ich strzegł. W razie potrzeby wezwie natychmiastową pomoc.
- Nie wiedziałam, że jest z nim, aż tak źle. - usłyszał szept Ginny przy uchu. Kiwnął tylko głową.
- Powiem wam, gdzie jest Draco pod warunkiem, że zabierzecie mnie ze sobą. - powiedział Teodor i zaczął ubierać szlafrok. Ginny i Blaise wymienili kilka zdań szeptem.
- Dobra. - odpowiedzieli równocześnie. Teodor uśmiechnął się łajdacko. Wcisnął jakiś przycisk na monitorze i już po kilku minutach w sali pojawiła się Taylor.
- Coś nie tak? - spytała, obserwując bacznie Ginny i Zabiniego.
- Chcę wypisać się z Munga na własne żądanie. - powiedział Teodor, biorąc torbę do ręki.
- Jesteś tego pewny? Przyniosę odpowiednie papiery. - odpowiedziała, gdy kiwnął twierdząco głową. 


                                     *                                          *                                   *


- Jesteś pewny, że nie opuszczała Hogwartu? - zapytał szeptem Draco, przyglądając się uważnie Mapie Huncwotów.
- Taak, często chodzi do biblioteki i nic nad zwyczajnego po za tym. - Harry poprawił okulary. Od pół godziny wałkowali ten sam temat. Draco nadal nie dał za wygraną w sprawę Morticii Kaufman. Mają na głowie większe problemy, niż ona.
- A ten cały Payne? - Draco przejrzał całą mapę, lecz nie znalazł kropki z nazwiskiem profesora.
- Wyjechał z samego początku ferii. - odparł Harry. Draco mruknął coś pod nosem. Mimo, że chciał o tym zapomnieć, nie mógł. Sny związane z tą sprawą męczyły go już chyba od dwóch tygodni. Koszmar za koszmarem. Morticia w białej sukni, która ocieka krwią. To naprawdę chore.
- OBIAD! - dobiegł ich głośny krzyk Hermiony. Harry zamieszkał tymczasowo u nich. Dzięki temu nie czuł się samotnie. Oboje wstali i ruszyli do kuchni. Byli już przy drzwiach, gdy usłyszeli dzwonek do drzwi. Draco zmarszczył brwi i ruszył, by powitać gości. W progu zastał Teodora, a zza jego pleców wychylili się Ginny oraz Blaise. Blondyn zamrugał kilka razy.
- Cześć stary. - bez zaproszenia władowali się do domu. Draco nadal stał przed otwartymi drzwiami, wlepiając wzrok w pustą przestrzeń. Po chwili się opamiętał i pobiegł do salonu, w którym zebrali się wszyscy.
- Co wy tu robicie? Teo, czemu nie jesteś w szpitalu? Do jasnej cholery o co tu chodzi? - zadawał pytania.
- Zwariował? - spytał Nott, patrząc na Hermionę. Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Nie czasu na pogaduchy! Musimy dostać się do Lestrange Manor i to zanim się ściemni. - powiedziała szybko Ginny. Zaczęła im wszystko w skrócie wyjaśniać. Harry wpatrywał się w nią ze zmarszczonymi brwiami. Hermiona lekko pobladła a Draco stał niewzruszony.
- Przez taką pierdołę wyciągacie Teodora ze szpitala, zdając sobie sprawę, że jest chory?! - z szeptu przeszedł do krzyku. Wszyscy zamilkli.
- Czuję się dobrze. - zapewnił Teodor.
- No tak, kilka omdleń w ciągu pierwszego semestru to nic! - krzyknął Draco, siadając na oparciu fotela. Teodor zamilkł.
- Draco, to naprawdę ważne. Pojedź z nami i będzie po sprawie. Teodor może przecież wrócić do Munga. - Blaise spojrzał na niego błagalnie. Draco spojrzał na Harry'ego.
- Dobra, ale on jedzie z nami.- wskazał na okularnika.
- Ja też! - dodała szybko Hermiona.
- W takim razie jedziemy wszyscy. - Teodor ruszył w stronę drzwi łazienki. Draco przeklął ale zgodził się. Jeśli Nott się uprze to nic nie zdziała. 



                                     *                                          *                                   *


Przed dworem Lestrange'ów zjawili się po godzinie. Ciężkie chmury sunęły po niebie, zwiastując burzę śnieżną. Mosiężna brama głośno zaskrzypiała, gdy Draco ją otworzył. Ptaki z pobliskich drzew wzbiły się do lotu. Pierwsze płatki śniegu opadały na żwirową drogę. 

- Czekajcie, coś tu nie tak. - Draco zatrzymał ich gestem dłoni. Uważnie przyglądał się każdemu drzewu z osobna. Czarne, wyschnięte krzaki przyprawiały grupkę młodych czarodziejów o gęsią skórkę. 
- Teo, przypominasz sobie może, gdzie jest zapadnia? - zapytał cicho blondyn. Teodor rozejrzał się po okolicy. Zatrzymał wzrok na sporej wielkości głazie i krzakach wokół niego. 
- Tam. - wskazał palcem na odcinek drogi obok skały. Malfoy kiwnął głową na znak zrozumienia. Podniósł z ziemi kamień i rzucił nim w tamtą stronę. Przez chwilę po upadku nie działo się nic. Mijały minuty a Draco miał ochotę nakrzyczeć na Teodora za wprowadzanie go w błąd. Gdy otwierał już usta ziemia się zatrzęsła i zaczęła pękać w okolicy głazów. Szczelina po szczelinie, aż w podłożu powstała wielka dziura, która zdołałaby pomieścić nawet trolla. Teodor ukłonił się przed Draco. Ruszyli dalej. Na samym przedzie Malfoy a na końcu Nott. Przez chwilę naprawdę wydawało im się, że są na kolejnej misji dla Czarnego Pana. Dwójka generałów prowadzących szeregi do walki. Najbardziej zaufani zdrajcy Voldemorta. 
Draco dotknął czarnej kolumny tuż przy wejściu.
- Który? - spytał Notta. Malfoy nie miał pamięci do szczegółów. Natomiast Teodor był doskonałym obserwatorem, lecz nie pamięta danych sytuacji, co jest zaletą blondyna. Obaj się doskonale dopełniają.
- Drugi po lewej. - odpowiedział brunet. Draco zmarszczył brwi i zrobił krok w przód. Spojrzał na trzydzieści identycznych główek węży. Jeśli Teodor się pomyli, to spokojnie może pożegnać się ze swoją dłonią. Raz kozie śmierć. Zamknął oczy i dotknął kłów posążku. Odetchnął głeboko wciąż zaciskając powieki. Minuty mijały a on nadal stało, jak sparaliżowany.
- Smoku, to już. - poczuł dłoń na swoim ramieniu. Ostrożnie otworzył oczy i z ulgą zarejestrował, że jego palce znajdują się na właściwym miejscu.
- Teraz już pamiętam, dlaczego Ci ufam. - zwrócił się cicho do Teodora, tak aby tylko on mógł to usłyszeć. Chłopak uśmiechnął cię lekko. Wrócił z powrotem na koniec grupy. Drzwi do pałacu Lestrange'ów stały otworem. Blondyn dotknął ciemnego drewna. Powróciło do niego wspomnienie. Kiedy był małym chłopcem często przyjeżdżał tutaj z matką, aby sprawdzić czy nikt nie wdarł się do posiadłości wujostwa. Pewnego lata właśnie w tym miejscu był świadkiem poważnej kłótni matki z ojcem. Wtedy pierwszy raz zobaczył jak Lucjusz bije Narcyzę. Wtedy jeszcze tego nie rozumiał.
- Wchodzimy. - rzucił krótko i przekroczył próg domostwa. Od dawna nikt tutaj nie sprzątał. Skrzaty zostały przydzielone go kuchni w Hogwarcie, gdy prawowici właściciele byli w Azkabanie. Później już nigdy nie udało im się odzyskać dworu. Portrety wiszące na ścianach w korytarzu łypały na nich spode łba. Mimo to nie były, aż tak straszne jak ten na samym końcu po lewej stronie. Na płótnie namalowana była kobieta. Miała ona czarne jak smoła włosy i tego samego koloru oczy. Ciężkie powieki sprawiały, że wyglądała na znudzoną.
- Cześć babciu. - mruknął cicho Draco, unikając jej spojrzenia.
- Jak śmiesz się do mnie zwracać, po tym co zrobiłeś? - powiedziała chłodno. Wstała ze swojego krzesła i zniknęła za ramami obrazu. Draco zacisnął pięści.
- Wypisz, wymaluj Bellatriks. - zaśmiał się nerwowo Blaise, po to aby rozładować napiętą atmosferę. Ruszyli dalej, lecz zatrzymali się przed salonem. Malfoy rozejrzał się uważnie po ścianach. Muszą ominąć sporą część domu, aby natrafić na jak najmniej pułapek.
- Trzecia z prawej. - wtrącił cicho Teodor. Draco uśmiechnął się. Bardzo go to cieszyło, że jednak zgodził się, aby Teodor im towarzyszył. Był naprawdę pomocny. Draco zapukał trzy razu w wyznaczoną ścianę. Deski zaczęły się rozsuwać, ukazując ceglane schody. Młodzi czarodzieje wyciągnęli różdżki, by oświetlić tunel. Szli w całkowitym milczeniu i skupieniu. Ten dom to jedna, wielka tykająca pułapka. Jeden fałszywy ruch a wszyscy zginą. Nagle zaczęło robić się niebezpiecznie gorąco. 
- Co jest? - mruknął Harry, wycierając pot z czoła.
- Zaklęcie szoku termicznego!  Zatrzymajcie się! - krzyknął Teodor. Wszyscy znieruchomieli. 
- Co teraz? - spytała cicho Hermiona, starając się opanować drżenie głosu. Twarz Teodora stężała, dodając mu kilku dodatkowych lat.
- Nie możemy się wycofać, bo drzwi się za nami zamknęły.  Jeśli pójdziemy do przodu to uruchomi się nadmuch zimnego powietrza, które w kontakcie z naszym ciałem sprawi, że dostaniemy szoku termicznego, co czasami może doprowadzić do śmierci. - wytłumaczył rzeczowym tonem. - Jednakże, domownicy korzystali z tych korytarzy, więc musi być gdzieś tutaj dezaktywacja. - uniósł palec wskazujący w górę.
- Tylko gdzie? - zastanawiała się Ginny.
- Może to ta pochodnia? - zaproponował Blaise. Draco podrapał się  po głowie. Nott skinął głową, dając znak Draco, że ma spróbować. Ostrożnie podszedł i pociągnął za kinkiet. Temperatura stopniowo zaczęła opadać. Teodor uniósł kciuk w górę. Ruszyli dalej, aż natrafili na okrągłą klapę w suficie. Draco pchnął drzwiczki i całą grupą weszli na strych. Widok, który tam zastali zmroził im krew w żyłach. 


                                       *                                             *                                     *


Witajcie, 

po przeczytaniu zachęcam do komentowania! :3 Wasze komentarze, naprawdę dokarmiają moja wenę :)

Pozdrawiam Mopsica :* 

sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział 41

Szpitalne korytarze nocą wydawały mu się jeszcze bardziej upiorne, niż w dzień. Pojedyncze stróżki światła pochodzące z gabinetów pielęgniarek, rzucały na ściany straszliwe cienie. Przez chwilę poczuł, jakby znów wrócił do lochów Malfoy Manor. Chłodne podmuchy powietrza sprawiały, że na jego karku pojawiła się gęsia skórka. Historia, którą opowiedział mu Potter, wzbudzała w nim na nowo poczucie strachu. Wiedział, że w każdej chwili może stanąć oko w oko ze swoim ojcem. Znów poczuł niewyobrażalny gniew na całe Ministerstwo Magii, któremu nadal nie udało się złapać zbiegów. To naprawdę nie do pomyślenia. Drzwi, które otworzył cicho skrzypnęły. Wyzbył się negatywnych uczuć, ponieważ wiedział, że ona umiałaby je odczytać, a on nie chce jej denerwować powodem ich powstania. Siedziała na łóżku w skąpej, szpitalnej koszuli i czesała włosy. Gdy wszedł do środka odłożyła szczotkę i wysiliła się na delikatny uśmiech. Nadal nie wierzyła w to, że jest to prawdziwy Teodor Nott. Musiała mieć naprawdę cholerne szczęście, że trafiła tutaj w tym samym czasie, co on. Mimo to, obawiała się poważnej rozmowy, która ich czekała. Usiadł po turecku naprzeciw niej. W czasie pobytu w Mungu  jego stan zdrowia polepszył się. Rana z tyłu jego głowy zagoiła się, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Z Luną było nieco gorzej. Od długiego przebywania pod wodą poważnie uszkodziła sobie płuca i drogi oddechowe. Każdy oddech przyprawiał ją o piekący ból. Na dłoniach nadal miała płaty sinej skóry, która pomimo wielu eliksirów, nie chciała się zagoić. Jedynymi, widocznymi znakami poprawy był zanik sinych worków pod oczami. 
- Dlaczego to zrobiłaś? - spytał cicho. Spuściła wzrok na swoje zmasakrowane dłonie. 
- Nie dawałam już rady. - wyszeptała, powstrzymując łzy. Wojna zniszczyła w niej twardość, którą wyrobiła sobie podczas spotkań Gwardii Dumbledore'a.
 - Znów Cię bił? - znów poruszył temat, który miał zostać ewidentnie zapomniany.  Tylko, że Teodor nie lubi niedokończonych spraw, a ta ewidentnie taką jest.
 - Nie! Od dawna tego nie robi. - zaprzeczyła szybko. Trochę było w tym prawdy. Ron nie zachowywał się agresywnie od czasu wypadu do Hogsmeade. Uścisk dłoni Teodora na pościeli delikatnie zelżał. 
- W takim razie, w czym tkwi problem? - ujął jej podbródek, zmuszając ją aby na niego spojrzała. Jej oczy studiowały, każdy centymetr jego ciała. Zaczynając od błękitnych tęczówek, a kończąc na idealnych, arystokratycznych rysach twarzy. 
- W Tobie. - odparła cicho. Przyklękła na kolanach i pochyliła się nad nim, by ucałować jego usta. Pocałunek był bardzo delikatny, niczym dotyk białego piórka o powierzchnię gołego ciała. Mimo, że Teodor całował w swoim życiu już kilka kobiet, to ten pocałunek był najlepszy ze wszystkich. Subtelny, zmysłowy i tylko ich. Tak bardzo nieistotny dla świata, tak ważny dla nich. Jej powieki mimowolnie przymknęły się, ręka powędrowała w stronę jego włosów. W tej chwili nawet przez ułamek sekundy nie pomyślała o Ronie. Czy nadal go kochała? Tak, ale kochała również Teodora. Czasami lubiła ich ze sobą porównywać. W takich chwilach dochodziła do w wniosku, że nigdy nie uda jej się ich zmienić. Albo pogodzi się żyć bez nich, albo wybierze tego bez, którego nie wyobrażałaby sobie swojego istnienia. Ronald zna od wielu lat, w których się przyjaźnili. Teodor natomiast wtargnął w jej życie nieoczekiwanie i bardzo się cieszy, że został. Nawet się nie zorientowała, kiedy znalazła się pod brunetem. Nachylał się nad nią i całował, jakby jutro miało nie nadejść. Nareszcie doznał rozkoszy w postaci jej ust. Jedną z rąk powędrował w stronę jej nagich ud, dotykając delikatnie ich wewnętrznej strony. Odruchowo złapała za jego bark ostrożnie go od siebie odsuwając. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
- Nadal jestem z Ronem. - powiedziała, patrząc na niego niepewnie.
 - Ach, tak. - mruknął zirytowany i wstał z łóżka przeczesując nerwowym ruchem włosy. 
- Nie bądź zły. Nie wiesz, jak to jest kochać dwie osoby naraz. - wyznała ze smutkiem w głosie.
 - Ja nie wiem nic, oczywiście. - bąknął. On doskonale wiedział, jak to jest kochać dwie osoby w tym samym czasie. Annabelle i Luna. Luna i Annabelle. Przez chwilę powrócił myślami do jej twarzy. Ciemnych rzęs, niebieskich oczu i ledwo widocznych piegów na kształtnym nosie. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że naprawdę przed nim stoi. Wyciągnął przed siebie dłoń, chcąc ją dotknąć, lecz zniknęła a w jej miejsce pojawił się pulsujący ból w skroni. 
- Teodor o nie tak. - Luna dotknęła jego ramienia.
 - Skoro jesteś z nim, to dlaczego mnie całujesz? - spytał zrezygnowany. 
- Bo Cię kocham. - zagryzła nerwowo wargę. 
- A jego? 
- Jego też. - zapewniła. 
- Jeśli kocha się tę pierwszą osobę, to nie zdradza jej się z inną. Dobranoc. - pocałował ją w czoło i wyszedł. Została sama z słowami Teodora krążącymi po jej głowie. Miał rację. 

                                                 *                                                         *                                                      *


- Nudzi mi się. - narzekał Blaise. Od piętnastu minut razem z Rudą sprzątał strych u państwa Weasley'ów. Przerzucał różne rzeczy z półki na półkę, co jakiś czas przyglądając się niektórym z osobna.
- Fascynujące. - zironizowała Ginny. Jej również nie chciało się siedzieć na strychu, gdzie było potwornie zimno, jednakże obiecała matce, że uprzątną tutaj. Usiadła na wielkim kufrze i przetarła ścierką swoje buty. Diabeł z westchnieniem usiadł obok i objął ją ramieniem.
- Chodźmy na dwór. - oparł głowę o jej ramie.
- Wiesz, że musimy tu posprzątać. - odgarnęła czarne włosy z jego czoła.
- To potrwa sto lat. - jęknął.
- Wstawaj. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. - wstała i ruszyła w stronę kartonów z starymi sukniami matki. Zabini podrapał się po nosie i spojrzał na kufer z herbem Hogwartu. Może nie zaciekawiłby go, gdyby nie rok 1961 napisany pod godłem. Przykląkł i otworzył wieko. Ku jego jeszcze większemu zaskoczeniu kufer był pełen. Książki równo poukładane, ubrania złożone, jakby ktoś wybierał się już dziś do Hogwartu. Jego uwagę przykuła zielona koperta, której jeden z rogów wystawał spomiędzy książki od zielarstwa. Wyciągnął ją i otworzył. W środku było zdjęcie, przedstawiające młodą kobietę o długich, czarnych włosach oraz list.
- Ginny, możesz tutaj podejść na chwilkę? - zawołał Blaise, siadając na ziemi i opierając się o kufer plecami.
- Co? - wychyliła się zza regału. Poklepał miejsce obok siebie, prosząc aby usiadła. Podał jej fotografię.
- To jest Bellatriks. - powiedział cicho.
- Skąd wiesz? - przyjrzała się dokładnie młodej kobiecie. Miała ona oczy tak ciemne, jak jej włosy. Usta wygięte były w coś, co przypominało wymuszony uśmiech. Ubrana była w białą sukienkę przed kolana. Nerwowym gestem przygładzała welon upięty na kręconych włosach.  Na odwrocie zdjęcia widniała data 10.07.68r.
- Widziałem jej fotografie w domu Draco. - odparł po chwili.
- Ale, co ono tutaj robi? - dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Znalazłem je w kufrze razem z listem. - pomachał zżółkłą kartką w powietrzu.
- Czytałeś? - spytała. Pokręcił przecząco głową. Ruda wzięła od niego list i rozłożyła go. Tekst napisany był pochyłym, ładnym pismem. Zaczęła czytać.
- Kochany, dzisiaj jest mój ślub. Teraz to już naprawdę ostatnia chwila na pożegnanie. Wiesz, że zawsze ciężko było mi mówić o uczuciach, a co dopiero o nich pisać. Mimo to, chciałabym Ci przekazać, że byłeś i jesteś dla mnie wszystkim. Chciałam z tego zrezygnować, ale nie mam w sobie tyle odwagi, co Andy. Pamiętaj, że Cię bardzo kocham i postaram się nie zrobić krzywdy Tobie i twojej rodzinie. Tak, będę jedną z nich. Nie oceniaj mnie, proszę. W kopercie przesyłam Ci jeszcze zdjęcia, abyś zapamiętał mnie taką, jaką na nim jestem. Jeszcze niezniszczoną, twoją. Kocham Cię. - Ginny zamilkła. Położyła kartkę na kolanach i chwyciła Zabini'ego za dłoń. Siedzieli w ciszy, aż do czasu gdy Blaise odwrócił się i zaczął przeszukiwać kufer. Znalazł w nim jeszcze jedno zdjęcie i nic po za tym, co wskazywałoby na wiadomość o Bellatriks. Na zdjęciu była ta sama dziewczyna. Ubrana w zwyczajną szatę szkolną taką, jak oni noszą w tych czasach. Machała do obiektywu na tle boiska do Quidditcha.  Diabeł podał fotografię Ginny. Dziewczyna odwróciła ją, by odczytać datę 21.04.67r.
- Myślisz, że mój tata i ona? - spojrzała w oczy Ślizgona. Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie ma napisane, że do niego. Gdybym nie widział jej na zdjęciach u Draco, to nie wiedzielibyśmy, że to w ogóle ona. - odpowiedział i zaczął chować zdjęcia i list do koperty.
- Co z tym robimy? Powiemy komuś? -  Ginny schowała pakunek do kieszeni bluzy.
- Lepiej nie. Dowiedzmy się najpierw więcej, bo możemy namieszać bezpodstawnymi informacjami. - Blaise zatrzasnął wieko kufra.
- Masz rację, może to nie do taty. - wstała i otrzepała spodnie z kurzu.
- No właśnie. - Zabini przytulił ją.
- Co wy tu robicie? - zza regału wychyliła się czerwona twarz Rona.
- Stoimy, kretynie. - warknął Diabeł. Odsunął się od Rudej i machnął różdżką, by oczyścić kurz z podłogi.
- Mama woła was na obiad. - powiedział z wyższością i wyszedł. - Nareszcie, bo zgłodniałem. - chłopak pomasował swój brzuch. Ginny złapała go za rękę i razem skierowali się do kuchni. 


                            *                    *                            *



Młoda blondynka spacerowała ulicą Pokątną w stronę sklepu z damskimi szatami. Drobne płatki śniegu wplątały się w jej włosy, policzki i nos zaczerwieniły się pod wpływem mrozu. Podmuch chłodnego wiatru przywiał ze sobą zamach świeżo parzonej kawy. Zbliżyła się do wystawy kawiarni i ze zgrozą zauważyła, że w środku jest pełno ludzi. 
- Jeśli chcesz, to mogę zabrać Cię na kawę w równie przyjemne miejsce. - usłyszała za sobą męski głos. Obróciła się i zauważyła uśmiechniętą twarz Freda Weasley'a.  Zmrużyła gniewnie powieki. 
- Odechciało mi się już. - odpowiedziała chłodno i ruszyła w stronę  sklepów odzieżowych. Poprawiła wiązanie szala i włożyła ręce do kieszeni. Usłyszała za sobą szybkie kroki na śniegu i już po chwili chłopak się z nią zrównał. 
- Ależ ja nalegam, piękna pani. - Fred zaoferował jej ramię. 
- Ależ ja nie ulegam. - odpowiedziała przesłodzonym tonem. Rudzielec złapał się za serce. 
- Kobieto, ranisz moje serce, naprawdę. - odparł ze smutkiem w głosie. Wzruszyła ramionami i pchnęła drzwi. Weszła do środka a tuż za nią wepchnął się Fred, który nie zamierzał się tak łatwo poddać. 
- Dzień Dobry. Pomóc w czymś? - zagadnęła ich niska staruszka, do której należał sklepik. 
- Nie, na razie się tylko rozglądam. - zapewniła Astoria i ruszyła do rzędu z sukienkami. Fred podreptał za nią. 
- Przestaniesz za mną łazić? - syknęła zirytowana. Fred jak gdyby nigdy nic, zaczął przeglądać ubrania na wieszakach. 
- Nie, dopóki nie pójdziesz ze mną na kawę. - odparł  spokojnie. Wyciągnął jedną z czerwonych sukienek i podał ją dziewczynie. 
- Żartujesz sobie? Jest paskudna. - prychnęła. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby chodzić w czymś takim. Czerwień nie wchodził w grę. 
- To jak będzie z tą kawą? - uśmiechnął się łobuzersko. Przerzucił kreacje przez ramie. 
- Tylko jedna kawa? - spytała z rezygnacją w głosie. 
- Tylko jedna. - pokazał jeden palec. - Przymierz tę. - dodał podając jej zieloną sukienkę przed kolana. Spojrzała na nią z udawaną krytyką. Tak naprawdę sukienka była piękna, zupełnie w jej stylu. 
- Przymierzę i wychodzimy. - wzięła wieszak i zasunęła kotary w przymierzalni. W tym czasie Fred poszedł do kasy i zakupił czerwoną sukienkę i kazał zapakować ją w pudełko ze wstążką. Zapłacił  i usiadł w fotelu przy wyjściu. Minuty mijały a Astorii nadal nie było. Przestraszył się już, że uciekła przez okno na tyłach sklepu, lecz wyszła  spomiędzy rzędów, niosąc w dłoniach zielony materiał. Fred uśmiechnął się łajdacko i ruszył do kasy, by zapłacić za kreację, lecz dziewczyna zrobiła mu awanturę na temat tego, iż sama zapłaci i żeby się nie wtrącał. Po kilku minutach i spojrzeniach staruszki za ladą, skapitulował. Wychodząc ze sklepu znów zaoferował jej ramie, które tym razem przyjęła. Do samej kawiarni szli w milczeniu. Fred przepuścił Astorię w drzwiach, zamówił dwie, karmelowe kawy i odwiesił ich płaszcze na wieszak. Zajęli stolik przy oknie, aby mieć widok na ulicę Pokątną. Po chwili parująca kawa została dostarczona na ich stolik.
- A więc nie wiem o Tobie nic, prócz tego, że masz na imię Astoria i masz niewyparzony język. - zaśmiał się, wspominając spotkanie w sklepie. Kopnęła go w kostkę. 
- Ał, a to za co? - zdziwił się. 
- Za darmo. - uśmiechnęła się słodko. Upiła łyk kawy, która okazała się być wyśmienita.  
- Skąd znasz to miejsce?  Mają pyszną kawę. - podjęła temat.
- Dziękuję, należy do mnie i George'a. - wyszczerzył zęby w uśmiechu. Uniosła w górę brwi.
- Powiesz mi w końcu coś o sobie? - nie dawał za wygraną.  Chciał się dowiedzieć o niej jak najwięcej. 
- Nie. - pokazała mu język. Chłopak westchnął i upił łyk kawy. Ich znajomość będzie naprawdę trudna. 


                                      *                                            *                                     *

Witajcie, 
powoli wracam do systematyczności. Bardzo smutno mi z powodu malejącej liczby osób, która odwiedza mojego bloga. Naprawdę, aż tak się pogorszyła jego jakość? :c

Pozdrawiam Mopsicaa. ;)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 40

O trzeciej nad ranem obudziło ich głośne pukanie do drzwi. Hermiona kurczowo trzymała się ramienia Draco, który w jednej dłoni trzymał zapaloną różdżkę. Chłopak obawiał się najgorszego. Bał się, że śmierciożercy wreszcie go odnaleźli i zamierzają go zabić. Każde skrzypnięcie schodów, po których schodzili wydawało się bardziej upiorne niż dotychczas. Niesforne loki Hermiony łaskotały jego szyję. Jego skroń zdobiły kropelki przeźroczystego potu. Odgłosy dobijania się do drzwi nie ustępowały. 
- Alohomora. - szepnął blondyn. Przygotował się do ataku. W żadnym wypadku nie zamierzał poddać się bez walki. Zamierzał obronić zarówno siebie, jak i Hermionę. Drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka mroźne podmuchy powietrza. W ciemności zamajaczyła czyjaś sylwetka. Przybysz kulturalnie zamknął za sobą drzwi. Cóż za ironia. 
- POTTER?! - wykrzyknął Draco, zauważając w mroku zielone tęczówki, mogące należeć tylko do Wybrańca. 
- 5 punktów dla Slytherinu Malfoy! - zaśmiał się nieprzytomnie. 
- Harry, co Ty tutaj robisz?! - zza pleców Dracona wybiegła przestraszona Hermiona. Szybkim ruchem nacisnęła na włącznik światła, zapalając je. Podbiegła do Złotego Chłopca i dotknęła jego czoła, upewniając się, czy aby na pewno jest zdrowy. 
- Stoję. - znów się zaśmiał w ten irytujący sposób. Można by się domyślić, że po wizycie Lestrange'a nadal pozostał w Dziurawym Kotle. 
- Draco pomóż mi. - rozkazała Hermiona, łapiąc Harry'ego pod ramiona i prowadząc go w stronę salonu. Prześwitujący materiał jej koszuli nocnej dekoncentrował uwagę blondyna. 
- Schlał się jak świnia. - zauważył Ślizgon, pomagając dziewczynie zaprowadzić Wybrańca do pokoju. Usadowili Gryfona na wygodnej sofie, a oni usiedli w fotelach naprzeciw niego. 
- Malfoy to bardzo ważne. - wybełkotał a Draco uniósł brew.
- Skąd w ogóle wiesz, że tu jestem? - wpatrywał się w niego uporczywie. 
- Nott, ale nie ważne, to bardzo długa historia, a my nie mamy czasu. - mówił bardzo szybko Harry. Hermiona zmarszczyła brwi. Nie miała pojęcia o czym on mówi. Co jest, aż tak ważne, że obudził ich w środku nocy?
- Oni wiedzą, oni wiedzą Malfoy. - wyszeptał, rozglądając się chaotycznie na boki. Wyglądał, jakby się czegoś obawiał. Ciemna grzywka opadła mu na oczy, okulary zaparowały pod wpływem spotkania z ciepłym powietrzem.
- Jacy oni ? - blondyn wychylił się nad stołem, zmuszając Harry'ego, aby na niego spojrzał. 
- Śmierciożercy. - ledwie poruszał ustami. Hermiona pobladła, mimowolnie podciągając nogi pod brodę. Doskonale wiedziała, czym to grozi. Kilka razy wyraźnie słyszała nocne krzyki Draco. Śniły mu się koszmary, przez które przechodził, co noc samotnie. Wiele razy chciała do niego pójść, lecz wiedziała, że od razu wyrzuciłby ją za drzwi. On przecież nienawidzi, gdy ludzie chcą mu pomóc, ponieważ uważa, że litują się nad nim. Kolejną rzeczą, której Draco nienawidzi jest litość. Rozgryzła jego system. 
- O czym Ty mówisz? - blondyn wyglądał, jakby właśnie ktoś zdzielił go w twarz. Harry ziewnął, lecz pomimo znużenie opowiedział im, co przydarzyło mu się w Dziurawym Kotle. Nie pominął żadnego szczegółu. Hermionie kołatało w głowie tylko jedno pytanie, które odważyła się zadać.
- Gdzie jest Pansy? - twarz Harry'ego stężała. Wyglądał na o wiele bardziej zmęczonego i starszego. Pod oczami widać było efekty nie przespanych nocy. Ręce nadal miał pokaleczone od odłamków szkła po tym, jak zbił lustro w korytarzu. Mimo to, te rany nie przeszkadzały mu tak, jak ta powstała w jego sercu po odejściu Pansy, jedynej, prawdziwej miłości Harry'ego. 
- Odeszła, wychodzi za mąż.  - powiedział, a w jego głosie można było wyczuć urazę pomieszaną ze złością. Nadal nie pogodził się z tym, że go zostawiła. A Draco wiedział. Spodziewał się, że to stanie się na dniach. Doskonale znał los Pansy, lecz nie potrafił niczego konkretnego wymyślić. Czuł, że ją zawiódł. Ze złością podniósł się z fotela i zaczął chodzić w tę i z powrotem. Hermiona również podniosła się z swojego miejsca i usiadła obok Harry'ego opierając głowę o jego ramię. Splotła ich dłonie razem. Obiecała mu kiedyś, w namiocie podczas wyprawy po horkruksy, że zawsze będzie przy nim. Planowała dotrzymać obietnicy.
- Idziemy z tym do Ministerstwa? - odezwał się Draco, przerywając cichy szloch Hermiony. Muszą być silni. Nie po to przeżyli wojnę, aby teraz się poddać. Mimo to Draco także poczuł się bardziej smutny. Beznadziejny nastrój Hermiony zaczynał powoli udzielać się także jemu.  Przez wydarzenia ostatnich kilku dni nie udało im się zniszczyć połączenia między nimi. Od tego czasu blondyn była tak zdekoncentrowany, że nie potrafił nawet równo pokroić śledziony nietoperza. Ustalili, że eliksirem zajmą się później.  Usiadł na oparciu kanapy i ukrył twarz w dłoniach. Myśli krążyły w jego głowie z prędkością błyskawicy. 
- Nie, oni właśnie tego od nas oczekują. - głos Harry'ego był teraz nieco ochrypły.  


                             *                                                  *                                                 *

Następnego ranka całą trójką usiedli do śniadania. Wyglądali jak najzwyklejsza grupka przyjaciół, którzy nie mają żadnych problemów. Jedli, rozmawiali i czasami nawet śmiali się. W żadnym stopniu nie przypominali nastolatków z wczorajszej nocy. W ogóle nie było widać skutków ubocznych wypitego przez Harry'ego alkoholu. Ciemne cienie pod oczami zniknęły, gęsty zarost został zgolony a  zabrudzone ubrania zmienione. Uśmiech na twarzy Hermiony doskonale zakrywał smutne błysk w oczach. Nikt nie podejrzewałby, że przepłakała każdą godzinę, aż do świtu, kiedy to Draco pojawił się w kuchni. Nawet Draco, którego przez resztę nocy dręczyły senne koszmary, wyglądał na szczęśliwego. Mimo, że widział w swoich nocnych marach długą i powolną śmierć Teodora,  nie poddawał się. Nigdy nie pozwoli, aby coś złego mu się stało. Byli jak bracia, a bracia się wspierają. Tak, Draco Malfoy nie jest już egoistą. Nauczył się dbać też o dobro innych. 
- Idę dziś do Teodora. - oznajmił, wstając od stołu. Otarł wierzchem dłoni usta i spojrzał na Hermionę. Dziewczyna podała mu koszyk, w którym przyszykowała przysmaki dla bruneta. Nie lubiła, gdy wychodził z domu. Zawsze wtedy się o niego bała. Nachodziło ją dziwne uczucie niepokoju. Mimo to, nie mogła zabronić mu wychodzić z domu. 
- Harry, to może my chodźmy do wesołego miasteczka? - spytała Wybrańca. Za wszelką cenę chciała odciągnąć jego uwagę od Pansy i alkoholu. 
- To niesprawiedliwe! - oburzył się Draco, uśmiechając się szeroko. On również chciał poprawić nastrój Harry'ego. - Też chcę iść. 
- Ojej, dzidzia chce do wesołego miasteczka. - zapiszczała Hermiona, próbując go naśladować. Harry się zaśmiał. 
- Wybacz, Granger ale ja nie mam takiej szopy. - uśmiechnął się łajdacko. Uwielbiał się z nią droczyć. Pokazała mu język. 
- Jak za godzinę nie pojawisz się w domu, to idziemy bez Ciebie. - uśmiechnęła się przebiegle i wyszła z kuchni. Draco spojrzał na Harry'ego, który z uśmiechem wzruszył ramionami. 


                           *                                         *                                       *

- Cześć Stary. - Draco klapnął na krześle obok łóżka przyjaciela. Teodor leżał wśród białej pościeli i tępo wpatrywał się w sufit. W odpowiedzi mruknął coś mało zrozumiałego i zacisnął dłonie na prześcieradle. 
- Co tam? - zagadnął blondyn. Zaczął wykładać na szafce świeże owoce, soki oraz przygotowane przez Hermionę śniadanie. 
- Nic. - odburknął Teodor. Dzisiejszego dnia humor mu nie dopisywał z powodu Luny. Cały czas rozmyślał o jej wybryku. Draco wyprostował się na krześle i spojrzał na niego ze zmrużonymi powiekami. 
- Nie zaczynaj, Teo. - ostrzegł go, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. Nott w odpowiedzi tylko prychnął. Blondyn zabrał koszyk i wstał z miejsca. 
- Jeśli będziesz chciał porozmawiać, to wyślij sowę. - powiedział i ruszył w stronę drzwi. Draco doskonale wiedział, że nic nie zdziała jeśli Teodor sam nie będzie chciał zaczynać rozmowy. Wyszedł z pomieszczenia, zostawiając Teodora samego. Brunet warknął coś pod nosem i wstał z łóżka. Co godzinę powtarzał ten sam schemat. Wychodził z pokoju, sprawdzał czy Ron jest u Luny i wracał. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, że została sama. Wmieszał się w tłum na korytarzu i ruszył pod jej salę. Jak to miał w zwyczaju dyskretnie zajrzał przez szybę i niemal podskoczył z radości. Weasley'a nie było w pomieszczeniu. Poprawił włosy, które opadły mu na oczy i wszedł do sali. Luna przeniosła wzrok z czytanej przez nią gazety na Teodora. Chwile na niego popatrzyła i znów zaczęła czytać. Ponownie uznała go za wytwór swojej wyobraźni. 
- Cześć. - odezwał się cicho, podchodząc do jej łóżka. 
- Jakie przesłanie tym razem? - z westchnieniem odłożyła gazetę na uda. Mimo to cieszyła się, że chociaż w snach może mieć z nim jakikolwiek kontakt. Dzisiaj przynajmniej ubrany był w piżamę, a nie w ten denerwujący ją garnitur, który nosił na balu bożonarodzeniowym. 
- O czym Ty mówisz? - zmarszczył brwi. Nie myślał, że może być z nią tak źle. Przysiadł na skraju  łóżka i złapał ją za rękę. Lune przeszły dreszcze. Ze zdziwieniem zarejestrowała, że jego dłoń jest ciepła. 
- Jesteś prawdziwy? - dotknęła jego policzka, jakby za chwilę miał się rozpłynąć. 
- Nie, jestem Snapem w przebraniu. - odparł całkiem poważnie, lecz widząc jej minę uśmiechnął się lekko. 
- Tylko, skoro jesteś prawdziwy, to co tutaj robisz? - rozejrzała się nerwowo po pomieszczeniu. Bała się, że w każdej chwili może wejść tu Ron, który poszedł do bufetu. 
- Odbywam hmm, kurację, tak. - dodał po chwili zastanowienia. 
- Musisz stąd iść i to szybko. Ron za chwilę wróci. - wyrwała rękę z jego uścisku. 
- No tak. - mruknął zażenowany. 
- Chodź do mnie w nocy. - wyszeptała bardzo cicho, tuż przy jego twarzy. Następnie bardzo szybko się odsunęła, zakopała się w połach pościeli i udawała, że śpi. 
- Zwariowała. - mruknął, lecz mimo to szybko wyszedł z pomieszczenia. Zrozumiał, że dzisiaj czeka go bardzo długa i poważna rozmowa. 

                                              *                             *                                   * 

- Proszę, chodźmy jeszcze tam! - krzyczała podekscytowana Hermiona, wskazując tunel strachu w wesołym miasteczku. Mroźny wiatr sprawił, ze jej policzki przybrały barwę czerwieni. Długie, brązowe loki ukryte były pod wełnianą czapką od Pani Weasley. 
- Co to dokładnie? - spytał Draco, poprawiając swój szalik w barwach srebra i zieleni. Jego lekko przydługie włosy przyprószone były śniegiem, który wciąż padał. 
- To takie miejsce, w którym chcą Cię przestraszyć mimo, że nie ma tam nic strasznego. - narzekał Harry. Pocierał swój mocno zmarznięty nos, marząc o napiciu się gorącego kakao. 
- Nie słuchaj go Draco. - Gryfonka przewróciła oczami. Wzięła oby dwu chłopaków za ręce i ruszyli między tłum. Czuła, że Draco powoli zastępuje jej Rona. Odetchnęła mroźnym powietrzem. Przy bramce do tunelu strachu podała kasjerce trzy bilety i całą trójką zapakowali się do łódki. Ona usiadła pośrodku tak, aby czuć się bezpieczniej. Mały stateczek ruszył w głąb ciemności. Draco przeciągle ziewnął. jedyne, co widział w mroku to zielone oczy Harry'ego. Wydawało mu się, że świecą one własnym światłem. Nagle ponad ich głowami rozbłysło nikłe światło i dało się słyszeć mrożący krew w żyłach śmiech. 
- I to wszystko? - zapytał blondyn. 
- Draco, bądź cicho! - skarciła go dziewczyna. W ciemnościach przewrócił oczami. Przed ich twarzami przeleciało stado nietoperzy. Hermiona pisnęła i pocno ścisnęła rękę Harry'ego i Draco. Ślizgon uśmiechnął się pod nosem. Niby taka odważna a boi się tak banalnych rzeczy. Po ich prawej stronie znikąd pojawił się straszliwy klaun. Szczerzył do niech ostre jak brzytwa kły. Draco pomyślał, że mugole są naprawdę żałośni. Uważają, że kogokolwiek mógłby on przestraszyć? Chyba tylko w snach. Spojrzał na Hermionę i się zaśmiał. Poprawka, kogoś jednak przestraszył. W połowie tunelu Hermiona przytulała do siebie obydwu chłopaków. Wtedy Draco poczuł, że naprawdę go polubili. Wreszcie ma przyjaciół z innego domu, niż Slytherin. Uśmiechnął się i za plecami Granger uderzył Harry'ego w potylice. Brunetowi prawie spadły okulary, lecz mimo to uśmiechnął się szeroko. Tak, jemu też zastąpił Rona. 

                              *                                        **                                            *

Witajcie, 
dziękuję za przeczytanie rozdziału! :) Bardzo proszę o pozostawienie po sobie jakiegoś komentarza :)

Pozdrawiam Mopsicaa ;**