środa, 26 marca 2014

Rozdział 39.

Jej rozgrzane, bose stopy uderzyły o powierzchnię zimnych, szpitalnych płytek. Znajdowała się w sterylnie białym pokoju bez okien. W powietrzu dało się wyczuć charakterystyczny zapach ziół. Czuła się nad wyraz słaba oraz kręciło jej się w głowie. Nie tak wyobrażała sobie życie po śmierci. Wszechogarniająca pustka przerażała ją a cisza przytłaczała.  Chłodne jęzory powietrza pieściły jej ciało, pozostawiając po sobie gęsią skórkę. Ubrana w przeźroczystą, krótką koszulę szpitalną, na miękkich nogach zmierzała w stronę obdrapanych drzwi. Jej długie, blond włosy były teraz całkowicie proste i pozbawione blasku. Sine usta, podkrążone oczy oraz blade policzki zdradzały jej wyniszczenie. Gdyby nie Percy Weasley zmierzający do domu na Wigilię, zapewne nie należałaby już do świata żywych. Drzwi przeraźliwie zaskrzypiały, gdy je otworzyła. Czuła się tak, jakby była główną aktorką w jakimś mugolskim horrorze, oglądanym na wakacjach u Ginny. Na korytarzu również było przeraźliwie cicho i pusto. Mimo wszystko miała nieodparte wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Może było to po prostu uczucie nabyte podczas dni wojennych. Starając się wykonywać jak najcichsze ruchy ruszyła w stronę szafy stojącej obok jakiś drzwi. Nie czuła się tutaj bezpiecznie, wręcz przeciwnie. Drżącymi dłońmi otworzyła szklaną gablotę, za którą stały kolorowe eliksiry, strzykawki, pasy oraz kaftany. Sine palce zacisnęły się na jednej z strzykawek z czarną cieczą, gdy drzwi skrzypnęły. Jej źrenice rozszerzyły się, oddech przyśpieszył, a przez plecy prześlizgnął się dreszcz. Strach - to jedyne o czym teraz myślała. Przygotowała się do ataku, lecz osoba, którą zauważyła sprawiła, że strzykawka trzymana w jej dłoni wypadła. To był on. Tajemniczy jak zawsze. Kpiący uśmiech błąkający się na jego ustak zdradzał, że na nią czekał. Czarny garnitur idealnie pasował to jego sylwetki. Włożył ręce do kieszeni spodni. Przez umysł przeszła jej absurdalna myśl, że szpitalna koszula w ogóle nie pasuje do tej sytuacji. 
- Co tutaj robisz? - spytała słabo. Nadal przy każdym oddechu bolały ją płuca. 
- Stoję. - odparł wzruszając ramionami. Uśmiechnęła się słabo. Od ich ostatniego spotkania, nic się nie zmienił. 
- Tęskniłam za Tobą. - wyszeptała, patrząc wprost w jego oczy.  Uśmiechnął się, kręcąc głową. Wydawało się jej, że spodziewał się takich słów. Czyżby przewidział to? Czy oczywiste było to, że ona za nim zatęskni? Podeszła do niego i chwyciła jego dłoń. Była zadziwiająco zimna, jakby on już dawno nie należał do świata żywych. Czy była taka możliwość? 
- Zawsze chciałam to zrobić, chociaż raz. - po tych słowach ucałowała jego usta. Tak samo jak dłonie, były zimne, lecz mimo to zadziwiające delikatne. Były słodkie, niczym najlepsza czekolada z Miodowego Królestwa. Przejechała dłonią po jego policzku. Przez te kilka sekund poczuła, że jest naprawdę jej. Choćby na małą chwilkę. Gdy się od niego odsunęła miała ochotę krzyczeć. Zamiast błękitnych oczu Teodora, spoglądały na nią bursztynowe tęczówki Rona, w których ukrywał się wielki zawód. Cofnęła się o krok, zahaczając nogą o upuszczoną wcześniej strzykawkę. Igła boleśnie wbiła jej się w piętę. Świat niebezpiecznie zawirował przed jej oczami. Czuła jakby spadała w dół, lecz gdy otworzyła oczy znajdowała się na szpitalnym łóżku. Obok niej siedział Ron, który trzymał ją za rękę. To tylko sen, chory sen. Odetchnęła głęboko. Teodora tutaj nie było. 

                                   *                                 *                             *

- Proszę..tylko...na..chwilę..- szepnął, robiąc efektywne pauzy między słowami. Zakręcał na palec jeden z jej rudych loków i patrzył w jej zielone oczy. Teodor potrafił w każdym momencie wykorzystać swój urok osobisty. Młoda pielęgniarka szybko rozejrzała się po sali, sprawdzając czy nie ma tutaj jej przełożonej. 
- Masz piętnaście minut. - dopięła górny guzik przy kitlu i odeszła.  Twarz Teodora rozjaśniła się w uśmiechu. Założył na stopy mięciutkie kapcie, które zostawiła mu mama Terence'a i wyszedł na korytarz. Mimo dość późnej pory było tutaj sporo ludzi. Dwie starsze czarownice gorączkowo o czymś dyskutowały, gestykulując przy tym rękoma. Trzy pielęgniarki biegły w stronę schodów. 
- Wybudziła się. - powiedziała jedna z nich, przebiegając obok bruneta.  Chwilowo zaciekawiło go, kto taki pojawił się w Mungu, że cały szpital stanął na nogach. Musiała być to naprawdę ważna osoba, możliwe że nawet sam Harry Potter. Ślizgon zaśmiał się cicho pod nosem i ruszył w stronę herbaciarni.  Od dawna nie jadł nic poza szpitalnym jedzeniem, które smakowało jak podeszwa od kapcia. Teraz miał ochotę opchać się pysznymi słodyczami z darmowego bufetu.  Jego nastrój oraz stan zdrowia z dnia na dzień się poprawiały. Wczoraj nawet przeczytał dwa rozdziały książki i nie rozbolała go głowa tak, jak poprzednio. Wyszedł zza rogu i na końcu korytarza zauważył Rona Weasley'a we własnej osobie. Przetarł dłonią powieki, mając nadzieję, że to nie on, ponieważ nie wyobrażał sobie nawet w najgorszych snach, że ta ruda menda prześladuje go nawet w szpitalu. Zmarszczył brwi, gdy zauważył, że do Weasley'a podchodzi pewien mężczyzna. Tamten był o wiele starszy, miał długie, jasne włosy i żółtą szatę wyjściową. Teodor domyślił się, że jest to ojciec Luny Lovegood. Tylko co on tutaj robił razem z tym biedakiem? Brunet zacisnął wargi tak, że teraz przypominały prostą linię. Przysiadł na ławce obok stoliczka z gazetami i zaczął im się przypatrywać. Ron poklepał Pana Lovegood po ramieniu w geście pocieszenia. Coś musiało się ewidentnie stać. Teodor pobladł. Luna. Tylko ona mogła być powodem spotkania tych dwóch w tym miejscu. Jest ona zarówno córką Pana Lovegood jak i dziewczyną Weasley'a. Tylko, co mogło się takiego stać? Przecież są święta. 
- Tutaj jesteś! - niemal podskoczył na dźwięk głosu tuż za nim. Odwrócił się i ujrzał rudowłosą pielęgniarkę, która przez ostatni czas sprawowała nad nim opiekę. 
- Musimy już wracać. - w pośpiechu chwyciła go za rękę i ruszyli w stronę pokoju Teodora. 
- Taylor, powiesz mi co tutaj się dzieje? - zapytał szeptem, ponieważ zauważył, że dziewczyna jest podenerwowana. 
- Co masz na myśli? - spojrzała nerwowo na kobietę za kontuarem na drugim piętrze. 
- Nie udawaj widzę, że coś się dzieje. - odparł poirytowany. Nie lubił niewiedzy. 
- Nie tutaj. - ucięła krótko. Taylor była naprawdę fajną dziewczyną. Mógł z nią porozmawiać na wiele ciekawych tematów, ponieważ była intelektualistką tak jak on i dodatkowo interesowała się Quidditchem. Teodor w swoim życiu spotkał naprawdę mało kobiet, które widziały coś poza czubkiem swojego nosa. Jedną z nich jest oczywiście Luna, z którą aktualnie nie rozmawia, ale postara się odnowić ich relacje. Nie liczy na zbyt wiele, zwykła przyjaźń mu wystarczy, choć cieszyłby się gdyby wyszło z tego coś więcej. Pozostaje jeszcze niezamknięta sprawa z Annabelle. Jej również nie chce stracić. W pewnym etapie swojego życia naprawdę nie dałby sobie bez niej rady. Wtedy nie wystarczyła zwykła pogadanka z Draco. Czasami  rozmowa z kobietą i jej drobna rada potrafią zdziałać cuda. Weszli do pokoju Teodora i Taylor zamknęła z nimi drzwi.
- Co jest? - spojrzał na nią, marszcząc brwi. Jego intensywnie niebieskie oczy przypominały teraz błękitne niebo w letnie popołudnie. Pielęgniarka westchnęła i przysiadła na skraju łóżka. 
- Dzisiaj do szpitala przywieźli dziewczynę, która chciała popełnić samobójstwo. - zaczęła rozmowę, lecz Teodor jej przerwał.
- I dlatego jest tutaj zamieszanie, jakby przyjechał sam Harry Potter? - usiadł obok. Zobaczył na jej twarzy zmęczenie. 
- Nie całkiem. - pokręciła głową.  - Przyjechała tutaj jego przyjaciółka. - po tych słowach Teodor poczuł jak jego żołądek wykonuje dziki podskok. Domyślał się, która przyjaciółka.
- Luna Lovegood? - spytał dla upewnienia się. Taylor smutno pokręciła głową, ponieważ zdawała sobie sprawę z uczuć Teo do blondynki. Coś w sercu Ślizgona nakazywało mu krzyczeć, lecz usta uparcie milczały. Nie mógł uwierzyć w to, że jego Luna chciała odebrać sobie życie, największy dar jaki posiada człowiek. Nie wierzył w to, że ona chciała się poddać. Nie chciał uwierzyć, że chciała uciec od całego świata. Nie chciał uwierzyć, że stchórzyła. 

                                 *                                         *                                  *
Harry Potter, Chłopiec - Który - Przeżył siedział w Dziurawym Kotle pijany. Alkohol buzował w jego żyłach, krew rozprowadzała go po organizmie. Na całego zaśmiewał się z żartów bezzębnego barmana - Toma. Od rozstania z Pansy przesiadywał tutaj cały czas. Nie wracał do domu, ponieważ tam każdy kąt przypominał mu o niej. Gdy siedział tutaj z szklanką Ognistej Whiskey w dłoni, czuł się mniej samotny. Tylko i tak coś mu nie pasowało. Cały czas czuł się obserwowany. Może było to spowodowane zbyt dużą dawką napoju procentowego, lecz to wykluczał. Przecież nadal jasno myślał. Odwrócił się i spojrzał wprost na osobę siedzącą w kącie. Był to ewidentnie mężczyzna z zaciągniętym na głowę kapturem. Harry mógł przysiąc, że widział go z samego rana, gdy razem z nim wchodził do lokalu. Nawet przepuścił go wtedy w drzwiach. Odwrócił się znów do lady, aby nie wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń. Odstawił szklankę na blat i wzmocnił czujność. Podczas wojny nauczył się, że nie należy bagatelizować takich zachowań i przeczucia niebezpieczeństwa. Włożył rękę do kieszeni i zacisnął palce na różdżce. Przyszykował się do ataku. W ekspresowym tempie odwrócił się do przeciwnika, aż zakręciło mu się w głownie. Rzucił pierwsze zaklęcie, lecz czarodziej jakby tylko na to czekał i zablokował klątwę. Barman ukrył się na zapleczu pubu. 
- Nareszcie się spotykamy Harry Potterze. - przemówił mężczyzna. Zdjął z głowy kaptur a oczom Harry'ego ukazała się twarz Rudolfusa Lestrange. Od ich ostatniego spotkania Śmierciożerca nabył pokaźnych rozmiarów bliznę na poliku. 
- Lestrange, czego chcesz? Wrócić z powrotem do twoich kumpli, dementorów? - zironizował Harry. Odetchnął głęboko, ponieważ zrobiło mu się niedobrze. Rudolfus zacmokał i z powrotem usiadł na krześle. 
- Widzisz Harry, mam taki malutki problem. - zamyślił się chwilę i kontynuował dalej. - Pamiętasz moją, kochaną Bellatrix? - najwyraźniej nie czekał na odpowiedź, bo mówił dalej. - Tęsknię za nią i nawet wiem, jak sprawić aby do mnie wróciła. - uśmiechnął się szyderczo. - Potrzebuję tylko trochę krwi od tej starej Weasley. - mówił już bardziej do siebie. Harry nadal trzymał różdżkę wycelowaną w jego pierś. Źrenice nieznacznie rozszerzyły się a oddech przyśpieszył. Draco miał rację, co do gdybań na temat tajnego zgrupowania śmierciożerców. Tylko dziwiło Harry'ego, dlaczego Lestrange mu o tym mówi. Przecież to powinno być tajemnicą, a on tak po prostu o tym mówi swojemu wrogowi. Coś tutaj mu nie pasowało. 
- Dlaczego mi o tym mówisz? - spytał podejrzliwie. 
- Chcę, abyś powiedział o nas Ministerstwu, to chyba jasne, prawda? - odparł, wstając z krzesła. 
- Do zobaczenia wkrótce, Harry. - I nim Harry się spostrzegł, Rudolfus zmienił się w czarny pył i wyparował przez ścianę. Zapach spalenizny rozszedł się po całym pomieszczeniu. Tępy ból w głowie Harry'ego informował o zbyt dużej ilości alkoholu w organizmie. Mimo wszystko, Harry miał jeszcze do załatwienia bardzo ważną rzecz. Musi odnaleźć Draco Malfoy'a i Teodora Notta. Koniecznie jeszcze dzisiaj. 



                                  *                                               *                                               *

Witam, witam, 
pojawiłam się, wreszcie! Sama się ogromnie z tego cieszę, ponieważ wydaje mi się, że rozdział jest dobry. Przekazałam w nim wszystko, co chciałam. Bardzo przepraszam, że nie ma Draco ani Hermiony :C Wybaczycie? Zapraszam do komentowania! :))
Uwaga, chamska reklama!
http://ask.fm/Mopsica <- Tutaj macie mojego aska, gdzie możecie zadawać wszelkie pytania dotyczące opowiadania :) Zapraszam. 
Po za tym myślę, że niedługo pojawi się nowy szablon z okazji 10 000 tysięcy wyświetleń. DZIĘKUJĘ WAM KOCHANI! JESTEŚCIE NAJLEPSI!

~~ Całusy Mopsicaa ;*




piątek, 14 marca 2014

Rozdział 38.

- Draco! Draco!  - Hermiona zbiegła po schodach, głośno nawołując chłopaka. Za kilka minut mają usiąść do wigilijnego stołu, a w mieszkaniu ewidentnie coś się pali. W powietrzu czuć smród spalenizny i widać szary dym. Szybko wbiegła do kuchni, w której znajdowało się źródło kłopotu. Spojrzała w stronę piekarnika, który był głównym winowajcą całego zdarzenia. Zmrużyła gniewnie powieki i machnięciem różdżki otworzyła okno. Usunęła z pomieszczenia cały dym i chwyciła rękawicę kuchenną, wiszącą na haczyku obok drzwi. Otworzyła bratnik i wyciągnęła z niego blachę. Pierniki, które piekł Draco zwęgliły się. Odstawiła je na blat kuchenny i wyszła z pomieszczenia. 
- DRACO! - krzyknęła i pobiegła wprost do jego pokoju.Bez pukania wpakowała się do pomieszczenia, w którym znajdował się blondyn. 
- Coś się stało? - spytał, poprawiając wiązanie krawatu. Dziewczyna uśmiechnęła się sztucznie i złożyła razem ręce. 
- Co robiłeś godzinę temu? - spytała cicho powoli się do niego przybliżając. Chłopak chwilowo zamarł wpatrując się w jej lustrzane odbicie. Przez ostatni czas czuł się tak, jakby o czymś zapomniał i jego przypuszczenia okazały się słuszne. 
- Zapomniałem o piernikach. - przyznał cicho. Hermiona kiwnęła głową a on jęknął zawstydzony. Chciał jej udowodnić, że potrafi sam coś zrobić ale mu nie wyszło. 
- Przepraszam Granger. - obrócił się w jej stronę. 
- Nic się nie stało ale powinieneś pamiętać o takich rzeczach.- upomniała go surowym tonem. Przygładziła jego zielony krawat i uśmiechnęła się nieznacznie na myśl o tym, że wszystkie jego dodatki są w tym kolorze. 
- Chodź na kolację.  - z westchnieniem obróciła się i wyszła z pokoju. Draco rzucił ostatnie spojrzenie na swoje odbicie i również opuścił pomieszczenie. Wchodząc do salonu zauważył Hermionę siedzącą przy dużym stole. Widząc, że już przyszedł machnęła różdżką i na stole zaczęły pojawiać się potrawy przygotowane przez nich poprzedniego dnia. 
- Wszystkiego najlepszego, Granger! - uśmiechnął się pogonie i usiadł na swoim miejscu, naprzeciw niej. Założył na głowę papierową koronę, którą sam wykonał. Była ona trochę niedokładnie posklejana ale jemu się podobała. W końcu zrobił ją sam, a to sprawia największą frajdę. 
- Najlepszego Draco! - odwzajemniła uśmiech i sięgnęła po pierś z indyka. 
- Nadal nie wierzę, że ubrałaś tę sukienkę. - zaśmiał się obserwując, jak jej policzki pokrywają się delikatnym rumieńcem. 
- Smacznego. - ucięła rozmowę na temat jej dzisiejszej kreacji, którą była śliczna, zielona sukienka. Malfoy pokręcił tylko głową i zajął się jedzeniem pierogów. Przez resztę posiłku nie rozmawiali. Gdy już skończyli jeść Draco nalał do kieliszków białego wina i usiedli na kanapie. 
- Prezenty! - wykrzyknął blondyn widząc kolorowe pakunki znajdujące się pod choinką. To zdecydowanie było jego ulubioną częścią całych świąt. Rodzice zawsze obsypywali go najdroższymi podarunkami. Czego tylko, by nie zapragnął, zawsze to dostawał. Hermiona zagryzła wargę widząc, że Draco sięga po prezent od niej. Nie miała zielonego pojęcia, co mu kupić. Ostatecznie zdecydowała się mapę Londynu. Chłopak odpakował papier i wyjął ją.  Spojrzał na nią pytająco. Stuknęła w mapę różdżką i już po chwili widać na niej było kolorowe punkciki. 
- To magiczna mapa. Pokazuje Ci gdzie dokładnie się znajdujesz, co warto obejrzeć, a co omijać. - wytłumaczyła mu rzeczowym tonem. Chłopak pokręcił z uznaniem głową. 
- Teraz pora na twój prezent. Mam nadzieję, że Ci się spodoba. - podał jej dość spory pakunek. Starała się jak najdelikatniej go odpakować, byleby nie zniszczyć papieru. Draco westchnął. W środku znajdowała się nowiutka ''Historia Hogwartu'' oczami Salazara Slytherina. Dziewczyna momentalnie pobladła. Taki egzemplarz kosztuje przecież majątek. 
- Nie chcę tego. -powiedziała odkładając książkę na stół,
- Co? Nie podoba Ci się? - spytał ze zdziwieniem. 
- Podoba, tylko jest za droga.  - spuściła wzrok na swoje buty. Nie była przyzwyczajona do tak drogich podarunków. 
- Masz ją wziąć! To prezent za ten czas spędzony u Ciebie. Należy Ci się. - chwycił jej ciepłą dłoń. 
- Dziękuję. - uśmiechnęła się delikatnie i ucałowała jego policzek.

                                      *                                    *                         *


Cały dom pachniał świętami. W każdym kącie każdego pokoju czaił się ciężki zapach – połączenie korzennych przypraw, soczystych mięsiw, pieczonych jabłek i egzotycznych pomarańczy, a wszystko mieszało się z ostrym, żywicznym zapachem choinki.  Artur Weasley wraz z swoim synem Ronem rozgrywał partyjkę szachów. Ginny i Blaise dekorowali choinkę w salonie śmiejąc się i rozmawiając o wszystkim. Brunet czuł się wspaniale w domu Weasleyów. Fred i George zamknęli się w swoim dawnym pokoju, tłumacząc że muszą odszukać pewnej rzeczy.  Molly i Fleur krzątały się po kuchni doprawiając potrawy wigilijne. 

Bill rozkładał sztućce na wigilijnym stole, co jakiś czas nucąc urywki świątecznych piosenek. Święta w Norze zawsze były spędzane w magicznej atmosferze. Nie była to magia, jaką czarodzieje znali na co dzień. 
- Wygrałem! - ucieszył się Ron i spojrzał z uśmiechem na swojego ojca. Bądź co bądź ale Ronald kochał swoją rodzinę. Teraz, gdy mieli pieniądze niczego więcej nie było im potrzeba. 
- Siadajcie kochani do stołu. - do salonu weszła Molly, niosąc wazę z parującą zupą rybną. Nieodłączne danie każdej Wigilii w ich domu. 
- FRED! GEORGE! - już po chwili było słychać tupot stóp na schodach. Dwaj uśmiechnięci mężczyźni zbiegali po schodach z pudłem w rękach. 
- Wszystkiego najlepszego! - wykrzyknęli w tym samym czasie. Podeszli do każdego i położyli mu na głowę papierową koronę. Co roku to właśnie im przypadało to zajęcie. Blaise czuł się nie dziwnie. Nigdy nie obchodził tradycyjnych, angielskich świąt. Zazwyczaj w tym czasie wyjeżdżał z matką do swoich dziadków na wschodzie Europy. W ciszy zasiedli do stołu i odmówili modlitwę. 
- Smacznego kochani. - powiedziała ciepło pani domu i nalała sobie nabierkę zupy. W czasie posiłku wszyscy wesoło gawędzili. Blaise raz po raz rzucał groźne spojrzenia w stronę Rona, który przechwalał się swoimi wynikami w Quidditchu. 
- Mamy wam coś ważnego do powiedzenia! - Ginny przekrzyczała wszystkich. Gwar na chwilę umilkł. Ruda spojrzała na Zabini'ego i uśmiechnęła się delikatnie. 
- Ja i Blaise jesteśmy razem. - powiedziała spokojnie. Pucharek, który spoczywał w ręce Rona, nagle z niej wypadł. Czerwone wino rozlało się  brudząc obrus. 
- Fleur jest w ciąży. -skorzystał z okazji Bill. Blond włosa piękność chwyciła swojego męża za dłoń. 
- Och! - wykrzyknęła Pani Weasley. Wstała od stołu i ruszyła, aby uścisnąć swojego syna i jego żonę.  Ginny była naprawdę prze szczęśliwa z tego, że to nie ona i Diabeł są w centrum uwagi. Przytuliła się do bruneta i ucałowała jego usta. Ron spadł z krzesła. 

                               *                                                     *                                           *


Luna siedziała w swoim pokoju. Wyglądała przez okno obserwując dwa zające skakające po zaśnieżonych polach, w okół jej domu. Znów przyłapała się na tym, że o nim myśli. Zastanawiała się, jak on spędza dzisiejszy dzień. Ciekawiło ją, czy jest szczęśliwy, czy chociaż raz o niej pomyślał. Stuknęła się otwartą dłonią w czoło. Czasami naprawdę wyobrażała sobie zbyt dużo. Spojrzała na śliczną bransoletkę, którą podarował jej Ron. Przyszedł do niej z samego rana, tylko po to aby złożyć jej życzenia. Spacerowali po ośnieżonych dróżkach nad jeziorem. Znów wywarł na niej cholernie dobre wrażenie. Zadziwiające, jak on potrafi się zmieniać. Poranek z nim był naprawdę piękny. Znów poczuła, że jest dla niego najważniejsza. Często przyłapywała się na tym, że porównuje Teodora i Rona. Byli tacy inni, w ogóle do siebie nie podobni. Teodor, niczym chłodna obojętność, owiany nutką tajemniczości, nienamacalny. Ronald, wybuchowy, porywczy, niczym wulkan w stanie erupcji. Mimo to nadal piękny. Dwie doskonałości, które spotkały się w nieodpowiednim czasie. Zaniosła się spazmatycznym płaczem. Znów czuła tą cholerną bezsilność. W takich momentach chciała zniknąć, rozpłynąć się. Wzięła z oparcia fotela kurtkę i otworzyła na oścież okno. Mroźny wiatr obwiał jej zapłakaną twarz. Zeszła na ziemię przytrzymując się wypukłości w murze. Ruszyła w stronę jeziora. Suchy śnieg skrzypiał pod jej kapciami.  Palce u stóp marzły. Małe płatki śniegu wplątywały się w jej włosy. Znalazła się nad jeziorem. Stanęła na drewnianym pomoście i przymknęła powieki. Rozłożyła szeroko ramiona i rzuciła się w wodę. Poczuła jakby w jej ciało wbiły się tysiące małych igieł. Splątane włosy przysłoniły jej widoczność. Wszystkie problemy, niewyjaśnione pytania, które ją od dawna męczyły, stawały się takie odległe, nikłe. Ból w klatce piersiowej nasilał się. Mimo to, ona nie wynurzała się. Po co miałaby to robić? Nie po to skoczyła, aby teraz się wycofać. Powoli uchodziło z niej życie.  Straciła przytomność. 

                                  *                                   *                                          *

Witajcie.
Proszę abyście mnie jeszcze nie zabijały ;__; Bardzo was przepraszam za tak długą nieobecność. Mam blokadę. Zdaję sobie sprawę, że tekst wyżej jest fatalny. Niby wiem, co chcę wam przekazać w rozdziałach, ale za cholerę nie mogę ubrać tego w słowa. Ledwo zaczęłam pisać bloga a już się wypalam. Mam nadzieję, że ten okres minie i znów wróci moja stara forma. Jeszcze raz bardzo przepraszam.

- Mopsicaa :)