środa, 26 marca 2014

Rozdział 39.

Jej rozgrzane, bose stopy uderzyły o powierzchnię zimnych, szpitalnych płytek. Znajdowała się w sterylnie białym pokoju bez okien. W powietrzu dało się wyczuć charakterystyczny zapach ziół. Czuła się nad wyraz słaba oraz kręciło jej się w głowie. Nie tak wyobrażała sobie życie po śmierci. Wszechogarniająca pustka przerażała ją a cisza przytłaczała.  Chłodne jęzory powietrza pieściły jej ciało, pozostawiając po sobie gęsią skórkę. Ubrana w przeźroczystą, krótką koszulę szpitalną, na miękkich nogach zmierzała w stronę obdrapanych drzwi. Jej długie, blond włosy były teraz całkowicie proste i pozbawione blasku. Sine usta, podkrążone oczy oraz blade policzki zdradzały jej wyniszczenie. Gdyby nie Percy Weasley zmierzający do domu na Wigilię, zapewne nie należałaby już do świata żywych. Drzwi przeraźliwie zaskrzypiały, gdy je otworzyła. Czuła się tak, jakby była główną aktorką w jakimś mugolskim horrorze, oglądanym na wakacjach u Ginny. Na korytarzu również było przeraźliwie cicho i pusto. Mimo wszystko miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Może było to po prostu uczucie nabyte podczas dni wojennych. Starając się wykonywać jak najcichsze ruchy ruszyła w stronę szafy stojącej obok jakiś drzwi. Nie czuła się tutaj bezpiecznie, wręcz przeciwnie. Drżącymi dłońmi otworzyła szklaną gablotę, za którą stały kolorowe eliksiry, strzykawki, pasy oraz kaftany. Sine palce zacisnęły się na jednej z strzykawek z czarną cieczą, gdy drzwi skrzypnęły. Jej źrenice rozszerzyły się, oddech przyśpieszył, a przez plecy prześlizgnął się dreszcz. Strach - to jedyne o czym teraz myślała. Przygotowała się do ataku, lecz osoba, którą zauważyła sprawiła, że strzykawka trzymana w jej dłoni wypadła. To był on. Tajemniczy jak zawsze. Kpiący uśmiech błąkający się na jego ustak zdradzał, że na nią czekał. Czarny garnitur idealnie pasował to jego sylwetki. Włożył ręce do kieszeni spodni. Przez umysł przeszła jej absurdalna myśl, że szpitalna koszula w ogóle nie pasuje do tej sytuacji. 
- Co tutaj robisz? - spytała słabo. Nadal przy każdym oddechu bolały ją płuca. 
- Stoję. - odparł wzruszając ramionami. Uśmiechnęła się słabo. Od ich ostatniego spotkania, nic się nie zmienił. 
- Tęskniłam za Tobą. - wyszeptała, patrząc wprost w jego oczy.  Uśmiechnął się, kręcąc głową. Wydawało się jej, że spodziewał się takich słów. Czyżby przewidział to? Czy oczywiste było to, że ona za nim zatęskni? Podeszła do niego i chwyciła jego dłoń. Była zadziwiająco zimna, jakby on już dawno nie należał do świata żywych. Czy była taka możliwość? 
- Zawsze chciałam to zrobić, chociaż raz. - po tych słowach ucałowała jego usta. Tak samo jak dłonie, były zimne, lecz mimo to zadziwiające delikatne. Były słodkie, niczym najlepsza czekolada z Miodowego Królestwa. Przejechała dłonią po jego policzku. Przez te kilka sekund poczuła, że jest naprawdę jej. Choćby na małą chwilkę. Gdy się od niego odsunęła miała ochotę krzyczeć. Zamiast błękitnych oczu Teodora, spoglądały na nią bursztynowe tęczówki Rona, w których ukrywał się wielki zawód. Cofnęła się o krok, zahaczając nogą o upuszczoną wcześniej strzykawkę. Igła boleśnie wbiła jej się w piętę. Świat niebezpiecznie zawirował przed jej oczami. Czuła jakby spadała w dół, lecz gdy otworzyła oczy znajdowała się na szpitalnym łóżku. Obok niej siedział Ron, który trzymał ją za rękę. To tylko sen, chory sen. Odetchnęła głęboko. Teodora tutaj nie było. 

                                   *                                 *                             *

- Proszę..tylko...na..chwilę..- szepnął, robiąc efektywne pauzy między słowami. Zakręcał na palec jeden z jej rudych loków i patrzył w jej zielone oczy. Teodor potrafił w każdym momencie wykorzystać swój urok osobisty. Młoda pielęgniarka szybko rozejrzała się po sali, sprawdzając czy nie ma tutaj jej przełożonej. 
- Masz piętnaście minut. - dopięła górny guzik przy kitlu i odeszła.  Twarz Teodora rozjaśniła się w uśmiechu. Założył na stopy mięciutkie kapcie, które zostawiła mu mama Terence'a i wyszedł na korytarz. Mimo dość późnej pory było tutaj sporo ludzi. Dwie starsze czarownice gorączkowo o czymś dyskutowały, gestykulując przy tym rękoma. Trzy pielęgniarki biegły w stronę schodów. 
- Wybudziła się. - powiedziała jedna z nich, przebiegając obok bruneta.  Chwilowo zaciekawiło go, kto taki pojawił się w Mungu, że cały szpital stanął na nogach. Musiała być to naprawdę ważna osoba, możliwe że nawet sam Harry Potter. Ślizgon zaśmiał się cicho pod nosem i ruszył w stronę herbaciarni.  Od dawna nie jadł nic poza szpitalnym jedzeniem, które smakowało jak podeszwa od kapcia. Teraz miał ochotę opchać się pysznymi słodyczami z darmowego bufetu.  Jego nastrój oraz stan zdrowia z dnia na dzień się poprawiały. Wczoraj nawet przeczytał dwa rozdziały książki i nie rozbolała go głowa tak, jak poprzednio. Wyszedł zza rogu i na końcu korytarza zauważył Rona Weasley'a we własnej osobie. Przetarł dłonią powieki, mając nadzieję, że to nie on, ponieważ nie wyobrażał sobie nawet w najgorszych snach, że ta ruda menda prześladuje go nawet w szpitalu. Zmarszczył brwi, gdy zauważył, że do Weasley'a podchodzi pewien mężczyzna. Tamten był o wiele starszy, miał długie, jasne włosy i żółtą szatę wyjściową. Teodor domyślił się, że jest to ojciec Luny Lovegood. Tylko co on tutaj robił razem z tym biedakiem? Brunet zacisnął wargi tak, że teraz przypominały prostą linię. Przysiadł na ławce obok stoliczka z gazetami i zaczął im się przypatrywać. Ron poklepał Pana Lovegood po ramieniu w geście pocieszenia. Coś musiało się ewidentnie stać. Teodor pobladł. Luna. Tylko ona mogła być powodem spotkania tych dwóch w tym miejscu. Jest ona zarówno córką Pana Lovegood jak i dziewczyną Weasley'a. Tylko, co mogło się takiego stać? Przecież są święta. 
- Tutaj jesteś! - niemal podskoczył na dźwięk głosu tuż za nim. Odwrócił się i ujrzał rudowłosą pielęgniarkę, która przez ostatni czas sprawowała nad nim opiekę. 
- Musimy już wracać. - w pośpiechu chwyciła go za rękę i ruszyli w stronę pokoju Teodora. 
- Taylor, powiesz mi co tutaj się dzieje? - zapytał szeptem, ponieważ zauważył, że dziewczyna jest podenerwowana. 
- Co masz na myśli? - spojrzała nerwowo na kobietę za kontuarem na drugim piętrze. 
- Nie udawaj widzę, że coś się dzieje. - odparł poirytowany. Nie lubił niewiedzy. 
- Nie tutaj. - ucięła krótko. Taylor była naprawdę fajną dziewczyną. Mógł z nią porozmawiać na wiele ciekawych tematów, ponieważ była intelektualistką tak jak on i dodatkowo interesowała się Quidditchem. Teodor w swoim życiu spotkał naprawdę mało kobiet, które widziały coś poza czubkiem swojego nosa. Jedną z nich jest oczywiście Luna, z którą aktualnie nie rozmawia, ale postara się odnowić ich relacje. Nie liczy na zbyt wiele, zwykła przyjaźń mu wystarczy, choć cieszyłby się gdyby wyszło z tego coś więcej. Pozostaje jeszcze niezamknięta sprawa z Annabelle. Jej również nie chce stracić. W pewnym etapie swojego życia naprawdę nie dałby sobie bez niej rady. Wtedy nie wystarczyła zwykła pogadanka z Draco. Czasami  rozmowa z kobietą i jej drobna rada potrafią zdziałać cuda. Weszli do pokoju Teodora i Taylor zamknęła z nimi drzwi.
- Co jest? - spojrzał na nią, marszcząc brwi. Jego intensywnie niebieskie oczy przypominały teraz błękitne niebo w letnie popołudnie. Pielęgniarka westchnęła i przysiadła na skraju łóżka. 
- Dzisiaj do szpitala przywieźli dziewczynę, która chciała popełnić samobójstwo. - zaczęła rozmowę, lecz Teodor jej przerwał.
- I dlatego jest tutaj zamieszanie, jakby przyjechał sam Harry Potter? - usiadł obok. Zobaczył na jej twarzy zmęczenie. 
- Nie całkiem. - pokręciła głową.  - Przyjechała tutaj jego przyjaciółka. - po tych słowach Teodor poczuł jak jego żołądek wykonuje dziki podskok. Domyślał się, która przyjaciółka.
- Luna Lovegood? - spytał dla upewnienia się. Taylor smutno pokręciła głową, ponieważ zdawała sobie sprawę z uczuć Teo do blondynki. Coś w sercu Ślizgona nakazywało mu krzyczeć, lecz usta uparcie milczały. Nie mógł uwierzyć w to, że jego Luna chciała odebrać sobie życie, największy dar jaki posiada człowiek. Nie wierzył w to, że ona chciała się poddać. Nie chciał uwierzyć, że chciała uciec od całego świata. Nie chciał uwierzyć, że stchórzyła. 

                                 *                                         *                                  *
Harry Potter, Chłopiec - Który - Przeżył siedział w Dziurawym Kotle pijany. Alkohol buzował w jego żyłach, krew rozprowadzała go po organizmie. Na całego zaśmiewał się z żartów bezzębnego barmana - Toma. Od rozstania z Pansy przesiadywał tutaj cały czas. Nie wracał do domu, ponieważ tam każdy kąt przypominał mu o niej. Gdy siedział tutaj z szklanką Ognistej Whiskey w dłoni, czuł się mniej samotny. Tylko i tak coś mu nie pasowało. Cały czas czuł się obserwowany. Może było to spowodowane zbyt dużą dawką napoju procentowego, lecz to wykluczał. Przecież nadal jasno myślał. Odwrócił się i spojrzał wprost na osobę siedzącą w kącie. Był to ewidentnie mężczyzna z zaciągniętym na głowę kapturem. Harry mógł przysiąc, że widział go z samego rana, gdy razem z nim wchodził do lokalu. Nawet przepuścił go wtedy w drzwiach. Odwrócił się znów do lady, aby nie wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń. Odstawił szklankę na blat i wzmocnił czujność. Podczas wojny nauczył się, że nie należy bagatelizować takich zachowań i przeczucia niebezpieczeństwa. Włożył rękę do kieszeni i zacisnął palce na różdżce. Przyszykował się do ataku. W ekspresowym tempie odwrócił się do przeciwnika, aż zakręciło mu się w głownie. Rzucił pierwsze zaklęcie, lecz czarodziej jakby tylko na to czekał i zablokował klątwę. Barman ukrył się na zapleczu pubu. 
- Nareszcie się spotykamy Harry Potterze. - przemówił mężczyzna. Zdjął z głowy kaptur a oczom Harry'ego ukazała się twarz Rudolfusa Lestrange. Od ich ostatniego spotkania Śmierciożerca nabył pokaźnych rozmiarów bliznę na poliku. 
- Lestrange, czego chcesz? Wrócić z powrotem do twoich kumpli, dementorów? - zironizował Harry. Odetchnął głęboko, ponieważ zrobiło mu się niedobrze. Rudolfus zacmokał i z powrotem usiadł na krześle. 
- Widzisz Harry, mam taki malutki problem. - zamyślił się chwilę i kontynuował dalej. - Pamiętasz moją, kochaną Bellatrix? - najwyraźniej nie czekał na odpowiedź, bo mówił dalej. - Tęsknię za nią i nawet wiem, jak sprawić aby do mnie wróciła. - uśmiechnął się szyderczo. - Potrzebuję tylko trochę krwi od tej starej Weasley. - mówił już bardziej do siebie. Harry nadal trzymał różdżkę wycelowaną w jego pierś. Źrenice nieznacznie rozszerzyły się a oddech przyśpieszył. Draco miał rację, co do gdybań na temat tajnego zgrupowania śmierciożerców. Tylko dziwiło Harry'ego, dlaczego Lestrange mu o tym mówi. Przecież to powinno być tajemnicą, a on tak po prostu o tym mówi swojemu wrogowi. Coś tutaj mu nie pasowało. 
- Dlaczego mi o tym mówisz? - spytał podejrzliwie. 
- Chcę, abyś powiedział o nas Ministerstwu, to chyba jasne, prawda? - odparł, wstając z krzesła. 
- Do zobaczenia wkrótce, Harry. - I nim Harry się spostrzegł, Rudolfus zmienił się w czarny pył i wyparował przez ścianę. Zapach spalenizny rozszedł się po całym pomieszczeniu. Tępy ból w głowie Harry'ego informował o zbyt dużej ilości alkoholu w organizmie. Mimo wszystko, Harry miał jeszcze do załatwienia bardzo ważną rzecz. Musi odnaleźć Draco Malfoy'a i Teodora Notta. Koniecznie jeszcze dzisiaj. 



                                  *                                               *                                               *

Witam, witam, 
pojawiłam się, wreszcie! Sama się ogromnie z tego cieszę, ponieważ wydaje mi się, że rozdział jest dobry. Przekazałam w nim wszystko, co chciałam. Bardzo przepraszam, że nie ma Draco ani Hermiony :C Wybaczycie? Zapraszam do komentowania! :))
Uwaga, chamska reklama!
http://ask.fm/Mopsica <- Tutaj macie mojego aska, gdzie możecie zadawać wszelkie pytania dotyczące opowiadania :) Zapraszam. 
Po za tym myślę, że niedługo pojawi się nowy szablon z okazji 10 000 tysięcy wyświetleń. DZIĘKUJĘ WAM KOCHANI! JESTEŚCIE NAJLEPSI!

~~ Całusy Mopsicaa ;*




3 komentarze:

  1. Super rozdział :)
    Poproszę szybko Dramione :D
    Weny!! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, hej kochana :)
    Komentarz dodaję dopiero dzisiaj bo wcześniej nie mogłam, ale jestem i czytam.
    Owszem, nie było Dramione, lecz był Teo i Luna! Co z tego, że tylko w wyobrażeniach! Ważne, że byli :)
    Czemu Lestrange pokazał się Harremu? Tak wg to biedny ten Potter. :( Że też Pan musiała go zostawić. A no właśnie! Co tam u naszej panny Parkinson?
    Popacz-tyle pytań, a ja muszę czekać na następną notkę... Wniosek? Pisz, pisz, pisz! :D
    Weny życzy Luar Princesa ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,dopiero niedawno trafiłam na twój blog i muszę się przyznać, że już jestem od niego uzależniona :D
    Skąd ty masz taką wyobraźnię? Każdy rozdział jest powalający i zawsze zakańczasz w takim momencie, że człowiek musi przeczytać kolejny :)
    Biedna Luna, mam nadzieję, że będzie z Teo.
    Dużo weny i kolejnego fenomenalnego rozdziału
    Buziaczki,
    Miss O'Hara <3

    OdpowiedzUsuń