piątek, 21 lutego 2014

Rozdział 37.

Draco zawzięcie zakładał kolorowe lampki na dom. Obiecał Hermionie, że się tym zajmie. Przeklął głośno, zwracając tym samym uwagę pewnej brunetki. Dziewczyna zaśmiała się głośno. Draco z żądzą mordu w oczach obrócił się w jej stronę. Nienawidził pracować. Dodatkowo nie mógł używać różdżki, co jeszcze bardziej podwyższało poziom jego irytacji.
- Spieprzaj stąd. - warknął. Zaskoczona dziewczyna uniosła brwi okazując tym samym swoje zdziwienie.
- Co Ty w ogóle tutaj robisz? Państwo Granger wyprowadziło się stąd rok temu. - oparła się o płot. Jej włosy związane w warkocz, opadały na ramię dziewczyny. Oczy miała podkreślone ciemną kredką, co sprawiało, że Draco jeszcze bardziej zniechęcił się do niej. Nie lubił dziewczyn z przesadnym makijażem.
- Nie rozumiesz po angielsku? Spieprzaj. - powiedział z mocą. Dziewczyna zaśmiała się bezczelnie. Arystokrata miał ochotę rzucenia na nią zaklęcia uciszającego. Drażniła go. Odwrócił się do niej plecami i powrócił do dekorowania domu. Kiepsko mu to szło. Przez godzinę powiesił tylko migoczące gwiazdki na parapetach podokiennych.
- Jestem Sara. - usłyszał jej rozbawiony głos.
- Mam to w dupie. - odparł niedbale. Nie miał ochoty na nawiązywanie znajomości z jakąś mugolką lekkich obyczajów. Stwierdził to spoglądając na kusą spódniczkę okrywającą skrawek jej nóg.
- Draco, co tutaj się dzieje? - z domu wybiegła Hermiona. Ręce, aż po łokcie ubrudzone miała mąką.
- Nic takiego, to tylko mugolka. - burknął pod nosem. Hermiona spojrzała na Sarę.
- Cześć Granger. - wysyczała ciemnowłosa. Draco uniósł wysoko brew a Hermiona zacisnęła szczękę.
- Cześć Smith. - spojrzała na nią nienawistnie.
- Takie coś jak Ty znalazło sobie chłoptasia, no proszę. - powiedziała ironicznie.  Draco uśmiechnął się iście ślizgońsko. Rzucił na ziemię lampki i podszedł do Hermiony. Ujął jej twarz w swoje zimne od mrozu dłonie i ucałował jej malinowe usta. Smakowała truskawkami. Był pewnien, że właśnie robiła jego ulubione pierogi. Całował ją powoli i z uczuciem. Domyślił się, że jej się to podoba, ponieważ poczuł dziwne ciepło w okolicy serca. Pozwalał, aby Sara oglądała tę scenę bardzo długo. Niespiesznie odsunął się od brązowookiej, ostatni raz muskając jej wargi.
- Takie coś jak Ty, nadaje się do burdelu. - powiedział z mściwą satysfakcją. Rozkoszował się widokiem oburzonej dziewczyny.
- Jesteście popieprzeni. - krzyknęła. Zarzuciła długim warkoczem i szybko odeszła. Draco zaśmiał się głośno. Spojrzał na Hermionę. Dotykała dłonią swoich ust.
- Tylko się nie zakochaj, Granger. - zironizował. - Idź do domu, bo się przeziębisz. - dodał widząc jej nagie ramiona. Pokiwała głową i weszła do domu. Przez najbliższe dwie godziny Draco zakładał ozdoby, zupełnie zapominając o tej sytuacji. Przeciwieństwem była Hermiona. Nie mogła wybić sobie z głowy myśli o Draco. Nadal czuła dotyk jego dłoni na policzkach. Czuła, że coś się zmienia. Mur, który wybudowali między sobą, zaczynał powoli się kruszyć. Wczoraj, gdy Draco wrócił z Munga przesiedzieli cały wieczór w salonie. Rozmawiali, śmiali się i wygłupiali. Zachowywali się jak przyjaciele. Czy można było nazwać ich przyjaciółmi? Zdecydowanie nie. Przyjaźń zdobywa się latami. Duży wpływ miało na nich połączenie magiczne. Ciągnęło ich dusze, ku sobie sprawiając, że stawali się sobie coraz bliżsi. Mimo to, jej pasowała taka sytuacja. Nie czuła się samotna i to  pomagało dawnej Hermionie budzić się. Przyjaciele wiele razy mówili, że wszystko będzie dobrze. Ona nie potrzebowała pustych słów, tylko gestów. Chciała zacząć żyć, a Draco jej w tym pomagał. Usłyszała odgłos zamykanych drzwi i otrzepywanych butów. Draco wrócił. Machnęła różdżką i kuchnia lśniła czystością.
Blondyn wszedł do pomieszczenia i usiadł na swoim ulubionym miejscu. Potarł dłonie.
- Jesteś głodny? - spytała Hermiona. Nie chciała dopuścić do niezręcznego milczenia. Przytłaczały ją takie momenty.
- A co jemy? - zapytał wesoło Smok.
- Fretkę w sosie własnym. - zaśmiała się.
- Śmieszne. - powiedział cichym i poważnym głosem. Zsunął nogi na posadzkę i powolnym krokiem ruszył w jej stronę.
- Dobrze wiesz, że jestem urodzonym mordercą. - patrzył prosto w jej oczy. Dziewczyna zaczęła się cofać, lecz natrafiła na mebel. Widział strach w jej brązowych oczach i uświadomił sobie, że przesadził. Zaśmiał się głośno. Wykorzystał sytuację i zarzucił sobie ją na ramie. Zaczęła krzyczeć, że jest kretynem, głupkiem, palantem i idiotą. Po chwili dołączyła do niego, śmiejąc się do łez. Postawił ją na kanapie w salonie. Zamilkli wpatrując się w siebie. Byli tacy różni. Tacy inni. Hermiona zarzuciła mu ręce na szyje, wtulając się w niego ufnie. Chciała pokazać mu, że bardzo dziękuje za to, że on przy niej jest. Odwzajemnił gest. Nie liczyło się to, że gdy wrócą do Hogwartu zapomną o wszystkim, co tutaj miało miejsce. Nie liczyło się to, że ona jest szlamą, a on byłym śmierciożercą. Nie liczyło się to, że pochodzą z innych światów. Wspólnie tworzyli ich własny świat. 


                                        *                                         *                               *


Ron zmaterializował się w domowym kominku Nory. Otrzepał szaty z kurzu i odstawił plecak na niski stołek. Ostatnie dwa dni spędził u swojego brata Charlie'go w Rumunii. Ron interesował się smokami już od dzieciństwa. Gdy tylko  nadarzyła się okazja wyjeżdżał do rezerwatu, w którym pracował Charlie. Czuł dziwną fascynację tymi stworzeniami i planował właśnie nimi zająć się w przyszłości. Rozejrzał się naokoło i zmarszczył brwi. W domu było pusto.
- Mamo? - zawołał zdejmując kurtkę. Przeszedł kilka kroków i zajrzał do kuchni. Na stole stała tacka z babeczkami i dzban z sokiem dyniowym. Uśmiechnął się szeroko. Wyciągnął z szafki szklankę i usiadł przy stole. Nalał sobie soku i sięgnął po świeże wypieki. Musiał przyznać, że zatęsknił za domowym jedzeniem. Nagle drzwi cicho skrzypnęły a do pomieszczenia wszedł Zabini. W ręce trzymał duże, czerwone jabłko, które energicznie, co jakiś czas nagryzał.
- Cześć Rudy! - zawołał z entuzjazmem. Ron błyskawicznie się obrócił w jego stronę. Widok Blaise'a sprawił, że Rudzielec zaczął się krztusić. Poczerwieniał na twarzy, jak dorodny pomidor. Diabeł podszedł i klepnął go w plecy. Ron dopadł do szklanki z sokiem i łapczywie wypił jej zawartość.
- MAMO! ŚMIERCIOŻERCY W DOMU! MAMO! - zaczął głośno krzyczeć wskazując na Zabini'ego. Chłopak uniósł do góry brwi. Nie sądził, że Rudy jest, aż tak kopnięty. Weasley pomacał kieszenie, lecz w żadnej nie znalazł różdżki. Zbladł odrobinę.
- Zluzuj gatki Łasico. - powiedział spokojnie brunet. Podszedł do szafy i zaczął szukać szklanki. W tym czasie Ron wpadł na genialny pomysł, oczywiście tylko w jego mniemaniu. Sięgnął po wazon z parapetu i zdzielił nim nic niespodziewającego się Blaise'a. Chłopak upuścił szklankę i złapał się za głowę. Syknął z bólu. Do kuchni wbiegły zdyszana Molly a tuż za nią Ginny. Starsza kobieta jęknęła głośno. Ginevra podbiegła do chłopaka i pomogła mu usiąść na krześle.
- Obezwładniłem Śmierciożercę. - Ron z dumą wypiął pierś. Molly poczerwieniała na twarzy.
- Ronaldzie Billiusie Weasley'u! - zaczęła z mocą. - Blaise jest naszym gościem. Coś Ty sobie wyobrażał!? - Ron skulił się pod wzrokiem matki.  Mruknął coś niezrozumiałego i spuścił głowę. Jedyną osobą, której się bał, była jego matka. Zawsze ją szanował i kochał z całego serca. Za każdym razem chciał jej zaimponować.  Mająca tak liczne rodzeństwo, było mu ciężko.
- Przeproś Blaise'a. - nakazała, patrząc na niego uporczywie. Ron z niewyraźną miną podszedł do bruneta. Ginny aktualnie szukała różdżki w salonie.
- Przepraszam. - bąknął, wyciągając w jego stronę rękę. Diabeł niechętnie ją uścisnął i kiwnął głową.
- No dobrze, Ron Kochanieńki, chodź pomożesz mi odgnomić ogród. - przemówiła swym zwykłym ciepłym i pogodnym tonem głosu. Oboje wyszli z kuchni, mijając w drzwiach Ginny.
- Przepraszam, Ron to straszny dupek. - warknęła i stanęła za krzesłem Blaise'a.
- Niestety, wiem. - skrzywił się, gdy Ruda usunęła drobne rozcięcia zaklęciem. Już po chwili nie odczuwał bólu.
- Dziękuję. - powiedział i wstał z krzesła. Stanął przodem do dziewczyny i zaczął wpatrywać się w jej oczy.
- To nic. - szepnęła. Przy Zabini'm czuła się bezpieczna. Będąc z Harrym  była narażona na ciągły stres i niebezpieczeństwo. Chłopak pogłaskał ją po policzku. Przymknęła powieki, rozkoszując się tą chwilą. Była dla niej magiczna. Ich usta złączyły się w delikatnym pocałunku. Czas się zatrzymał. Byli tylko oni i nikt więcej. Wydawało jej się, że w tej ciszy słychać bicie ich serc. Zimowe promienie słońca wpadły przez okno, oświetlając ich twarze. Ona delikatna, niewinna, spokojna. On dryfujący na granicy dobra i zła.  Wplątał palce w jej ciemnoróżowe włosy. Napawał się satysfakcją, że jest tylko jego. Chciał ją obronić przed całym złem tego świata. Ukryć w swoich ramionach i nigdy nie wypuścić. Czuł, że Ginny jest tą jedyną. Oboje zapomnieli, że w każdej chwili ktoś może tutaj wejść. Zatracili się w ich własnym świecie. 


                                  *                                    *                                *


Pansy siedziała w kuchni wielkiego domu Blacków. W dłoniach ściskała kawałek pergaminu. Po jej twarzy spływały wielkie, jak grochy łzy. Przed chwilą dowiedziała się, że data jej ślubu została wyznaczona na początek marca. Tak bardzo bała się powiedzieć o tym Harry'emu. On naprawdę dla niej dużo znaczył. On był inny, niż  mężczyźni, z którymi się spotykała. Nie osądzał jej po tym, jaka była w przeszłości. Akceptował ją taką, jaką jest.  Twierdził, że trzeba mieć w sobie dużo odwagi, by wykrzyczeć przy tłumach ludzi i to w czasie wojny, że mają go łapać. Uśmiechnęła się przez łzy na to wspomnienie. Żałowała, że to zginął Goyle a nie Crabbe. Teraz musi go poślubić, mimo tego, że on jest innej orientacji. Zaszlochała jeszcze głośniej. Do kuchni wszedł Stworek, niosąc stertę czystych obrusów. Skrzat ponownie służył w domu Blacków.
- Co się stało panienko? - zaskrzeczał swoim piskliwym głosikiem.
- Mógłbyś zaparzyć mi herbaty? - spytała drżącym głosem. Skrzat ochoczo pokiwał głową i się ukłonił. Zaszczytem była dla niego służba dla czarownicy czystej krwi.
- Stworku, gdzie jest Harry? - spytała, gdy ustawił przed nią filiżankę na spodeczku. W międzyczasie podał jej chusteczkę, którą ocierała łzy z policzków.
- Panicz Potter udał się po choinkę, panienko. - odpowiedział i postawił na stole tacę z piernikami. Bardzo pomagał im w przygotowaniach do świąt. Pansy zamyśliła się. Podjęła decyzję. Gdy tylko Harry wróci do domu powie mu o wszystkim. Spakuje swoje rzeczy i wyniesie się z jego mieszkania. To będzie najlepsze, co mogłaby zrobić. Dotrzyma tradycji. Bała się konsekwencji wynikających ze zdrady. Zostałaby wtedy wykluczona z rodu i wypalona z gobelinu. Zostałaby z niczym, a nie chciała być ciężarem dla Pottera. Westchnęła i wstała od stołu.
- Panienko, a herbata? - zapiszczał skrzat. Czarna spojrzała na niego nieprzytomnie. Wyszła z kuchni i ruszyła w stronę swojego pokoju. Otworzyła wielki, szkolny kufer i zaczęła się pakować. Nie chciała robić tego za pomocą magii. Musiała czymś się zająć, aby choć na chwilę nie myśleć o  kłopotach. Po około pół godzinie zamknęła kufer i złapała za jego rączkę. Zeszła z nim po schodach i ustawiła w korytarzu. Ściągnęła z wieszaka ciemnozielony płaszcz, szalik i rękawiczki. Położyła wszystko na kufrze i wróciła do kuchni. Stworek właśnie przygotowywał pierogi. Ponownie zachciało jej się płakać. Chciała zostać z Harrym ale nie mogła. Byłaby dla niego ciężarem. Usłyszała odgłos zamykanych drzwi i chwilowo zamarła.
- Pansy kochanie, już wróciłem. - usłyszała jego radosny głos. Wszedł do kuchni. Czarna wyprostowała się i dumnie uniosła głowę.
- Co twój kufer robi w korytarzu? - zmarszczył brwi i pocałował ją w policzek. W jej oczach pojawiły się łzy. Będzie jej tego brakowało.
- Coś się stało? - spytał, biorąc jedno z ciastek. Ona nadal nie ruszyła się z miejsca.
- Odchodzę.- powiedziała. W kuchni zapanowała cisza. Nawet Stworek przestał mieszać w kociołku.
- Słucham? - głos Harry'ego dotarł do jej uszu. Zraniła go.
- Odchodzę. - powtórzyła. Jej warga niebezpiecznie zaczęła drgać. Doskonale wiedziała, że nikt nigdy nie kochał jej tak jak on.  Tyle razy szeptał jej do ucha, że jest tą jedyną. Te chwile wydawały jej się takie odległe. Otarła dłonią łzy z policzków. Dawał jej więcej niż mogła przypuszczać.
- Dlaczego? - spytał. Podszedł do niej i spojrzał wprost w jej oczy. Widział, że nie chciała tego. Tyle razy powtarzał jej, że tylko dzięki niej jest szczęśliwy.
- Jaa...wyznaczyli mi datę ślubu...- teraz już nie kryła łez. Nie miała po co tego robić. Płacz stał się naturalny, niczym oddychanie. Harry poprawił okulary na nosie.
- Przecież możesz z niego zrezygnować tak, jak Andromeda Black. - powiedział po chwili. Pokręciła przecząco głową i odetchnęła głęboko.
- Żegnaj Harry. - powiedziała i pocałowała go po raz ostatni. Wyminęła go i wyszła do korytarza. Poszedł za nią. Nie mógł uwierzyć, że to już koniec. Z niedowierzaniem patrzył jak się ubiera. Chwyciła kufer i ruszyła w stronę drzwi. Wychodząc obróciła się i spojrzała na niego.
- Kocham Cię. - powiedziała bezgłośnie. Wyszła. Długo stał wpatrując się w drzwi. Dopiero po kwadransie zrozumiał, że ona nie wrócił. Zapłonęła w nim czysta furia. Zaczął krzyczeć i przewracać wszystkie meble dookoła. Rozbił lustro, którego odłamki boleśnie wbiły mu się w ręce. Rany zaczęły  obficie krwawić. Upadł na kolana. Został z niczym. Ich własny świat został zburzony. Rozpadł się jak domek z kart. Czuł się bezradny, niczym małe dziecko. To jego najgorsze święta. 


                                            *                                  *                            * 

~~ Pozdrawiam Mopsicaa ;*

4 komentarze:

  1. Awwww, Draco i Hermiona są tacy słodcy *.* Chciałbym, żeby po powrocie do Hogwartu wciąż się tak zachowywali :c
    Biedna, biedna Pansy :cccc Ja bym chyba uciekła z domu na jej miejscu, nie przejmowałabym się tradycją i innymi pierdołami, ważne żeby była z Harrym <3
    Powiem Ci, że śmiałam się jak głupia kiedy Ron walną Blaise'a tym wazonem xD Ale Ginny i Blaise są słoooodcy i oby było im jak najlepiej <3
    Rozdział cudowny <3
    Pozdrawiam i życzę weny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Miłosny rozdział! ;-; jednak sama nie wiem czy skakać z radości przez pocałunek Draco i Hermiony, czy ryczeć z powodu Pansy i Draco :C albo śmiać się z Rona idioty.. trudny wybór :C
    Tak dużo emocji w jednym rozdziale! Rany no biedna Pansy :c czemu on za nią nie pobiegł albo coś... a czemu ona nie walczy? :C Harry mógłby zostać kochankiem C;
    Chyba się nie wysilę by skomentować Draco i Hermionę... tyle słodkości! No po prostu umieram z tego wszystkiego :3 tylko nie! Nada! Siłę przyjaźni nie charakteryzuje długość jej trwania, a sama intensywność relacji c:
    A Blaise mógłby przyłożyć Ronowi, nie mam do rudzielca pozytywnych emocji... jednak przywalenie wazonem Zabiniemu wprawiło mnie w prawdziwą salwę śmiechu :D
    Rozdział genialny... eh, jak zawsze! :3
    Pozdrawiam :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Płakać czy się śmiać? Wprawiłaś mnie w zakłopotanie o.O
    Momenty do śmiania się:
    -A co jemy?- zapytał wesoło Smok
    -Fretkę w sosie własnym XD
    Tego chyba komentować nie muszę no nie? :)
    Ugh, z jednej strony głupia ta Sara, ale gdyby nie ona to by się nie pocałowali ♥ Kocham Blinny, więc ta słodka scenka według mnie jest super :-) Kiedy Pansy postanowiła odejść miałam chęć płakać razem z nią. Może jej rodzice zgodzili by się na Harrego. Przecież to teraz jest dobra partia co nie? Jakoś by to przecież wyszło. Oświadczam wszem i wobec, że jeśli z tym czegoś nie zrobisz, to znajdę cie chociażby na końcu świata i każe zostać żoną Rona! (Według mnie nic gorszego nie mogłoby cię spotkać)
    Liczę na to, że w nn poruszysz wątek Teo oraz przesyłam ci pozdrowienia
    Luar Princesa ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny rozdział :* Smutny, ale świetny. KOCHAM!!!!!!!!!
    Czekam na nn <3
    ~Ginny

    OdpowiedzUsuń