piątek, 21 lutego 2014

Rozdział 37.

Draco zawzięcie zakładał kolorowe lampki na dom. Obiecał Hermionie, że się tym zajmie. Przeklął głośno, zwracając tym samym uwagę pewnej brunetki. Dziewczyna zaśmiała się głośno. Draco z żądzą mordu w oczach obrócił się w jej stronę. Nienawidził pracować. Dodatkowo nie mógł używać różdżki, co jeszcze bardziej podwyższało poziom jego irytacji.
- Spieprzaj stąd. - warknął. Zaskoczona dziewczyna uniosła brwi okazując tym samym swoje zdziwienie.
- Co Ty w ogóle tutaj robisz? Państwo Granger wyprowadziło się stąd rok temu. - oparła się o płot. Jej włosy związane w warkocz, opadały na ramię dziewczyny. Oczy miała podkreślone ciemną kredką, co sprawiało, że Draco jeszcze bardziej zniechęcił się do niej. Nie lubił dziewczyn z przesadnym makijażem.
- Nie rozumiesz po angielsku? Spieprzaj. - powiedział z mocą. Dziewczyna zaśmiała się bezczelnie. Arystokrata miał ochotę rzucenia na nią zaklęcia uciszającego. Drażniła go. Odwrócił się do niej plecami i powrócił do dekorowania domu. Kiepsko mu to szło. Przez godzinę powiesił tylko migoczące gwiazdki na parapetach podokiennych.
- Jestem Sara. - usłyszał jej rozbawiony głos.
- Mam to w dupie. - odparł niedbale. Nie miał ochoty na nawiązywanie znajomości z jakąś mugolką lekkich obyczajów. Stwierdził to spoglądając na kusą spódniczkę okrywającą skrawek jej nóg.
- Draco, co tutaj się dzieje? - z domu wybiegła Hermiona. Ręce, aż po łokcie ubrudzone miała mąką.
- Nic takiego, to tylko mugolka. - burknął pod nosem. Hermiona spojrzała na Sarę.
- Cześć Granger. - wysyczała ciemnowłosa. Draco uniósł wysoko brew a Hermiona zacisnęła szczękę.
- Cześć Smith. - spojrzała na nią nienawistnie.
- Takie coś jak Ty znalazło sobie chłoptasia, no proszę. - powiedziała ironicznie.  Draco uśmiechnął się iście ślizgońsko. Rzucił na ziemię lampki i podszedł do Hermiony. Ujął jej twarz w swoje zimne od mrozu dłonie i ucałował jej malinowe usta. Smakowała truskawkami. Był pewnien, że właśnie robiła jego ulubione pierogi. Całował ją powoli i z uczuciem. Domyślił się, że jej się to podoba, ponieważ poczuł dziwne ciepło w okolicy serca. Pozwalał, aby Sara oglądała tę scenę bardzo długo. Niespiesznie odsunął się od brązowookiej, ostatni raz muskając jej wargi.
- Takie coś jak Ty, nadaje się do burdelu. - powiedział z mściwą satysfakcją. Rozkoszował się widokiem oburzonej dziewczyny.
- Jesteście popieprzeni. - krzyknęła. Zarzuciła długim warkoczem i szybko odeszła. Draco zaśmiał się głośno. Spojrzał na Hermionę. Dotykała dłonią swoich ust.
- Tylko się nie zakochaj, Granger. - zironizował. - Idź do domu, bo się przeziębisz. - dodał widząc jej nagie ramiona. Pokiwała głową i weszła do domu. Przez najbliższe dwie godziny Draco zakładał ozdoby, zupełnie zapominając o tej sytuacji. Przeciwieństwem była Hermiona. Nie mogła wybić sobie z głowy myśli o Draco. Nadal czuła dotyk jego dłoni na policzkach. Czuła, że coś się zmienia. Mur, który wybudowali między sobą, zaczynał powoli się kruszyć. Wczoraj, gdy Draco wrócił z Munga przesiedzieli cały wieczór w salonie. Rozmawiali, śmiali się i wygłupiali. Zachowywali się jak przyjaciele. Czy można było nazwać ich przyjaciółmi? Zdecydowanie nie. Przyjaźń zdobywa się latami. Duży wpływ miało na nich połączenie magiczne. Ciągnęło ich dusze, ku sobie sprawiając, że stawali się sobie coraz bliżsi. Mimo to, jej pasowała taka sytuacja. Nie czuła się samotna i to  pomagało dawnej Hermionie budzić się. Przyjaciele wiele razy mówili, że wszystko będzie dobrze. Ona nie potrzebowała pustych słów, tylko gestów. Chciała zacząć żyć, a Draco jej w tym pomagał. Usłyszała odgłos zamykanych drzwi i otrzepywanych butów. Draco wrócił. Machnęła różdżką i kuchnia lśniła czystością.
Blondyn wszedł do pomieszczenia i usiadł na swoim ulubionym miejscu. Potarł dłonie.
- Jesteś głodny? - spytała Hermiona. Nie chciała dopuścić do niezręcznego milczenia. Przytłaczały ją takie momenty.
- A co jemy? - zapytał wesoło Smok.
- Fretkę w sosie własnym. - zaśmiała się.
- Śmieszne. - powiedział cichym i poważnym głosem. Zsunął nogi na posadzkę i powolnym krokiem ruszył w jej stronę.
- Dobrze wiesz, że jestem urodzonym mordercą. - patrzył prosto w jej oczy. Dziewczyna zaczęła się cofać, lecz natrafiła na mebel. Widział strach w jej brązowych oczach i uświadomił sobie, że przesadził. Zaśmiał się głośno. Wykorzystał sytuację i zarzucił sobie ją na ramie. Zaczęła krzyczeć, że jest kretynem, głupkiem, palantem i idiotą. Po chwili dołączyła do niego, śmiejąc się do łez. Postawił ją na kanapie w salonie. Zamilkli wpatrując się w siebie. Byli tacy różni. Tacy inni. Hermiona zarzuciła mu ręce na szyje, wtulając się w niego ufnie. Chciała pokazać mu, że bardzo dziękuje za to, że on przy niej jest. Odwzajemnił gest. Nie liczyło się to, że gdy wrócą do Hogwartu zapomną o wszystkim, co tutaj miało miejsce. Nie liczyło się to, że ona jest szlamą, a on byłym śmierciożercą. Nie liczyło się to, że pochodzą z innych światów. Wspólnie tworzyli ich własny świat. 


                                        *                                         *                               *


Ron zmaterializował się w domowym kominku Nory. Otrzepał szaty z kurzu i odstawił plecak na niski stołek. Ostatnie dwa dni spędził u swojego brata Charlie'go w Rumunii. Ron interesował się smokami już od dzieciństwa. Gdy tylko  nadarzyła się okazja wyjeżdżał do rezerwatu, w którym pracował Charlie. Czuł dziwną fascynację tymi stworzeniami i planował właśnie nimi zająć się w przyszłości. Rozejrzał się naokoło i zmarszczył brwi. W domu było pusto.
- Mamo? - zawołał zdejmując kurtkę. Przeszedł kilka kroków i zajrzał do kuchni. Na stole stała tacka z babeczkami i dzban z sokiem dyniowym. Uśmiechnął się szeroko. Wyciągnął z szafki szklankę i usiadł przy stole. Nalał sobie soku i sięgnął po świeże wypieki. Musiał przyznać, że zatęsknił za domowym jedzeniem. Nagle drzwi cicho skrzypnęły a do pomieszczenia wszedł Zabini. W ręce trzymał duże, czerwone jabłko, które energicznie, co jakiś czas nagryzał.
- Cześć Rudy! - zawołał z entuzjazmem. Ron błyskawicznie się obrócił w jego stronę. Widok Blaise'a sprawił, że Rudzielec zaczął się krztusić. Poczerwieniał na twarzy, jak dorodny pomidor. Diabeł podszedł i klepnął go w plecy. Ron dopadł do szklanki z sokiem i łapczywie wypił jej zawartość.
- MAMO! ŚMIERCIOŻERCY W DOMU! MAMO! - zaczął głośno krzyczeć wskazując na Zabini'ego. Chłopak uniósł do góry brwi. Nie sądził, że Rudy jest, aż tak kopnięty. Weasley pomacał kieszenie, lecz w żadnej nie znalazł różdżki. Zbladł odrobinę.
- Zluzuj gatki Łasico. - powiedział spokojnie brunet. Podszedł do szafy i zaczął szukać szklanki. W tym czasie Ron wpadł na genialny pomysł, oczywiście tylko w jego mniemaniu. Sięgnął po wazon z parapetu i zdzielił nim nic niespodziewającego się Blaise'a. Chłopak upuścił szklankę i złapał się za głowę. Syknął z bólu. Do kuchni wbiegły zdyszana Molly a tuż za nią Ginny. Starsza kobieta jęknęła głośno. Ginevra podbiegła do chłopaka i pomogła mu usiąść na krześle.
- Obezwładniłem Śmierciożercę. - Ron z dumą wypiął pierś. Molly poczerwieniała na twarzy.
- Ronaldzie Billiusie Weasley'u! - zaczęła z mocą. - Blaise jest naszym gościem. Coś Ty sobie wyobrażał!? - Ron skulił się pod wzrokiem matki.  Mruknął coś niezrozumiałego i spuścił głowę. Jedyną osobą, której się bał, była jego matka. Zawsze ją szanował i kochał z całego serca. Za każdym razem chciał jej zaimponować.  Mająca tak liczne rodzeństwo, było mu ciężko.
- Przeproś Blaise'a. - nakazała, patrząc na niego uporczywie. Ron z niewyraźną miną podszedł do bruneta. Ginny aktualnie szukała różdżki w salonie.
- Przepraszam. - bąknął, wyciągając w jego stronę rękę. Diabeł niechętnie ją uścisnął i kiwnął głową.
- No dobrze, Ron Kochanieńki, chodź pomożesz mi odgnomić ogród. - przemówiła swym zwykłym ciepłym i pogodnym tonem głosu. Oboje wyszli z kuchni, mijając w drzwiach Ginny.
- Przepraszam, Ron to straszny dupek. - warknęła i stanęła za krzesłem Blaise'a.
- Niestety, wiem. - skrzywił się, gdy Ruda usunęła drobne rozcięcia zaklęciem. Już po chwili nie odczuwał bólu.
- Dziękuję. - powiedział i wstał z krzesła. Stanął przodem do dziewczyny i zaczął wpatrywać się w jej oczy.
- To nic. - szepnęła. Przy Zabini'm czuła się bezpieczna. Będąc z Harrym  była narażona na ciągły stres i niebezpieczeństwo. Chłopak pogłaskał ją po policzku. Przymknęła powieki, rozkoszując się tą chwilą. Była dla niej magiczna. Ich usta złączyły się w delikatnym pocałunku. Czas się zatrzymał. Byli tylko oni i nikt więcej. Wydawało jej się, że w tej ciszy słychać bicie ich serc. Zimowe promienie słońca wpadły przez okno, oświetlając ich twarze. Ona delikatna, niewinna, spokojna. On dryfujący na granicy dobra i zła.  Wplątał palce w jej ciemnoróżowe włosy. Napawał się satysfakcją, że jest tylko jego. Chciał ją obronić przed całym złem tego świata. Ukryć w swoich ramionach i nigdy nie wypuścić. Czuł, że Ginny jest tą jedyną. Oboje zapomnieli, że w każdej chwili ktoś może tutaj wejść. Zatracili się w ich własnym świecie. 


                                  *                                    *                                *


Pansy siedziała w kuchni wielkiego domu Blacków. W dłoniach ściskała kawałek pergaminu. Po jej twarzy spływały wielkie, jak grochy łzy. Przed chwilą dowiedziała się, że data jej ślubu została wyznaczona na początek marca. Tak bardzo bała się powiedzieć o tym Harry'emu. On naprawdę dla niej dużo znaczył. On był inny, niż  mężczyźni, z którymi się spotykała. Nie osądzał jej po tym, jaka była w przeszłości. Akceptował ją taką, jaką jest.  Twierdził, że trzeba mieć w sobie dużo odwagi, by wykrzyczeć przy tłumach ludzi i to w czasie wojny, że mają go łapać. Uśmiechnęła się przez łzy na to wspomnienie. Żałowała, że to zginął Goyle a nie Crabbe. Teraz musi go poślubić, mimo tego, że on jest innej orientacji. Zaszlochała jeszcze głośniej. Do kuchni wszedł Stworek, niosąc stertę czystych obrusów. Skrzat ponownie służył w domu Blacków.
- Co się stało panienko? - zaskrzeczał swoim piskliwym głosikiem.
- Mógłbyś zaparzyć mi herbaty? - spytała drżącym głosem. Skrzat ochoczo pokiwał głową i się ukłonił. Zaszczytem była dla niego służba dla czarownicy czystej krwi.
- Stworku, gdzie jest Harry? - spytała, gdy ustawił przed nią filiżankę na spodeczku. W międzyczasie podał jej chusteczkę, którą ocierała łzy z policzków.
- Panicz Potter udał się po choinkę, panienko. - odpowiedział i postawił na stole tacę z piernikami. Bardzo pomagał im w przygotowaniach do świąt. Pansy zamyśliła się. Podjęła decyzję. Gdy tylko Harry wróci do domu powie mu o wszystkim. Spakuje swoje rzeczy i wyniesie się z jego mieszkania. To będzie najlepsze, co mogłaby zrobić. Dotrzyma tradycji. Bała się konsekwencji wynikających ze zdrady. Zostałaby wtedy wykluczona z rodu i wypalona z gobelinu. Zostałaby z niczym, a nie chciała być ciężarem dla Pottera. Westchnęła i wstała od stołu.
- Panienko, a herbata? - zapiszczał skrzat. Czarna spojrzała na niego nieprzytomnie. Wyszła z kuchni i ruszyła w stronę swojego pokoju. Otworzyła wielki, szkolny kufer i zaczęła się pakować. Nie chciała robić tego za pomocą magii. Musiała czymś się zająć, aby choć na chwilę nie myśleć o  kłopotach. Po około pół godzinie zamknęła kufer i złapała za jego rączkę. Zeszła z nim po schodach i ustawiła w korytarzu. Ściągnęła z wieszaka ciemnozielony płaszcz, szalik i rękawiczki. Położyła wszystko na kufrze i wróciła do kuchni. Stworek właśnie przygotowywał pierogi. Ponownie zachciało jej się płakać. Chciała zostać z Harrym ale nie mogła. Byłaby dla niego ciężarem. Usłyszała odgłos zamykanych drzwi i chwilowo zamarła.
- Pansy kochanie, już wróciłem. - usłyszała jego radosny głos. Wszedł do kuchni. Czarna wyprostowała się i dumnie uniosła głowę.
- Co twój kufer robi w korytarzu? - zmarszczył brwi i pocałował ją w policzek. W jej oczach pojawiły się łzy. Będzie jej tego brakowało.
- Coś się stało? - spytał, biorąc jedno z ciastek. Ona nadal nie ruszyła się z miejsca.
- Odchodzę.- powiedziała. W kuchni zapanowała cisza. Nawet Stworek przestał mieszać w kociołku.
- Słucham? - głos Harry'ego dotarł do jej uszu. Zraniła go.
- Odchodzę. - powtórzyła. Jej warga niebezpiecznie zaczęła drgać. Doskonale wiedziała, że nikt nigdy nie kochał jej tak jak on.  Tyle razy szeptał jej do ucha, że jest tą jedyną. Te chwile wydawały jej się takie odległe. Otarła dłonią łzy z policzków. Dawał jej więcej niż mogła przypuszczać.
- Dlaczego? - spytał. Podszedł do niej i spojrzał wprost w jej oczy. Widział, że nie chciała tego. Tyle razy powtarzał jej, że tylko dzięki niej jest szczęśliwy.
- Jaa...wyznaczyli mi datę ślubu...- teraz już nie kryła łez. Nie miała po co tego robić. Płacz stał się naturalny, niczym oddychanie. Harry poprawił okulary na nosie.
- Przecież możesz z niego zrezygnować tak, jak Andromeda Black. - powiedział po chwili. Pokręciła przecząco głową i odetchnęła głęboko.
- Żegnaj Harry. - powiedziała i pocałowała go po raz ostatni. Wyminęła go i wyszła do korytarza. Poszedł za nią. Nie mógł uwierzyć, że to już koniec. Z niedowierzaniem patrzył jak się ubiera. Chwyciła kufer i ruszyła w stronę drzwi. Wychodząc obróciła się i spojrzała na niego.
- Kocham Cię. - powiedziała bezgłośnie. Wyszła. Długo stał wpatrując się w drzwi. Dopiero po kwadransie zrozumiał, że ona nie wrócił. Zapłonęła w nim czysta furia. Zaczął krzyczeć i przewracać wszystkie meble dookoła. Rozbił lustro, którego odłamki boleśnie wbiły mu się w ręce. Rany zaczęły  obficie krwawić. Upadł na kolana. Został z niczym. Ich własny świat został zburzony. Rozpadł się jak domek z kart. Czuł się bezradny, niczym małe dziecko. To jego najgorsze święta. 


                                            *                                  *                            * 

~~ Pozdrawiam Mopsicaa ;*

niedziela, 16 lutego 2014

Rozdział 36

Następnego dnia Hermiona obudziła się w wyśmienitym humorze. Po wczorajszych wydarzeniach pozostała przyjemna pustka w okolicy serca. Czuła się jakby rozmowa z Draconem zdjęła z jej pleców ciężkie brzemię. Dawno nie rozmawiała z kimś tak otwarcie. Ufała, że blondyn nie zdradzi nikomu informacji, które usłyszał z jej ust. Cieszyła się, że wreszcie podzieliła się tym z drugą osobą. Dzięki temu czuła się lekka, jak piórko wirujące w powietrzu tuż nad jej nosem. Uśmiechnęła się delikatnie i dmuchnęła, posyłając je w przeciwny kierunek. Podniosła się do pozycji siedzącej i przeciągnęła leniwie zdrętwiałymi kończynami. Wstała z łóżka, narzuciła na ramiona szlafrok i udała się do kuchni. Znając Draco pewnie już coś popsuł. Starając się, aby żaden ze stopni zdradziecko nie zaskrzypiał, zeszła na dół. Weszła do kuchni, lecz chłopaka w niej nie było. Wydawało jej się to dziwne. Draco należał do osób, które wstają z łóżka wraz z pojawieniem się słońca na widnokręgu. Zmarszczyła brwi. Przeszukała cały parter, lecz go nie znalazła w żadnym z pokoi. Czuła dziwny niepokój i zdenerwowanie. Doskonale znała jego sytuację i to martwiło ją jeszcze bardziej. Najgorsze było to, iż nie odczuwała żadnych niepokojących skutków magicznej przynależności. Starając się zachować trzeźwość umysłu ruszyła na piętro. Miała wielką nadzieję, że chłopak śpi w najlepsze zakopany w puchatą kołdrę. Stanęła pod drzwiami jego sypialni. Zapukała, lecz nie usłyszała żadnego dźwięku. Zagryzła wargę i nacisnęła klamkę. Drzwi bezproblemowo ustąpiły wpuszczając ją do pokoju. Ostatnie strzępki nadziei wyparowały z jej ciała. Sypialnia była pusta. Jedyną oznaką, że Draco kiedykolwiek tutaj mieszkał, był kufer z jego ubraniami stojący pod ścianą. Jej warga niebezpiecznie zaczęła drżeć. Przestraszyła się, że gdy ona smacznie spała, wpadli tutaj śmierciożercy i porwali Draco. Zaszkliły jej się oczy. Ogarnęło ją poczucie winy. Po części czuła się za niego odpowiedzialna. Usłyszała dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Jej serce chwilowo stanęło, by po kilku sekundach zacząć pracować ze zdwojoną siłą.  Jej źrenice rozszerzyły się nieznacznie a usta zacisnęły w wąską linię. Najciszej jak tylko potrafiła skierowała się na dół. W salonie zauważyła ogromne torby z zakupami. Zmrużyła powieki. W korytarzu usłyszała dźwięk upadającego stojaka na parasole i ciche przekleństwo. Odetchnęła z ulgą. Drugi raz w życiu cieszyła się z widoku Dracona Malfoy'a. Podbiegła i rzuciła się zaskoczonemu chłopakowi na szyję. Draco w pierwszym momencie nie wiedział, co się dzieje.
- Mi też miło Cię widzieć Granger. - zironizował. Zakłopotana dziewczyna odsunęła się od niego i spuściła wzrok.
- Bałam się o Ciebie, Draco. - wyznała cicho. Jego imię w jej ustach nabierało zupełnie innego znaczenia. Wydawała się mu taka bezbronna i ufna. Nadal nie wybaczył sobie, że przez tyle lat ją wyzywał.
- Hej, już wszystko dobrze. Byłem tylko na zakupach. - zaśmiał się nerwowo. Po chwili głęboko odetchnął i złapał ją za rękę. Hermiona uniosła zdziwione spojrzenie napotykając dwie góry lodowe, jakimi były jego oczy. Wysiliła się na słaby uśmiech. Oboje ruszyli w stronę kuchni. Draco uprzednio zabrał zakupy z salonu. Jakież było zdziwienie Hermiony, gdy zamiast mugolskich produktów zauważyła składniki do eliksirów. No tak, dzisiaj Draco miał przygotować antidotum dla nich. W jednej z toreb było również świeże pieczywo. Wspólnie przygotowali śniadanie i zabrali się za jego konsumowanie. Podczas posiłku rozmawiali na różne tematy. Tak naprawdę Draco nie był tylko na zakupach. Jego głównym celem były odwiedziny u Pottera.

Był sprawdzić co zmieniło się w Hogwarcie podczas ich nieobecności. Jak się okazało Morticia Kaufman spędza przerwę świąteczną po za murami szkoły. Ta informacja pozostawiła w głowie Dracona wiele niewyjaśnionych pytań. W kuchenne okno zapukał czarny puchacz. Draco upuścił nóż, który upadając wydał głuchy brzdęk.  Hermiona zaniepokojona spojrzała na Draco. Chłopak otarł usta chusteczką i wstał od stołu. Otworzył okno i wpuścił sowę do środka. Zwierzątko wystawiło nóżkę, do której przywiązany był list. Malfoy odczepił kopertę zaadresowaną do niego. Puchacz zahukał wesoło i odleciał. Najwyraźniej nie czekał na odpowiedź. Draco otworzył kopertę i zagłębił się w jej treść. Hermiona siedziała na krześle napięta jak struna. Miała przeczucie, że to nie są dobre wieści. Obserwowała jak z każdą sekundą twarz Draco blednie. Oczy przestały błądzić po tekście.
- Coś się stało? - zapytała nieśmiało Gryfonka. Draco zgniótł kartkę i wyrzucił ją do śmietnika. Odwrócił się w jej stronę i spojrzał wprost w jej oczy.
- Teodor jest w Świętym Mungu. - odpowiedział słabym głosem. 



                              *                                       *                                 *


Od samego rana w Norze trwały przygotowania do Świąt.  Ginny  przygotowywała sypialnie na przybycie gości. Mimo, że wykonywała wszystko perfekcyjnie, myślami była zupełnie gdzie indziej. Myślała o Zabinim. Obiecała mu, że powie rodzicom o ich związku. Blaise miał dość ukrywania się i potajemnych schadzek po kątach. Bardzo żałowała, że odrzuciła propozycję wyjazdu do Francji razem z nim. Okazało się, że Blaise ma mały domek na obrzeżach Paryża. Niestety, teraz wszystko przepadło i musi użerać się z Flegmą. Jej bratowa chodzi po domu nucąc zadziwiająco denerwującą melodię. Co chwilę wtrąca się w nieswoje sprawy, czym bardzo irytuje Ginny. Czasami miała naprawdę wielką ochotę trzaśnięcia w nią jakąś klątwą.
- Ginny! Chodź do mnie! - usłyszała donośny głos swojej matki. Zabrała różdżkę i wyszła z sypialni. Zeszła na dół trzeszczącymi schodami i skierowała się do zagraconej kuchni.
- Tak? - spytała siadając na stole i częstując się babeczką. Molly odwróciła się w jej stronę, mieszając łyżką w dużej misce.
- Kochanie, nie chciałabyś udać się na Pokątną? - Pani Weasley uśmiechnęła się ciepło do córki. Oczy Rudej zabłysły. Wreszcie mogła się stąd wydostać.
- W jakiej sprawie? - spytała na pozór obojętnie.
- Kupiłabyś mi kilka paczek włóczki.
- Pewnie, już się zbieram. - uśmiechnęła się Ruda. Wzięła kilka galeonów z rodzinnego budżetu i ruszyła w stronę kominka. Sytuacja finansowa Weasley'ów znacznie się polepszyła. Po wojnie dostali sporo pieniędzy za pomoc w pokonaniu Voldemorta. Ginny nabrała garść proszku Fiuu i weszła do kominka.
- Na Pokątną! - krzyknęła głośno i wyraźnie. Zielone płomienie sprawiły, że już po chwili znalazła się w lokalu swoich braci. W Magicznych Dowcipach Weasley'ów jak zawsze było gwarno. Bliźniacy zbijali tutaj majątek na sprzedaży swoich produktów. Zabierając z zaplecza kilka pałek lukrecjowych wyszła ze sklepu. Przez ulicę Pokątną przedzierały się tłumy czarodziejów. Jedni z torbami pełnymi zakupów, zaś inni objadający się różnymi smakołykami. Witryny sklepów były przepięknie ustrojone. Szła pośród tłumu oglądając wystawy. W pewnym momencie poczuła, jak zderza się z kimś. Złapała się za nos, który najbardziej ucierpiał. Podniosła wzrok i niemal krzyknęła ze zdziwienia. Spodziewałaby się tutaj każdego, tylko nie jego.
- ZABINI?! - krzyknęła zwracając na siebie uwagę kilku przechodniów. Jedna ze starszych kobiet, nawet bąknęła coś o braku kultury dzisiejszej młodzieży.
- Ruda? - Blaise uśmiechnął się i porwał ją w objęcia, całując w czubek głowy.
- Co Ty tutaj robisz? - spytała gdy ją puścił. Ruszyli w stronę sklepu z magicznymi drobiazgami. Podczas ich marszu Diabeł opowiedział jej o przykrym incydencie mającym miejsce w Norwegii. Stan Teodora znacznie się polepszył. Niestety, Diabeł zmuszony jest spędzić święta samotnie, ponieważ jego matka wraz z nowym kochankiem wyjechała na Hawaje.
- Może spędziłbyś święta u mnie? U nas i tak będzie dużo ludzi, wmieszasz się w tłum. - uśmiechnęła się szeroko łapiąc jego dłoń. Przekroczyli próg sklepu.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. - odparł nieprzekonany. 
- Proszę. Obiecuję, że powiem im o nas. - spojrzała na niego tymi swoimi, dużymi, brązowymi oczami, w których czaiła się niema prośba.
- Dobrze. - zgodził się całując ją w czoło. Zrobili szybko zakupy i korzystając ze sklepowego kominka przenieśli się do Nory. Blaise przybrał na twarz delikatny uśmiech i pozwolił prowadzić się Rudej do kuchni, z której do jego nozdrzy dochodził piękny zapach przypraw korzennych.
- Mamo, to Blaise. - powiedziała Ruda odkładając zakupy na szafkę.
- Dzień Dobry. - Ślizgon podszedł do Pani Weasley i ucałował jej dłoń. Kobieta zarumieniła się dziko.
- Witaj Kochaneczku. - przywitała go ciepło.
- Wiesz mamusiu, jest taka sprawa. Blaise nie ma gdzie spędzić świąt, więc pomyślałam, że może u nas znajdzie się wolne miejsce. - wyjaśniła Ginny.
- Oczywiście, jeśli nie sprawi to państwu kłopotu. - dodał szybko Zabini.
- Wręcz przeciwnie. Będziemy bardzo szczęśliwi, jeśli zostaniesz. - zapewniła Molly uśmiechając się promiennie.
- Dziękuję Pani. - powiedział wdzięcznie Diabeł.
- Chodź, pokaże Ci twój pokój. - zawołała wesoło Ginny. Pociągnęła chłopaka za rękę i wybiegli z kuchni.
- Całkiem miły chłopaczek. Pasuje do Ginevry. - szepnęła cicho Molly, pogłaśniając radio. 


                                 *                                        *                                              *

 Draco przebiegł przez długi biały korytarz, wprost pod drzwi sali numer 574. Gdy tylko dowiedział się o losach swojego przyjaciela postanowił przybyć do Munga. Zapukał w drzwi i nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. Teodor zajmował ostatnie łóżko pod oknem. Rodzina Higgsów przysiadła na krzesłach obok niego. Cicho dyskutowali ze sobą, tak aby nie przeszkadzać innym pacjentom. Zamknął za sobą drzwi, tym samym zwracając na siebie uwagę. Pan Higgs wstał z krzesła i podał dłoń blondynowi. Draco uścisnął ją, a potem przytulił Panią Higgs. Na koniec przywitał się z Terencem i Teodorem. Ten drugi głowę obwiniętą miał białym bandażem.
- Co się stało? - spytał przysiadając na skraju szpitalnego łóżka. Mama Terence'a opowiedziała o przykrym zdarzeniu, które zaszło w ich domu. Teodor kilka razy zapewnił, że nic mu nie jest. Wspólnie postanowili, że święta spędzą w Anglii. Nott czuł się podle. Dopadły go gigantyczne wyrzuty sumienia. Wmawiał sobie, że popsuł wszystkim święta. Nie mógł sobie tego wybaczyć.
- Na pewno sobie poradzisz? - zapytała Pani Elieen głaszcząc Teodora po policzku. Chłopak wysilił się na delikatny uśmiech.
- Tak, mną się nie martwcie. - zapewnił. Po kilku minutowych przygotowaniach do wyjścia, wreszcie opuścili salę chorych. Teodor odetchnął z ulgą. Wyciągnął z torby podróżnej duży notes wypełniony czystymi pergaminami. Sięgnął po kilka dobrze zaostrzonych ołówków. Dawno tego nie robił. Przyłożył rysik do papieru i naszkicował pierwsze linie. Czuł dziwną fascynację, jakby robił to po raz pierwszy w życiu. Wraz z nowymi konturami z jego głowy uciekały wszystkie zmartwienia. Było to coś na kształt terapii. Jego własne katharis. Robił to zawsze, gdy coś go martwiło. Sam nie wiedział, co pokusiło go. Linie zbiegały się w całość, tworząc szkic twarzy dziewczyny. Jej łagodne oczy spoglądały na niego spod  długich rzęs, usta domagały się pocałunku, a policzki pragnęły dotyku. Wyobraził sobie jej delikatną skórę pod opuszkami palców. W uszach słyszał melodyjny dźwięk jej głosu zapewniający go, że wszystko będzie dobrze. Wtedy uświadomił sobie, że już nigdy nie będzie dobrze. Na ich drodze stoi za dużo przeszkód, których nie da się pokonać. Dokończył ostatnie detale i zapatrzył się na swoje dzieło. Mimo, że była tylko szkicem na wyblakłym papierze czuł, że jest przy nim. Zdawał sobie sprawę, że jej miłość do niego nie skończyła się. Jego miłość do niej także. Mógł okłamywać każdego, lecz nie siebie. Pod jego obojętnym spojrzeniem ukrywały się wszystkie skrajne emocje, które nim targały. Głosy w jego głowie zachęcały go zaciętej walki o nią. I wtedy Teodor postanowił, że będzie walczył o Lunę, choćby miał ponieść porażkę już na starcie. Wierzył, że jeśli przegra walcząc o nią, nie będzie obwiniał się za to, że nigdy nie spróbował. Schował rysownik pod poduszkę. Zasnął. 


                                     *                                          *                                         * 

Witajcie,
 założyłam sobie aska, więc jeśli macie jakiekolwiek pytania dotyczące opowiadania, to zapraszam: http://ask.fm/Mopsica
Jak wam się podobał rozdział? ;>

~~ Pozdrawiam Mopsicaa ;*

środa, 12 lutego 2014

Rozdział 35.

Hermionę następnego dnia obudził głośny trzask w kuchni. Mimo, że Draco spędził u niej niecały dzień, to ona już miała go dosyć. Nie dość, że wczoraj zmęczona była długą podróżą, to on dodatkowo dokładał jej tego zmęczenia. Pół nocy przesiedział grając na laptopie w tę głupią grę. Potrafił co chwile wołać ją tylko po to, aby zobaczyła jak dobrze mu idzie. Po kilku godzinach, gdy w urządzeniu rozładowała się bateria, Draco zaczął krzyczeć jak opętany. Wtedy naprawdę się przestraszyła. Była niemal pewna, że coś mu się stało. Po za tym, było jej trochę przykro z powodu ich braku rozmów. Chciała nawiązać z nim lepsze relacja. Sama nie wiedziała dlaczego ale czuła taką wewnętrzną potrzebę. Przetarła oczy dłonią i zsunęła stopy w miękkie kapcie. Zarzuciła na ramiona szlafrok i wyszła z pokoju. Przelotnie spojrzała na zegarek, który wskazywał kilka minut przed szóstą rano. Zeszła po schodach i skierowała się w stronę kuchni, z której dobiegały ciche przekleństwa blondyna. Otworzyła drzwi i jęknęła głośno.
- Malfoy, czy ty to popsułeś? - wskazała na toster , który leżał wrzucony do śmietnika. 
- On już był popsuty. - wzruszył ramionami i otworzył jedną z szafek.
- On był nowy! - krzyknęła zła. Z dobroci serca przygarnęła go pod swój dach, a on wszystko niszczy. Dobrze, może miała w tym pewny cel, lecz to nie zmienia faktu. 
- On mógł mnie zabić. - pomachał jej przed twarzą swoim osmolonym palcem. Hermiona pomasowała skronie.
- Tam się nie wkłada palców! - krzyknęła poirytowana i wyciągnęła toster ze śmietnika. 
- Skąd miałem to wiedzieć? - spytał siadając na stole. Dużo myślał i doszedł do wniosku, że skoro Hermiona go tutaj zaprosiła, to ma takie same prawa, co ona. Nie powinien czuć się nieswojo, skoro to był jej pomysł, a nie jego.
- Trzeba było chodzić na mugoloznawstwo. - podłączyła urządzenie do prądu i włożyła do środka dwie kromki chleba. 
- Słuchaj, ja idę się ubrać, a Ty masz pilnować tego. - wskazała palcem na opiekacz. - Jeśli usłyszysz dzwonek masz nacisnąć to i wyłożyć na talerzyk tosty, rozumiesz? - spytała mrużąc oczy. Chłopak kiwnął głową i zaczął obserwować toster. Po dwóch minutach urządzenie wydało z siebie krótki, urwany dźwięk. Według wskazówek dziewczyny, Draco wyciągnął tosty na talerzyk. Tak zafascynował się tosterem, że zanim Hermiona wróciła do kuchni, Malfoy zdążył napiec trzy talerzyki pełne chrupkich tostów. 
- Jak pewnie zauważyłeś, mamy pustą lodówkę.  - zauważyła, że nie rozumie o co jej chodzi. - Idę na zakupy. Nic nie popsuj. - wysiliła się na delikatny uśmiech. Draco nadal siedział na blacie kuchennym. Jego stalowoszare oczy śledziły każdy ruch Hermiony.  Podziwiał ją za to, że potrafi odnaleźć się w dwóch tak różniących się od siebie światach. To niebywały wyczyn. Oczywiście nigdy nie ma zamiaru jej tego powiedzieć. Bądź, co bądź jest Malfoy'em. Gdy tylko pomyślał o swoim nazwisku, znów przeszła go dziwna myśl. Myśl związana z Lucjuszem. Miał bardzo dziwne wrażenie, że jego ojciec tylko czeka, aby go dopaść. W Hogwarcie był bezpieczny, a teraz? Jest bardzo daleko od magicznego świata. Został sam w domu, w którym co chwilę, coś na niego 'poluje'. Zeskoczył ze stołu i ruszył do salonu. Może jeśli poczyta jakąś ciekawą książkę, czas mu szybciej minie. Tylko, że kolejnym problemem był brak książki. Wszystkie swoje tomiska zostawił w Hogwarcie. Nagle po mieszkaniu rozszedł się bardzo wysoki i piskliwy dźwięk. Dochodził jakby z zewsząd. Zaskoczony ruszył w stronę dużego fotela stojącego w kącie. Ukrył się za nim. W pośpiechu wyciągnął różdżkę z kieszeni i uważnie obserwował pomieszczenie. Wydawało mu się, że w każdej chwili coś może wyskoczyć i rzucić się na niego. Po kilku sekundach wszystko ucichło. Odgarnął z oczu grzywkę i powoli wychylił się zza oparcia fotela. Gdy już miał zamiar wyjść piekielny dźwięk znów zabrzmiał znikąd. 
- Kurwa. - szepnął cicho. Coś ewidentnie zmuszało go, aby tam siedział. A on bardzo nie lubi być do czegoś zmuszany.
Dissendium. - rzucił zaklęcie, lecz nic się nie stało. Dźwięk nadal nie ustawał. Zagryzł wargę. Najwidoczniej na to coś nie działa magia. Ponownie ukrył się za fotelem. Gdy tylko to zrobił nastąpiła cisza. 
- Aha. - mruknął. Chcąc, czy nie chcąc przesiedział za fotelem dobrych kilkanaście minut. Do powrotu Granger nic się nie działo.
- Malfoy? - dziewczyna obładowana siatkami zakupów przekroczyła próg mieszkania. 
- Uważaj Granger, coś tutaj jest. - wyszeptał Draco wychylając głowę znad fotela. Jak na zawołanie coś znowu zaczęło piszczeć.
 - Widzisz! - i znów zniknął za fotelem. Hermiona zaczęła się głośno śmiać. Nigdy jeszcze nie słyszał, aby się tak śmiała. Zdenerwowany znów wychylił się i spiorunował ją spojrzeniem. Dziewczyna odłożyła reklamówki i nadal się  śmiejąc podeszła do czerwonego telefonu domowego wiszącego na ścianie.
- Halo? - Draco obserwował każdy jej ruch. Nie miał pojęcia, co ona wyprawia. Gada sama do siebie, wariatka - pomyślał ze zgrozą i cicho prychnął. Z wysoko uniesioną głową wyszedł zza fotela. Poprawił włosy i z gracją usiadł na kanapie. Schował różdżkę do tylnej kieszeni jeansów. Hermiona wymieniła kilka zdań z rozmówcą i odłożyła słuchawkę. Uśmiechnęła się szeroko na widok poważnej miny blondyna. 
- Chodź na śniadanie. - powiedziała wesoło. Zabrała siatki z zakupami i ruszyła w stronę kuchni. 

                                  *                                  *                                             *
                                                                 WŁĄCZ MUZYKĘ.

Siedziała w zagraconej kuchni swojego domu. Z gorącego kubka objętego jej dłońmi, unosiła się para. Jej oczy uporczywie wpatrywały się w zimowy krajobraz za oknem. Ostatnimi czasy bardzo dużo myślała. Zastanawiała się jaki sens jest być z kimś, kto ciągle się zmienia. Raz jest kochającą, dobrą osobą a raz pogwałcającą wszystkie normy bestią. Ron wiele razy zapewniał ją, że wszystko się zmieni. Tylko problem tkwił w tym, że ona już mu nie wierzyła.  Teodor uświadomił ją w przekonaniu, że Ron na nią nie zasługuje. Bała się tylko jego reakcji. Czasami w przypływie gniewu mógłby ją uderzyć. Nie chciała znów cierpieć. Nie miała siły na ukrywanie kolejnej rany pod makijażem. Mimo to ludzie i tak to zauważali. Gdy tylko spytali ją o to, ona odpowiadała, że się potknęła. Był to dla niej wstyd. Wielka plama na jej honorze. Bohaterka świata czarodziejów nie umie poradzić sobie z jednostką, jaką jest Ronald. Zakochała się w niewłaściwej osobie, a kiedy w końcu trafiła na Teodora, nie potrafiła wykorzystać okazji. Chłopak najwidoczniej nic już do niej nie czuje. W pewnym sensie dziękowała śmierciożercom. To dzięki nim mogła poznać Teodora i choć przez chwilę poczuć się dla kogoś ważna. Teraz wszystko przepadło. Zawsze, gdy czuła się samotna chciała być blisko niego. Tak, jak wtedy, w Malfoy Manor. Po wojnie utrzymywali ze sobą kontakt, lecz gdy pojawił się Ron, z dnia na dzień wszystko się posypało. Teodor nie potrafił zrozumieć jej decyzji. Po bliższym przyjrzeniu się temu, ona także zaczynała wątpić. Może byłaby jeszcze jakaś szansa na to, aby pogodzić się z Teodorem?
- Luna, kochanie przeziębisz się. - do kuchni wszedł jej ojciec. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie czuje nóg. Starła pojedynczą łzę spływającą z jej policzka i uśmiechnęła się pogodnie. Nie chciała zadręczać ojca swoimi problemami. 
- Jeśli pójdę się szybko ubrać, pójdziemy na spacer? - spytała robiąc słodką minę. Wiedziała, że ojciec bardzo za nią tęskni, więc postanowiła poświęcić mu jak najwięcej czasu. Zawsze liczyło tylko dobro ogółu, nie jej. 
- Oczywiście. - Ksenofilius wstawił wodę na herbatę. Luna pognała do swojego pokoju. Miała dziwne przeczucie, że dzisiaj coś się stanie.

                                   *                                              *                                     * 

Teodor obudził się dopiero przed południem. Wczorajszego wieczoru stracił przytomność z niewiadomej przyczyny. Bał się. Zawsze był chorowitym dzieckiem, lecz teraz zdarza się to częściej. Ostatnio miało to związek z Annabelle, a teraz? Wydawało mu się to bardzo podejrzane. Szukał czegoś o istotach takich jak ona, lecz w żadnej księdze nie było nic na ten temat napisane. Może szukał w złych miejscach? Powieki bardzo mu ciążyły, więc postanowił na razie ich nie otwierać. Czuł, że jest wielkim ciężarem dla rodziców Terence'a. Nie dość, że wprosił się do nich na święta, to na dodatek robi takie problemy. Mógł lepiej zostać w Hogwarcie. Czuł się podle. Głowa pulsowała go tępym bólem, a w ustach miał sucho. Uchylił powieki, by sprawdzić, czy czasami w pokoju nie ma czegoś do picia. Zbawienna woda stała na szafce nocnej obok łóżka, na którym leżał. Uniósł się na łokciach i sięgnął po szklankę i dzban. Nalał sobie zbawiennego płynu i wypił go łapczywie. Odstawił wszystko na szafkę. Zaczął gorączkowo myśleć nad przyczyną swojego braku energii. Ostatnio nic nadzwyczajnego nie robił. Częściej się uczył ale tę opcję wykluczył całkowicie. To przecież nie mogło go tak zmęczyć. Annabelle raczej też nie jest tego przyczyną. Dziewczyna miewa się świetnie a rama jej lustra zaczęła się powoli sklepiać. Westchnął. Opuścił z łóżka stopy, które natrafiły na chłodną powierzchnię podłogi. Podniósł się do pozycji stojącej. Lekko zakręciło mu się w głowie. Przeszedł kilka kroków w stronę łazienki. Otworzył drzwi i wszedł do środka zamykając je na zasuwkę. Było to dość małe pomieszczenie. Oparł się dłońmi o umywalkę i spojrzał w lustro. Jego odbicie było w fatalnym stanie. Przypominał jednego z  perłowo-białych duchów zamieszkujących Hogwart. Nagle poczuł się znów słabo. Niebezpiecznie zachwiał się i głową uderzył w kant wanny. Po białych płytkach zaczęła cieknąć krwawa posoka. 

                       WYŁĄCZ MUZYKĘ, JEŚLI SIĘ JESZCZE NIE SKOŃCZYŁA.

                                      *                                    *                                   *
                                              

- Co robisz? - Draco usiadł na blacie kuchennym. Było to jego ulubione miejsce w całym domu. Zaczął przyglądać się, jak Hermiona krząta się po pomieszczeniu.
- Robię popcorn, pójdziemy pooglądać telewizję. - odpowiedziała. Blondyn zamyślił się na chwilę. Z każdą godziną czuł się coraz swobodniej. Dzisiaj rozwiesił lampki choinkowe w salonie, by podkreślić świąteczną atmosferę. Święta w jego domu nigdy nie wyglądały normalnie. Lucjusz zakazał dekorowanie choinki oraz jadania w ten wyjątkowy dzień wspólnej kolacji. 
- Idziesz? - usłyszał głos Hermiony. Kiwnął głową i oboje wyszli z kuchni. Rozsiedli się na wygodnej kanapie w salonie. 
- Granger, chciałbym ci bardzo podziękować za to, że mnie tutaj zaprosiłaś. - złapał ją za rękę i spojrzał głęboko w oczy. Czuł, że jest skrępowana tą sytuacją. Na jej policzki wkradł się zdradziecki rumieniec, który utwierdził go w swoim przekonaniu. 
- Nie ma za co, Malfoy.  - wyszeptała nadal na niego patrząc. 
- Może skończymy z 'Malfoy' i 'Granger' ? - zaproponował. On w żadnym wypadku nie czuł się skrępowany. To nie w jego stylu. Po przodkach ze strony matki odziedziczył pewność siebie. Narcyza wiele razy opowiadała mu o Syriuszu, który w tych sprawach bardzo przypominał niego. 
- Hermiona Granger. - uśmiechnęła się delikatnie.
- Draco Malfoy. - odwzajemnił uśmiech. - No to może wznieśmy toast za nową, starą znajomość? - poruszył sugestywnie brwiami. Dziewczyna pokręciła głową, lecz wstała z kanapy i pomaszerowała do barku. Wyjęła z niego dwie szklanki, dwa kieliszki i butelkę z wódką.
- Co to za dziadostwo? Nie masz Ognistej? - zmrużył powieki. Dokładnie zaczął przyglądać się trunkowi przyniesionemu przez Hermionę. 
- Jesteś u mnie, więc pijemy po mojemu. - postawiła na stoliku butelkę z ciemnym płynem. 
- A to co? - zapytał blondyn, gdy przy otwieraniu butelki niebezpiecznie zaszumiała. 
- To jest napój, Mal...Draco. - uśmiechnęła się złośliwie. Przez to ich połączenie zmieniał jej się charakter. Przerażało ją to. Muszą się jak najszybciej tego pozbyć, bo może zachwiać to ich życiem. Nalała do połowy szklanki wódki a do drugiej połowy pepsi. Podała mu szkło. Powąchał zawartość i o dziwo nie skrzywił się. 
- Pachnie dobrze. - przyznał. 
- Za naszą znajomość. - stuknęła swoją szklanką o jego, wywołując tym samym cichy brzdęk. 
- Za nas. - Ślizgon przystawił szkło do ust i wypił duszkiem. Hermiona patrzyła na wszystko z otwartymi szeroko oczami. Czyżby nic nie poczuł? 
- Całkiem dobre. - pochwalił z uśmiechem. Zmroziła go wzrokiem i zabrała się za swoją porcję. Zdecydowanie Ognista Whiskey jest mocniejsza od mugolskich trunków. 
- Musimy iść jutro na zakupy. - stwierdziła Hermiona odstawiając szklankę na stół. Wigilia już za dwa dni, a oni jeszcze niczego konkretnego nie przygotowali. Nawet nie ustroili domu. Wstyd. W dzieciństwie wraz z rodzicami robili to razem. To była ich coroczna tradycja. Teraz do pomocy musi wystarczyć jej Malfoy. Usłyszała chrząknięcie. Spojrzała na blondyna, który ewidentnie liczył na dolewkę trunku. Westchnęła, lecz posłusznie nalała mu  porcję.
- Zagramy w prawda czy wyzwanie, żeby się lepiej poznać? - spytał upijając łyk. 
- Możemy. - odpowiedziała. Usiadła po turecku twarzą w jego stronę. Draco odstawił szklankę na blat i wyciągnął różdżkę. 
- Ej, co ty wyrabiasz? - krzyknęła gdy machnął nią krótko. 
- Jeśli skłamiesz nad twoją głową pojawi się czerwony obłoczek. - uśmiechnął się iście ślizgońsko. Zmrużyła gniewnie powieki i prychnęła.Czy on zarzuca jej, że jest kłamczuchą?
-  Panie mają pierwszeństwo. - teatralnie się ukłonił. Zastanowiła się, co chciałaby o nim wiedzieć. Malfoy nie jest osobą przesadnie skrytą. 
- Prawda czy wyzwanie? - spytała. - Czy to prawda, że masz na lewym pośladku znamię w kształcie pudla? - zadała pytanie, gdy zgodził się mówić prawdę. Kiedyś głośno mówiono na temat rzekomej podobizny na pośladku młodego arystokraty. 
- Mam. - odparł bez zastanowienia. Hermiona zachichotała. - Teraz ty, prawda czy wyzwanie? - zapytał. - Jesteś dziewicą? - zadał pytanie, gdy wybrała prawdę. Skoro ona mogła spytać go o takie rzeczy, to on nie omieszka odwdzięczyć tak samo. Brązowowłosa zaczerwieniła się po cebulki włosów. 
- Nie. - powiedziała cicho kręcąc głową. 
- CO!? - wykrzyknął Draco na cały głos. Nie spodziewał się usłyszeć takiej odpowiedzi. Przecież to Granger. 
- Z kim? - dopytywał.
- Jedno pytanie na kolejkę. - upomniała go.
- Dobra Granger odpowiedz, a potem możesz spytać mnie kilka razy pod rząd. - zdeklarował się.
- Z Harrym. Co łączy cię z Astorią. - zapytała bardzo szybko. Nie chciała, aby poruszał ten delikatny temat, lecz on najwyraźniej miał inne plany. 
- Jak to? Z Potterem? - jego oczy były wielkości galeonów. Hermiona znów zrobiła się czerwona. Odetchnęła głęboko.
- Obiecaj, że nikomu nie powiesz. -  rozkazała. Położyła na kolanach jedną z poduszek i zaczęła skubać jej rant. 
- To było podczas wyprawy po horkruksy. Ron nas wtedy zostawił, czułam się bardzo samotna, Harry również. Pewnego wieczory, gdy siedzieliśmy w namiocie, w radio zaczęła lecieć nasza ulubiona piosenka. Zaczęło się od tańca, a skończyło na, sam wiesz. - pierwszy raz od tych wydarzeń komuś o tym opowiedziała. To już nie chodziło tylko o grę, to był coś więcej. W momencie, gdy ją przytulił nawiązała się między nimi nić porozumienia. 

                       *                                                                    *                                                       *




Witajcie, 
wydaje mi się, że ten rozdział jest sztuczny. No cóż, bywa. czekam na wasze komentarze. 


Buziaki Mopsicaa.

czwartek, 6 lutego 2014

Rozdział 34.

Po wczorajszym balu pozostało jedynie zmęczenie na twarzach nastoletnich czarodziejów. Chcąc, czy nie każdy uczeń musiał przyznać, że bal był udany. Dzisiejszego dnia zaczynała się długo wyczekiwana przerwa świąteczna. Hermiona ciągnąc wielki kufer za sobą zmierzała do Sali Wyjściowej. Umówiła się z Draco, że spotkają się dopiero na peronie 9 i 3/4. W ten sposób nie wzbudzą zbędnego zamieszania i afery. Nie chodziło o to, że się go wstydziła, tylko bała się reakcji innych. Nawet nie wiedziała, jak wyjaśnić Harry'emu i Ginny ich dziwne połączenie. 
- Hermiono? - usłyszała cichy głos. W drzwiach od jednej z nieużywanych klas stał Terence Higgs. Na sam jego widok coś ścisnęło ją w żołądku. Tak dawno z nim nie rozmawiała. 
- Tak? - wlepiła w niego spojrzenie swoich brązowych oczu. W niewyjaśniony sposób czuła się skrępowana. 
- Możemy porozmawiać? - Od ostatniej ich rozmowy minęło sporo czasu. Terence stał się jeszcze chudszy, niż zawsze, jego skóra przybrała nienaturalnie biały odcień, a dotychczas zielone, rozbawione oczy przygasły. Skinęła krótko głową i taszcząc kufer za sobą, weszła do klasy. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nią, chłopak przemówił. 
- Hermiono, chciałbym Cię przeprosić. Nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. Zazwyczaj taki nie jestem. - jego głos przepełniony był smutkiem. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest mu bardzo przykro.
- Teraz przynajmniej wiem, dlaczego jesteś w Slytherinie. - próbowała rozluźnić sytucaję. Bestia uśmiechnął się krzywo. 
- Zgoda? - wyciągnął w jej stronę dłoń. 
- Pewnie, nawet już nie wiem o co się pokłóciliśmy. - podeszła i bez zbędnych ceregieli, przytuliła się do niego. Prawda była taka, że po części jej także go brakowała. Jedyną przeszkodą do załagodzenia ich sporu, była jej duma. Terence był jedną z tych osób, które rozumiały ją. Potrafił słuchać i poradzić w ciężkich chwilach. Kto by pomyślał, że dzięki II bitwie o Hogwart zyska przyjaciela. 
- Pokłóciliśmy się o Smoka. - wyszeptał cicho, ledwo dosłyszalnie. Na całe szczęście dziewczyna go nie usłyszała. Odsunęli się od siebie a na twarzy chłopaka pojawił się ten prawdziwy, szczery uśmiech.
- Dobrze, koniec tego dobrego. Zaraz spóźnię się na świstoklika! - wykrzyknął spoglądając na poręczny zegarek. Hermiona do teraz nie miała pojęcia, jak czarodzieje mogą korzystać z zegarka bez cyfr i wskazówek.
- Czekaj, jakiego świstoklika? - potrząsnęła głową, dopiero po chwili rozumiejąc sens jego słów.
- Z chłopakami spędzamy święta w Norwegii. - cmoknął ją krótko w policzek. - Wesołych Świąt Mionka. - wykrzyknął i wybiegł. Dziewczyna zaśmiała się krótko, lecz już po chwili i ona wzięła kufer i ruszyła w stronę Hogsmeade. 

                               *                                               *                                               *

 - Jesteśmy umówieni Potter. - chłopak uścisnął dłoń Wybrańca. Ten tylko skinął mu głową i wyszedł z pociągu. Blondyn chwycił swój kufer i zszedł po schodach. Peron 9 i 3/4 całkowicie opustoszał. Przy bramce prowadzącej do świata mugoli, stała tylko jedna dziewczyna, a mianowicie Hermiona. Ze zniecierpliwieniem spoglądała na duży zegar wiszący na przeciwległej ścianie. W jednej chwili Draco poczuł, że jest rozdrażniony. Domyślił się, że Granger jest dzisiaj nie w humorze. Odetchnął głęboko i skierował się w jej stronę.
- Cześć Granger. - przywitał się. Starał się być jak najmniej ironiczny. Dziewczyna burknęła coś pod nosem i przeszła przez barierkę. Draco uczynił to samo i już po chwili znajdowali się w świecie mugoli. Blondyn skrzywił się znacząco widząc jak pewien mężczyzna dłubie w nosie. Zmrużył powieki i starając się na nich nie patrzeć, ruszył śladami Hermiony. Widząc jej nerwowe kroki utwierdził się w przekonaniu, że jest zła. Zrównał się z nią.
- Coś się stało, Granger? - starał się na bardzo uprzejmy ton głosu.  
- Suka Astoria się stała. - wysyczała. Teraz już nie dbała o to, że jest dobrze wychowana i nie powinna używać takiego słownictwa. Draco zakaszlnął.
- Co Ci zrobiła? - Astoria jest bardzo specyficzną osobą. Wygląda bardzo niewinnie a w rzeczywistości wcale taka nie jest. 
- Pomyślmy.. - udała, że się zastanawia. - Złamała kilka paznokci, powyrywała włosy i podarła płaszcz. - machnęła ręką. Malfoy zmrużył gniewnie oczy. Cała Astoria. 
- Stój. - złapał ją za nadgarstek i obrócił w swoją stronę. - Nie przejmuj się nią. Nie pozwól, aby popsuła Ci dzień swoim dziecinnym zachowaniem. - mówił patrząc prosto w jej bursztynowe oczy. Skinęła głową.
- Chodź, stamtąd się deportujemy.  - skierowali się w stronę ciemnej alejki. Hermiona chwyciła dłoń Draco. Zignorowała dreszcz, który przebiegł wzdłuż linii jej kręgosłupa. Skoncentrowała się na odpowiedniej ulicy. Poczuła znajome szarpnięcie w okolicy pępka i już po chwili poczuła jak jej stopy uderzają o twardy grunt. Znaleźli się w zacisznej alejce znajdującej się niedaleko domu Hermiony. W ciszy przeszli kilka metrów, by znaleźć się przed małym domkiem. Nie zmienił się od czasu, gdy byli tutaj ostatni raz. Hermiona rozejrzała się naokoło, czy aby ktoś ich nie obserwuje. Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu wyciągnęła różdżkę i zdjęła z budynku zabezpieczające go zaklęcia. Oboje przeszli żwirową alejką w stronę drzwi. Odryglowała je i już po chwili oboje byli w korytarzu. Mały, skromny ale gustownie umeblowany korytarz prowadził do salonu. Ściany o kawowym odcieniu idealnie komponowały się z ciemną podłogą, która przykryta była białym puchowym dywanem. Na samym środku stała duża biała kanapa z której był idealny widok na telewizor. Obok kanapy stała mała szafka, a na niej czerwona lampka nocna. Kawałek dalej stała duża drewniana komoda na której była masa fotografii. Hermiona z westchnieniem opadła na duży fotel.
- Rozgość się w sypialni gościnnej na górze. - powiedziała i położyła sobie poduszkę na kolanach. Draco skinął niemrawo głową i taszcząc wielki kufer za sobą, zaczął wspinać się po schodach. Bez problemu trafił do sypialni wskazanej przez Gryfonkę. Czuł się bardzo dziwnie i nieswojo. Wszystko w domu Hermiony było takie inne. Miał dziwne wrażenie, że jest tutaj intruzem. Mimo, że stąpali z Granger po neutralnym gruncie on i tak wiedział, że w jakimś stopniu mu nie ufa. Podszedł do biurka na którym coś było. Owym czymś był metalowy prostokąt. Przejechał po chłodnej powierzchni palcem wskazującym. 
- GRANGER! - krzyknął nie odwracając wzroku od przedmiotu. Dało się usłyszeć szybkie kroki na schodach i już po chwili dziewczyna z różdżką w ręku stanęła w drzwiach. 
- Co się stało? - spojrzała na niego. 
- Co to jest? - spytał spokojnie, unosząc jedną brew w górę. Hermiona odetchnęła głęboko i schowała różdżkę. Wyminęła go i usiadła na krześle stojącym obok biurka. 
- To jest l a p t o p, Malfoy. - otworzyła klapkę urządzenia i oczom blondyna ukazała się klawiatura. Dziewczyna nacisnęła na jeden z przycisków i ekran rozbłysł światłem. Arystokrata z podziwem obserwował jak wszystko po kolei uruchamia się. 
- Mhm. - mruknął z podziwem. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem. Jednak coś potrafi go zafascynować. Dodatkowo ciekawiło go coś, co wyprodukowali mugole.
- Chcesz? - spytała wstając z miejsca. Draco pokiwał ochoczo głową i usadowił się wygodnie na obrotowym fotelu. 
- Patrz, tutaj musisz dotknąć, żeby ten kursor przesunął się. - zademonstrowała mu. Była bardzo blisko niego. Czuł jej ciepły oddech blisko swojego policzka i zapach intensywnych perfum. 
- Co by ci tutaj włączyć. - mruczała cicho, przeglądając różne strony internetowe. 
- O mam. Włączyłam ci grę dla początkujących. - Draco ze zdziwieniem patrzył na chomika, który wyświetlił się na ekranie. - Musisz zrobić tak, aby chomik pozbierał wszystkie części pizzy. Jakby coś się stało, to jestem na dole. - dotknęła jego ramienia, lecz tylko na moment. Mimo, że wyszła z pokoju Draco nadal czuł dotyk jej drobnej dłoni na swoim barku. Z wielkim podekscytowaniem zaczął grać.

                                        *                                 *                               *

- Teo, wszystko dobrze? - zapytał Blaise, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. Kilka godzin wcześniej zjawili się w domu rodziców Terence'a. Od tego czasu Nott znacznie zbladł i ciężej mu się oddycha. 
- Jasne. - wysilił się na lekki uśmiech i odepchnął się od ściany, której się wcześniej przytrzymał. Czuł się znacznie gorzej. W Hogwarcie było dobrze. Tłumaczył to sobie zmianą klimatu. Otarł kropelki potu ze skroni i usiadł na kanapie.
- Coś mi się nie wydaje. - bąknął Zabini i usiadł koło niego. 
- To ta zmiana klimatu mi nie służy. - oparł się o podgłówek i przymknął powieki. Szumiało mu w głowie i czuł się tak, jakby nie spał przez dobre kilkanaście godzin. 
- Chcecie coś do jedzenia? - do salonu weszła mama Terence'a. Była to wysoka blondynka o zielonych oczach, które wręcz emanowały ciepłem. 
- Niech się pani nie kłopocze. - uśmiechnął się Blaise. Oboje bardzo lubili tę kobietę. Teodorowi w pewnym sensie zastępowała matkę, której tak naprawdę nawet nie pamięta. Wszyscy wiedzą, że jego matka zmarła na skutek wycieńczenia, spowodowanego zbyt częstym rzucaniem na nią klątwy cruciatus. Oczywiście Ministerstwo Magii wszystko zatuszowało, dzięki owocnej sumie pieniędzy, którą jego ojciec 'podarował' Ministrowi. 
- Teodor, dobrze się czujesz? - spytała, przykładając mu dłoń do czoła. 
- Chyba pójdę się położyć. - wstał, lecz momentalnie zakręciło mu się w głowie. Nie utrzymał równowagi i gdyby nie Diabeł upadłby na podłogę.

                       *                                                    *                                            *


Mimo późnej pory ulica Pokątna zdawała się tętnić życiem. Po oficjalnej klęsce Voldemorta znaczna część czarodziejów odetchnęła z ulgą. Mimo mrozu panującego na dworze, każdy wydawał się być w dobrym humorze. Przygotowania do zbliżających się Świąt szły pełną parą. Astoria obładowana różnymi, kolorowymi paczkami szła pośród tłumu, oglądając przepiękne wystawy magicznych sklepów. Delikatne płatki śniegu wplątane w jej włosy, dodawały jej uroku. Mało kto wiedział, że kochała zimę. Uwielbiała w niej dosłownie wszystko. Nagle jej uwagę przykuł bardzo specyficzny sklep znajdujący się kilka metrów przed nią. Litery znajdujące się na szyldzie migotały wszystkimi kolorami tęczy.
- Magiczne Dowcipy Weasley'ów. - przeczytała cicho. Przypomniała sobie, że Blaise uwielbia produkty z tego sklepu. Jeśli kupiłaby mu coś stąd, to może Zabini i jego przyjaciele, w tym Draco jeszcze bardziej, by ją polubili. Uśmiechnęła się szeroko i w duchu pochwaliła swój dobry pomysł. Żwawym krokiem ruszyła w stronę budynku. Gdy przekroczyła próg lokalu poczuła jak jej twarz obwiewa ciepły podmuch. W środku, jak zawsze było pełno ludzi. Rozejrzała się po stosach piętrzących się pudeł z najróżniejszymi produktami. Kosze z samopiszącymi piórami ustawione były niemal w każdym końcu pomieszczenia. Astoria stała w osłupieniu przyglądając się wszystkim pudłom w krzykliwych kolorach. Dzieci biegające po sklepie wydawały się być bardzo podekscytowane i zafascynowane. Teraz już wiedziała, dlaczego Diabeł lubi tutaj przychodzić. To jest definitywnie coś dla niego. 
- Witam piękną panią, w czym mogę pomóc? - znikąd pojawił się Fred Weasley we własnej osobie. Chwycił ją pod ramię i zaczął prowadzić w głąb sklepu.
- Co ty wyprawiasz ?  - wysyczała i wyszarpnęła się z jego uścisku. Rudzielec uśmiechnął się szeroko. Mimo owej pory roku miał na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem i zwykłe jeansy. 
- Jestem Fred. - wyciągnął do niej dłoń. Nie przejmował się jej wrogim nastawieniem.
- Wiem kim jesteś. - prychnęła i ruszył dalej. Przyglądała się wszystkiemu naokoło, byle tylko nie spojrzeć na młodego mężczyznę. Niezniechęcony poszedł za nią.
- Czego szukasz? - zajrzał jej przez ramię. Dziewczyna właśnie podziwiała rubinową bransoletkę. Mieniła się ona najróżniejszymi kolorami. 
- Jeśli ją założysz, to przez kwadrans będziesz niewidzialna. - wyszeptał tuż przy jej uchu. Odwróciła się w jego stronę i gniewnie zmrużyła powieki. 
- Słuchaj! - dźgnęła go palcem w tors. Była wyraźnie poirytowana. - Masz się do mnie nie zbliżać, nie dotykać, nie mówić. Przestań się tak głupio śmiać! - krzyknęła zła. Fred tym bardziej zachęcił się do dalszych sprzeczek. 
- Dobrze Kwiatuszku. - posłał jej perskie oczko i zniknął za kilkoma regałami. Astoria odetchnęła głęboko i poszła dalej. Obserwowała każdy produkt z wielką uwagą. Wreszcie udało jej się znaleźć coś odpowiedniego. Mianowicie był to mały, czarny kwiatek, który przyczepiało się do koszulki. Gdy ktoś był w pobliżu zabawka pryskała w niego atramentem. Na jednej z lad zauważyła także drewnianą figurkę, która powoli wchodziła po stopniach kierując się w stronę szubienicy. Wszystko to spoczywało na pudle z napisem: ,, Powtarzalny Wisielec - Zgadnij, albo zawiśnie! " Gdy tylko to zobaczyła od razu przyszedł jej na myśl Teodor. On przecież uwielbia łamigłówki. Nie mogła się oprzeć i też zgarnęła to do koszyka. 
Draco kupiła jeden z teleskopów, który po przyłożeniu do niego oka, robił wokół niego czarną obwódkę. Terence'owi postanowiła podarować kryształową kulę z fajerwerkami w środku. Z tymi przedmiotami ruszyła w stronę kasy. Zmrużyła powieki widząc Freda i George'a za ladą. Odetchnęła głęboko i z niezadowoloną miną podeszła do nich. Położyła na blat produkty, które zamierzała kupić. Fred mruknął coś do George'a i ten odszedł.  Rudzielec spojrzał na przedmioty i uśmiechnął się do niej szeroko.
- Dwa galeony, Kwiatuszku. - postukał palcami w blat.
- Przestań tak do mnie mówić, plugawy zdrajco! - nie potrafiła już utrzymać nerw na wodzy. Uśmiech z twarzy Freda momentalnie zniknął. Wpatrywał się w blondynkę, nie mogąc uwierzyć, że taka delikatna dziewczyna mogła wykrzyczeć takie coś. Obserwował jak pospiesznie rzuca pieniądze na ladę i ucieka z pomarańczowym pudełkiem w ręku. Chyba pierwszy raz w życiu Fred Weasley nie wiedział, co powiedzieć. Jego uwagę przyciągnął szalik, leżący na podłodze. Podszedł i podniósł materiał. Spojrzał na metkę na której widniało nazwisko blondynki. 
- Astoria Greengrass. - przeczytał cicho. Z postanowieniem, że odda jej go, ruszył na poszukiwania brata. 

                         *                                                     *                                               *


Witajcie,
mam dobre wieści. Udało mi się przekonać mamę i nie mam kary, juuupi ;3
W ferie zdążyłam napisać, aż dwa rozdziały, a to dopiero pierwszy tydzień. Komentarze dokarmiły moją wenę <3 Kocham was normalnie *-*
~~ Buziaki Mopsicaa.

No tak, zapomniałam. 


Otrzymałam zwiastun i chcę się wam nim pochwalić <3 
Bardzoo dziękuję Naomi <3