piątek, 12 grudnia 2014

Rozdział 55

Teodor milczał, patrząc w ciemne oczy Hektora, które błyszczały w świetle jarzeniowej kuli. To co usłyszał z ust ucznia uniwersytetu wprawiło go w dziwny nastrój.
- Mówisz poważnie? - Zadał pytanie, chcąc jeszcze się upewnić.
- Na sto procent, sam dyrektor mi to powiedział. - Hektor wyglądał na bardzo . Jako prefekt miał dostęp do wielu informacji związanych z uniwersytetem oraz całym turniejem. Był on bowiem głównym opiekunem od spraw oceanarium, w którym hodowano wiele różnych gatunków morskich zwierząt. Zarówno słodko, jak i słono wodnych.
- Zadanie, to zadanie. Trzeba się z nim zmierzyć. - Słowa Teodora zabrzmiały bardzo poważnie. Chłopak był bardzo wdzięczny Grekowi, za tę informację. Dzięki temu zdobył znaczną przewagę nad innymi uczestnikami.
             *                  *                *
- Wiadomo, że będziesz najgorszy ze wszystkich! - Usłyszał docinkę Draco, który miał dzisiejszego dnia wspaniały humor. Bowiem Malfoy utarł nosa zarozumiałej pannie G, gdy to rano chciała wejść do łazienki.
- Nie słuchaj go Nott, znowu plecie głupoty - wtrąciła się wyżej wspomniana panna G. Teodor machnął ręką i założył na głowę kask. Słyszał teraz tylko szum przepływającej w żyłach krwi.
- Smoki - pomyślał. Wszedł do pomieszczenia wykonanego w całości ze szkła, w którym na podeście znajdowała się miotła. Nimbus 2001. Owy pokój był najwyraźniej windą, ponieważ zaczął unosić się w góre. Teodor nastawiony był na zwycięstwo. Nic innego nie wchodziło w grę.
          *                *               *
- Mhm. - Cichy pomruk Harry'ego zwrócił uwagę Victorie.
- Widzę, że Ci smakuje, bo aż mruczysz - zaśmiała się lekko.
- Och, co? A tak, tak, pyszne - zreflektował się Wybraniec. Prawda była taka, że chłopak obserwował Pansy, która siedziała przy stole Slytherinu i objadała się dżemem brzoskwiniowym. Wkładała łyżeczkę do ust i subtelnie zlizywała konfiturę. Harry nie mógł oderwać od niej wzroku. Doskonale wiedział, jakie cuda potrafi czynić jej język. Robiło mu się, aż w pewnych momentach gorąco na samą myśl o tym, jak kiedyś go całowała.
-...związanego z...Harry słuchasz mnie? - Głos blondynki wyrwał go z zamyślenia. Zamrugał kilka razy, uważnie patrząc na Victorie.
- Oczywiście - odpowiedział, uśmiechając się do niej. Zmierzyła go swoim bacznym spojrzeniem, po czym westchnęła.
- Musimy przestać się spotykać, przykro mi - powiedziała w końcu, a jej oczy posmutniały.
- Co..dlaczego? - spytał zaskoczony jej słowami.
- Widzę jak na nią patrzysz. - Smith wstała i odeszła od stołu zostawiając go samego z poczuciem beznadziejności.
               *                     *                *
- Nosz cholera jasna - warknął Teodor, transmutując ołowianą kulkę w klucz. Jego zadanie trwało już około godziny. Był zmarznięty, przemoczony i wściekły. Kilka minut temu wreszcie zdobył jajko smoka, w którym znajdowała się kulka, zwykła kulka. W dodatku w ciapnął w smocze łajno.
- GENIALNY DZIEŃ! - wykrzyczał na głos, wchodząc do ciemnego pomieszczenia. Drzwi za nim zamknęły się z trzaskiem. Na ścianach rozbłysły złote cyfry. Teodor słyszał wyraźne tykanie zegara, który nieubłaganie odliczał minuty do końca zadania. Nott uważnie przyjrzał się owym liczbom: 9118. Teodor powtarzał je w myślach, rozszyfrowując ich prawdziwe znaczenie. Minuty mijały, a zegar zaczął go niemiłosiernie denerwować. Po chwili pacnął się z otwartej dłoni w twarz. Jest to data. Rok przyłączenia się Grecji do związku unijnego, który zrzesza całą magiczną Europę. Wypowiedział to na głos i cylinder ukryty w ścianie ukazał się.
                  *             *              *
Draco niedbale opierał się o barierkę odgradzającą poczekalnie od windy na cylindry. Czas mu się strasznie dłużył. Cały ten okres zastanawiał się, co takiego wykonuje Teodor. Może walczy z krwiożerczym krabem ludożercą?
- Nie, to absurdalne - mruknął pod nosem.
- Co jest absurdem, Draco? - usłyszał ciche pytanie. Odwrócił wzrok w stronę drzwi, przy których opierała się Hermiona. Kolor jej włosów stał się na powrót kasztanowy. Na całe szczęście wszystko wracało do normy.
- Nic, takie tam - odpowiedział krótko, drapiąc się w swój arystokratyczny nos. 
- Ładnie dziś wyglądasz - dodał. Na jej policzki wpłynął szkarłatny rumieniec, który dodał jej uroku. 
- Dziękuje - mruknęła. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś prawi jej komplementy, a w szczególności Dracze. Chłopak chciał jeszcze coś dopowiedzieć, lecz przerwał mu pisk alarmów i oślepiające czerwone światło. Cylinder mknął w górę, zwiastując przybycie Teodora. Drzwi windy rozchyliły się, a nad nią ukazała się długo wyczekiwana cyfra, oznajmiająca miejsce, które zajął Nott. Draco westchnął przeciągle, spoglądają w oczy przyjaciela. Brunet wydawał się zmęczony, jakby przez cały dzień nosił cegłówki. 
- Gratuluje - mruknął Smok. - Nie wierzę, że przegrałem tysiąc galeonów, cholera - warknął, wychodząc z pomieszczenia.
- Założyliście się o to, że będziesz pierwszy? - Hermiona uniosła brwi, a Teodor uśmiechnął się tak szeroko, jak nigdy wcześniej.
- Jak widać wygrałem. 


            *                     *                    *
Luna nuciła pod nosem tylko znaną sobie melodię. Wracała do dormitorium z kolacji, chcąc jak najszybciej zniknąc z pola widzenia Rona. Wczorajsza sytuacja była dla niej naprawdę żenująca. Nie potrafiła spojrzeć na Rona i równocześnie się nie zaczerwienić. Chyba musi podziękować Blaise'owi za to, że wtedy wszedł do tego schowka, bo ona nie potrafiłaby odepchnąć rudzielca. Wtedy za bardzo bała się jego reakcji. Nie wiedziała czy uderzyłby ją, czy może obraziłby się. Tylko, że ona nie była jeszcze gotowa na tak odważny krok w ich związku.
- Lunałka, czekaj! - Odwróciła się przez ramię na dźwięk znajomego głosu. Ron biegiem pędził korytarzem, potykając się o swoją szatę. Będąc już prawie przy schodach wywinął koziołka lądując pod jej stopami.
- Och Ronald, nic Ci nie jest? - Uklękła przy nim, odgarniając mu włosy z czoła. Starała się uniknąć jego spojrzenia.
- Kiedy jesteś przy mnie zawsze wszystko jest dobrze. - Uśmiech rozjaśnił twarz chłopaka, a w oczach pojawił się błysk. Luna nie potrafiła się nie uśmiechnąć. To było naprawdę słodkie z jego strony. 
- Wstawaj Romeo, idziesz mnie odprowadzić do wierzy. - Podała mu dłoń i pomogła wstać. 
- Jaki Romeo? - Chłopak zmarszczył brwi, splatając ich dłonie.
- Bohater takiej mugolskiej książki, kiedyś Ci opowiem. - Wolnym krokiem ruszyli w stronę zachodniego skrzydła zamku. 
- Moglibyśmy w sumie pospacerować sobie tak, jak wczoraj - mruknął jej do ucha, łapiąc za jej jeden lok. 
- Nie czuje się dzisiaj zbyt dobrze. Wolałabym się wykąpać i położyć spać. - Wiedziała, że jej wymówka nie jest wystarczająco dobra, ale może Ron ją kupi.
- W takim razie mam inny pomysł. Ufasz mi? - Spytał, a ona zamilkła. Patrzyła w jego niebieskie oczy, starając się domyślić o co mu chodzi.
- Ufam. - Padła odpowiedź, na którą chłopak tak długo czekał. Wziął Krukonkę na ręce i ruszył w stronę przeciwną od poprzedniego celu.

           *                   *                 * 

Siema, siema.
Witam was wszystkich w ten cudowny prawie wieczór :3 Udało mi się dzisiaj w wolnej chwili napisać końcówkę rozdziału. Chcecie szczęśliwe rozwiązanie ostatniego wątku, czy może troche bardziej szalone? :D Czekam na wasze komentarze i opinie :> 

Pozdrowionka! :333

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 54

- Smoku, to dopiero godzina. - Teodor poklepał przyjaciela po plecach, chcąc dodać mu otuchy. Hermiona jeszcze nie wróciła. Draco stał oparty o barierkę i co chwilę nerwowo spoglądał na zegar wiszący w kabinie. Cylinder nadal stał nieruchomy.
- Wiem, ale czuję, że ona się boi - mruknął cicho.
- Malfoy, zaczynasz robić się miękki. - Teodor oskarżycielsko dźgnął go palcem w ramie. Draco uniósł brwi i odwrócił się w jego stronę.
- Na trzy?
- Raz..
-Dwa...
-Teraz! - krzyknęli obaj i natarli na siebie. Zaczęli się przepychać. Teodor uwięził Draco w stalowym uścisku, lecz ''brunet'' jakimś cudem się wykręcił i pacnął go dłonią w tył głowy. Gdy już Nott miał mu oddać zaczęły palić się oślepiające światła i rozległ się piskliwy dźwięk. Kapsuła zaczęła wjeżdżać powoli do góry. Obaj dopadli do barierki, a do kajuty wpadł Max. Cylinder wjechał na samą górę i rozbłysnęła nad nim srebrna dwójka. Hermiona cała oblepiona jakimś różowym glutem wpadła w ramiona Draco.
- Meduzy, długa historia - wysapała. - Dałbyś mi bluzę, bo trochę przemarzłam?
- Pięć funtów i jest twoja - powiedział złośliwie, ściągając ubranie.
- Możesz dostać jedynie dostać kopa z rozmiaru pięć - uśmiechnęła się słodko, zabierając zieloną bluzę z naszywką Slytherinu.


                          *                                           *                              *


Tymczasem w Hogwarcie na stoliku do kawy zamiast kawy pojawiła się Ognista Whisky. W pokoju dało się usłyszeć głośne śmiechy i najlepsze przeboje Fatalnych Jędz. 

- Oo taak, o taaak, aha, aha, da da da dajesz! - Krzyczeli chłopacy, zachęcając tym samym Blaise'a do kolejnych wygibasów. Brunet tańczył na fotelu w samych bokserkach. To się właśnie działo na męskich wieczorkach w domu Slytherina. 
- Nie no stary, nie podpuszczam Cię ale nie gwizdniesz starej McDymce gaci, haha - zawołam Lucas Martens, podając Zabiniemu kolejną szklankę alkoholu, którą chłopak wypił jednym duszkiem.
- Ja nie gwizdnę? Ja?! Zaraz się przekonamy! - Blaise należał do ludzi, którzy lubią wyzwania. Zrobiłby najgłupszą rzecz, byleby pokazać, że da radę. Wciągnął pierwsze lepsze ubrania i wybiegł z pokoju krzycząc: 
- Za Anglię! 

           *                      *                     *



Luna słyszała przyspieszony oddech Rona, który całował ciepłymi wargami jej dekolt. Znaczył mokre ślady wzdłuż linii obojczyków, zostawiając w niektórych miejscach ciemne malinki. Jego ręce błądziły po jej plecach, zatrzymując się dopiero na kształtnych pośladkach ubranych w gruby materiał jasnych jeansów. Składzik na miotły, w którym się znajdowali był niezwykle ciasny i ciemny. Luna czuła się niezwykle skrępowana, gdy zgrubienie w spodniach Rona zaczęło napierać na jej brzuch. Gdzieś tyłem głowy zahaczała o jakąś półkę, co sprawiało jej lekki ból. Weasley włożył ręce pod jej sweter i powędrował do piersi. 
- Roon...
Chciała prosić, aby przestał, lecz on inaczej to odebrał, szybko całując ją w usta. Pocałunek był naprawdę wyrazisty. Nutka pożądania rozpalała zmysły chłopaka, który posunął się o krok niżej, zjeżdżając do zapięcia spodni blondynki. 
- Ron jaa...
- Cichoo Kochanie. - Całkowicie zignorował jej słowa ponownie całując ją w usta. Suwak jeansów został rozpięty, a spodnie zjechały do kolan. Rudzielec jedną dłonią masował podbrzusze dziewczyny, a drugą zaczął ściągać swoje dresy i bokserki. Luna poczuła, jak o jej brzuch otarło się coś sztywnego i gorącego.
- Ron naprawdę proszę..
- Tak, już za moment. - Ronald całkowicie źle zinterpretował jej słowa. Uniósł ją w górę za pośladki, przygważdżając do ściany. Kiedy Luna pogodziła się już z tym, co zaraz się stanie, drzwi składzika otworzyły się. 
- Och pardąsik, nie ta impreza ale konik się już pojawił...no może kucyk. - Blaise zaśmiał się w głos na widok Rona. Chłopak opuścił Lune na podłogę i błyskawicznie podciągnął spodnie. Jego twarz stała się czerwona ze złości i wstydu, że ktoś nakrył go w takiej sytuacji. Dodatkowo tym kimś był Zabini, wstrętny Zabini. 
- No nie ja go zaraz zabiję! - Wrzasnął i zaczął biec za śmiejącym się w głos Ślizgonem. Luna odetchnęła z ulgą i pognała za nimi, żeby nic sobie czasami nie zrobili. Blaise wiedział, że podłoga na korytarzu była świeżo wymyta i w dodatku jeszcze mokra. Ron nie wyrobił za nim na zakręci i z impetem rąbnął o beton. Coś trzasnęło w lewej ręce chłopaka. Zanim Luna do niego dobiegła, Zabini gdzieś zniknął.


              *             *             *  
- Nie no Stary, on wymięknie przecież. - Blaise nie wracał już z pół godziny. Terence zdążył w tym czasie zasnąć na fotelu. Wiadome, że widok grzecznie śpiącego kolegi nie był do zniesienia dla innych, więc wywinęli mu żart. Mianowicie Higgs miał teraz domalowane gustowne wąsiki idealnie pasujące do jego krzaczastych brwi, które dorobili prostym zaklęciem. 
- Wiecie co? Ostatnio dowiedziałem się, że Nott przyliczył numerek z Sophie,  nieźle no nie? 
- I skądy TY to niby wiesz, Chuck? - spytał Lucas kręcąc z politowaniem głową. 
- Mam swoje źródła - odezwał się wspomniany Chuck, który był krępym osiłkiem.
- Zmyślił tę bajeczkę - odezwał się głos Zaba, który stał oparty o framugę drzwi. Na palcu okręcał  jasne majtki, które wyglądały jakby były noszone przez kilkadziesiąt lat.

         *                     *                  *


No siemanero :3

Rozdział nie zachwyca, ale jest. Święta się zbliżają, więc może uda mi się coś napisać. Proszę zmotywujcie mnie do tego :( Karmcie moją wenę :> 

Pozdrawiam cieplutko Mopsik :} 

poniedziałek, 8 września 2014

Rozdział 53

Dzisiejszego ranka przy stole z  flagą Wielkiej Brytanii siedziała tylko jedna osoba. Mianowicie był to Teodor. Draco został jeszcze w szpitalu, a Hermiona z Maxem zjedli śniadanie wcześniej i teraz zwiedzają uniwersytet. W jadalni było prawie pusto. Zapewne odpowiednia grupa zaczęła się już przygotowywać do zadania.  Na całe szczęście jego zadanie wypada jutro. Dziś jakoś nie miał ochoty na to, aby walczyć z jakimiś potworami. Przeżuwał tosta, gdy dosiadł się do niego Hektor. Chłopak uśmiechnął się szeroko, odgarniając swoje ciemne włosy z czoła. 
- Siema - przywitał się, zabierając ze stołu jabłko.
- Cześć, co Cię tutaj sprowadza? - zapytał Teodor, niespodziewanie kichając. 
- Na zdrowie. Hmm, w sumie to Ty. Chciałbym Ci pokazać oceanarium. - Młodzieniec ugryzł kęs owocu, podnosząc się z krzesła.
Teodor zastanowił się przez chwilę. Obiecał Draco, że do niego wpadnie, ale propozycja Hektora bardzo mu się spodobała. 
- Zgadzam się, ale musimy jeszcze wpaść do szpitala. - Nott zabrał ze stołu pełną tacę jedzenia, trzy różne soki, słodycze i owoce, które zaniósł Draco. Smok spał, gdy go odwiedzili, więc Teodor zostawił mu przy tacy karteczkę z wiadomością. 
- To twój, hmm przyjaciel? - zagadną cicho Hektor. 
- Draco to mój kuzyn, a zarazem najlepszy przyjaciel - wyjaśnił Ślizgon. Grek kiwnął głową i zaczął prowadzić Teodora na najniższe kondygnacje zamku. Po piętnastu minutach marszu dotarli do szatni. Hektor przekazał Teodorowi kombinezon, w który chłopak się przebrał. 
- Co jest w tym basenie? - spytał, niepewnie zaglądając w wodną toń.
- Zobaczysz. 
Wcisnął Teodorowi na głowę kask i pchnął go w wodę, skacząc zaraz za brunetem. Woda była przyjemnie cieplutka. Było tutaj tak jasno, jak na świeżym powietrzu. Teodor pomyślał, że gdyby nie woda to mógłby znajdować się na hogwardzkich błoniach. Zamiast piaszczystego dna, było podłoże porośnięte jakąś odmianą wodnej trawy. Teodor uśmiechnął się do Hektora. Chłopak z oczarowaniem patrzył na wszystko dookoła, jakby był tutaj po raz pierwszy, co nie było prawdą. Hektor zajmował się tym akwenem od dobrych paru lat. W oddali zamajaczyły jakieś kształty. Nott zmarszczył brwi, wytężając wzrok. To coś zbliżało się do nich w zawrotnym tempie połyskując wszystkimi kolorami tęczy. 
- Niemożliwe - wyszeptał brunet. 
- Możliwe - odpowiedział mu głos Hektora. Wszystkie kombinezony w uniwersytecie miały wmontowany system rozmów podwodnych. Magia - coś pięknego. 
- Przecież to mitologiczne stworzenia, nie mają prawa istnieć. 
- A jednak - uśmiechnął się Hektora, a uśmiech ten był tak szczery, że Teodor nie mógł mu nie uwierzyć. Do Greka podpłynął morski koń. Potem było ich coraz więcej. Teodor naliczył cały tuzin. 
- Hippokampy - wyszeptał, dotykając pyszczka jednego z nich. 


                           *                                                   *                                               *

Harry Potter nerwowym ruchem przeczesał swoje włosy palcami. Mimo, że układał je chyba z godzinę to wyglądały, jakby dopiero co wstał z łóżka. Irytowało go to. Dzisiaj był umówiony z Victorie. Mieli spotkać się od razu po śniadaniu, ale dziewczynie coś wypadło. 
Harry psiknął się jakimś męskim zapachem, który sprezentowała mu Hermiona. Ciekawiło go, jak jego przyjaciółka radzi sobie na konkursie. Pewnie jest świetna, zapewnił się w myślach. Zabrał z nocnej szafki lodową różę i wyszedł. Pokój wspólny Gryffindoru był całkowicie pusty. Zapewne wszyscy są już w Hogsmeade. Wszyscy prócz niego i drobnej, blondwłosej dziewczyny, która stała na samym środku pomieszczenia. Ubrana w piękny, purpurowy płaszczyk do połowy ud i dużą wełnianą czapkę z pomponem. Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
- Cześć, to dla Ciebie - przywitał się, podając blondynce różę. Była naprawdę piękna, wykonana tylko przez niego. Jedyne zaklęcie, które opanował do perfekcji. Ulubiony kwiatek Pansy. Harry nie myśl o niej, zbeształ się w myślach. 
- Jest prześliczna, bardzo Ci dziękuję - wyszeptała dziewczyna, nieśmiało całując jego policzek. 
- Och, to drobiazg - powiedział, zarumieniony Wybraniec. Zaoferował towarzyszce ramię i razem ruszyli do wyjścia. Całą drogę do Hogsmeade pokonali rozmawiając i śmiejąc się. Gdy przechodzili pod jednym z drzew, góra śniegu spadła Harry'emu na głowę. Victorie, tak to rozśmieszyło, że gdy Harry otrząsnął się ze śniegu, zastał ją siedzącą na ziemi. Wyglądała uroczo. Zupełne przeciwieństwo Pansy. Delikatna, krucha, zaś Pansy była wojowniczką. 
- Wstawaj Vicky - złapał ją za ramiona i postawił na nogi. 
- Złap mnie Potter - wyszeptała mu prosto w usta i ze śmiechem zaczęła biec w stronę wioski. Harry musiał przyznać, że była naprawdę szybka. Dogonił ją dopiero przed drzwiami do Trzech Mioteł. 
- Przyznam, że zmachałem się troszkę - uśmiechnął się, odgarniając włosy z jej twarzy. 
- Hmm - dziewczyna zamyśliła się. - Od jutra pracujemy nad twoją kondycją. Szósta rano, pokój wspólny, będę czekać. 
- Uważaj - krzyknął Harry, odciągając ją od drzwi, ponieważ ktoś właśnie wychodził z pubu. Z Trzech Mioteł wychodziła właśnie Pansy Parkinson. 
- Cześć - odezwała się cicho w stronę Harry'ego. Jej czarne włosy skręcone były dzisiaj w loki, a na ustach miała czerwoną szminkę. Tak samo, jak w pierwsze dni ferii. 
- Cześć - odpowiedział Harry. Pansy spojrzała przelotnie na Victorie, która stała oparta o klatę Wybrańca. Uśmiechnęła się nieco smutno i wyminęła ich, ruszając w stronę zamku. 
- Wchodzimy?
- Co? Och, jasne. - Na ustach Harry'ego znów pojawił się uśmiech. 


                             *                                                     *                                              *

Hermiona odetchnęła głęboko. Właśnie przebrała się w swój kombinezon. Nie przypominał on ani trochę tego, który wczoraj miał założony Draco. Ten jej był bardzo cienki. Spodenki kończyły się w połowie ud, a górna część nie miała rękawów. Włosy związała w cisną kitkę. Wyszła z szatni do pomieszczenia z cylindrem, który miał zwieźć ją pod wodę. Przy barierce stała cała hogwardzka ekipa, bez opiekuna. Pierwszy podszedł do niej Draco, który na własne żądanie wyszedł ze szpitala około trzynastej. Przytulił ją, trwało to bardzo długo. Przymknęła powieki, które nagle zrobiły się bardzo ciężkie. Ciepło ciała Draco, zaczęło ją uspokajać. Malfoy odsunął ją troszkę od siebie i oboje cicho krzyknęli.
- Twoje oczy..- zaczęli w tym samym czasie, po chwili zaczynając sie śmiać. 
- Powodzenia - mruknął, całując jej dłonie. Uśmiechnęła się do niego promiennie. Następny podszedł do niej Max. Życzył powodzenia, wyściskał ją i ustąpił miejsca Teodorowi, który uścisnął jej tylko dłoń. 
- PROSZĘ WEJŚĆ DO KAPSUŁY - rozległ się kobiecy głos. Hermiona wykonała polecenie, ale czuła się o wiele lepiej, niż wcześniej. Chciała chociaż osiągnąć taki wynik, jak Draco wczoraj. Nie musi być pierwsza, ale chce załapać się do czołowej czwórki, która zgarnia punkty. Zniknęła za drzwiami srebrnego cylindra. Odetchnęła głęboko, zaciskając palce na różdżce. Czuła jak opada w dół i już po chwili drzwi rozchyliły się ukazując ciemny tunel. 
- Lumos - mruknęła, zapalając światło na końcu różdżki. Szybkim krokiem ruszyła przed siebie. Słyszała odgłosy stóp innych uczestników konkursu. 

                         *                                                      *                                                 *

Im brnęła głębiej, tym bardziej gorąco i wilgotno się robiło. Z sufitu skapywały kropelki wody, które moczyły jej nagą skórę na ramionach. Biegła do czasu, gdy natrafiła na gruby mur. Poświeciła na niego różdżką i na samym środku zauważyła ciąg liczb: 096153082147
- Numerologia - mruknęła pod nosem, odgarniając niesforny lok sprzed oczu. Obok liczb wyło malutkie wyżłobienie, prawie niewidoczne. Dotknęła go palcem i na ścianie pojawił się napis: ZAMKNIJ CIĄG.
Jęknęła, uderzając dłonią w ścianę. Zapatrzyła się na liczby, przypominając sobie każdą lekcję numerologii. 
- Moment, niemożliwe żeby to było tak proste..- Dziewczyna przyłożyła różdżkę do cyfry zero i przeniosła ją na sam początek. 012345678910. 
Ściana zaczęła błyskawicznie pękać. Szczelina po szczelinie, kamień po kamieniu. W murze pojawiła się rura. Przeźroczysty tunel wypełniony wodą, a nad nim strzałeczka wskazująca górę. Hermiona nie zastanawiając się, wpełzła do rury i zaczęła płynąć w górę. Nie trwało to długo, a gdy już znalazła się na powierzchni jej serce zwolniło bieg. 


                        *                                                 *                                                          *



Wiiitam! 
Mam kolejny. Powoli staram się wrócić systematyczność :)) Czekam na wasze opinie! <3 

Pozdrawiam Mopsiik :3

poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 52

Omdlenie Draco nie trwało zbyt długo. Minutę, może troszkę więcej. Rozejrzał się nieprzytomnie wśród wodorostów. Strzałka pod nim wciąż świeciła bladym światłem. Teraz Draco nie słyszał nic. Ostrożnie stanął na nogach i zaczął płynąc razem z kierunkiem świecących drogowskazów. Chłopak zastanawiał się nad powodem swojego krótkotrwałego odlotu. Najbardziej bał się myśli, że to może przez Granger. Możliwe, że to właśnie jej coś się stało. Tylko to było niemal niemożliwe. Co mogłoby jej się stać w bezpiecznym centrum dowodzenia? Nic. I właśnie wtedy między wodorostami Draco coś dojrzał. Przedarł się przez wodną roślinność i jego oczom ukazała się piękna budowla, jakby zamek zbudowany z morskiej piany. Jednakże Draco coś napawało strachem. Wszędzie było pusto. Czy nie powinni tu być inni zawodnicy turnieju? Ślizgon stał się bardziej czujny. W dłoni kurczowo ściskał swoją różdżkę. Wolniutko zaczął płynąć w stronę pałacu, rozglądając się na boki. Jednak z żadnej strony nie nadchodziło niebezpieczeństwo. To tak, jakby czas wokół niego się zatrzymał. Gdy już chciał pchnąć wrota zamku, usłyszał dziewczęcy głos.
- Nie wchodź tam! 
Draco błyskawicznie skierował różdżkę w stronę zarośli po prawej stronie. Wolnym krokiem przybliżył się w tamtą stronę i przyklęknął między wodorostami. Naprzeciw niego w zieleni błyszczały ciemne oczy. Wszedł głębiej. Tak, że teraz zupełnie nikt obcy nie miał prawa go zobaczyć. Przed nim skulona siedziała mała dziewczynka. Mogła ona mieć z trzynaście lat. Była drobnej budowy, a jej kręcone loczki falowały przy każdym ruchu wody. 
- Co tu robisz? - spytał chłopak. Zadziwiające, że mógł rozmawiać pod wodą bez jakichkolwiek przeszkód. Dziewczynka przystawiła palec do ust i wskazała na zielonowłosą dziewczynę, która właśnie przekroczyła próg zamku. 
- Ona już stamtąd nie wyjdzie. - Cichy szept przy uchu Draco sprawił, że chłopak się wzdrygnął. 
-Skąd wiesz? 
- Obserwuję to miejsce od kilku minut. Weszło pięciu, nie wyszedł żaden - wytłumaczyła.
- Dlaczego mnie powstrzymałaś? Przecież gdyby wszyscy tam weszli, wygrałabyś - odparł, patrząc na nią spod uniesionych brwi. Dziewczynka uśmiechnęła się. 
- Opuściłeś cylinder jako pierwszy z nas wszystkich. Po za tym magia zamku nie działa na Ciebie tak, jak na innych. 
- Jaka magia? - zapytał, marszcząc ciemne brwi. Nadal nie zmienił się ich kolor. 
- Nie żartuj, że jadąc tu nie zapoznałeś się z mitologią - zdziwiła się. Gdy kiwnął przecząco głową, jej ciemne oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. 
- Zamek jest uosobieniem Hypnosa, boga snów. Dlatego wszystko tutaj jest takie spokojne, to jest właśnie pułapka. Każdy kto wyszedł z cylindra zapadł w drzemkę, ty spałeś najkrócej. Osoby, które weszły do pałacu zasnęły, aż do końca zadania.
- Czekaj, skąd wiesz ile spałem, skoro twierdzisz, że pierwszy zjechałem na dół? - zapytał podejrzliwie. 
- Byłam druga. Widziałam, jak zasypiasz, gdy zjeżdżałam w cylindrze. Spałam chyba z dwie minuty, a jak się obudziłam to ty dopiero ruszałeś dalej. Najwyraźniej moja droga była krótsza i wyprzedziłam Cie o kilkanaście minut, albo te twoje ślimacze ruchy Cię spowolniły - dodała złośliwie. 
- Masz plan? 
- Mam. 


                                *                                        *                                     *

Hermiona nerwowo przechadzała się przy barierce, która odgradzała ją od podestu na cylinder. Minęła już ponad godzina, a Draco jeszcze się nie wynurzył. Nott jak zawsze stał spokojny, opanowany i powtarzał, że Smok skończy zadanie jako pierwszy. Tylko, że minuty mijały, a on nie wracał. Nagle zaczęły palić się czerwone światła i rozległ się piszczący dźwięk. Gryfonka dopadła do barierki i zauważyła, że kopuła się rozsuwa. Cylinder powoli sunął ku górze, a w nim Draco. Udało mu się, udało. Szeroko się uśmiechnęła. Nawet Nott leniwie oparł się o barierkę i wlepił wzrok w srebrną kopułę. Pokrywa się rozsunęła a nad Draco zabłysnęła wielka cyfra 2, która świeciła na srebrno.
- Dwa? - zaśmiał się Nott. - Myślałem, że stać Cię na coś więcej - dodał zgryźliwie. Hermiona spiorunowała go wzrokiem i rzuciła się Draco na szyję, nie zwracając uwagi na to, że jest cały mokry.
- Draco krwawisz - zauważył Teodor. Cała podłoga pod stopami Smoka zaczęła barwić się na czerwono. Chłopak uśmiechnął się blado.
- To nic - i upadł na kolana. Teodor szybko dopadł do niego i podtrzymał cały jego ciężar na swoich ramionach. Hermiona również pobladła i zaczęło jej się kręcić w głowie. Przytrzymała się barierki. Drzwi do pomieszczenia, w którym byli rozsunęły się i stanęła w nich Morticia Kaufman z jakimś mężczyzną. Na ten widok kobieta złapała się za usta i natychmiast wybiegła. Teodor zmarszczył brwi.
- Proszę nam pomóc, błagam - wysapał. 

                                          *                             *                                       *

Draco przebudził się dopiero pod wieczór. Znajdował się w nowoczesnym szpitalu w samym sercu greckiej szkoły magii. Wszędzie kręcili się ludzie. Przy jego łóżku, na krześle pochrapywał Teodor. Pierwszy raz Draco zobaczył u niego na polikach rumieńce. Widok ten był nad wyraz zdumiewający. Malfoy podciągnął się na łokciach do pozycji siedzącej. Skrzywił się lekko. Zajrzał pod kołdrę i na prawej nodze zauważył sporej wielkości opatrunek. A co z Rosą? Uderzył w nogę Teodora. Chłopak podskoczył na krześle i błyskawicznie dobył różdżki. Stary nawyk.
- Ach, to Ty - mruknął, rozmasowując sobie kark.
- Dziewczynka, trzynaście lat, ma na imię Rosa. Jest tutaj? - zapytał szybko Draco. Na twarzy Teodora odmalowało się zdziwienie.
- Nie wiem, co jest stary? - Przysunął się z swoim krzesłem bliżej posłania. Tutejsze pielęgniarki były tak miłe, że pozwoliły mu tutaj zostać.
- Zaatakował nas wąż morski. Nic nie mogłem zrobić. Zdążyłem wepchnąć ją tylko do cylindra - chłopak ukrył twarz w dłoniach i zaczął kontynuować. - Zranił ją w brzuch, woda zaczęła błyskawicznie barwić się krwią. Jakieś cholerne rybki się zjawiły i zaczęły przegryzać mój kombinezon. Chwila nieuwagi i oberwałem w nogę. Zdążyłem zapakować się cylindra, potem pamiętam tylko Granger i nic więcej - zakończył. Teodor słuchał w milczeniu.
- Czekaj chwilę - powiedział i gdzieś poszedł. Draco leżał myśląc o Rosie. Nie wybaczyłby sobie, gdyby umarła. Tyle mu pomogła. Ostrzegła go przed zamkiem Hypnosa, ruchomymi piaskami i syrenami. Chciał jej za to wszystko podziękować osobiście. Teodor wrócił po pięciu minutach jeszcze bardziej zarumieniony. Odchrząknął.
- Rosa wyszła stąd godzinę temu, nic wielkiego jej się nie stało. Miała tylko draśnięcie, ale przy jakiejś tętnicy, czy coś. Hermiona również się już obudziła - zdał całą relację.
- Hermiona?
- No, miała odlot, jak tylko krew zobaczyła.
Draco rozciągnął się wygodnie na łóżku.
- Ty, a wiesz co w tym wszystkim jest najdziwniejsze? - spytał Teo, a gdy Draco mruknął na znak, że go słucha, to opowiedział mu o zachowaniu profesor Kaufman. Draco zmarszczył brwi.
- Reaktywacja Śliskich Gadów, czy jeszcze nie? - zapytał.
- Śliskich Gadów? Stary, mówiłem Ci że ta nazwa to obciach.
- To jaką ty kreatywną nazwę wymyśliłeś, Czubku? - zapytał Draco z powątpiewaniem.
- NieodNOTTowani. - Chłopak uśmiechnął się szeroko. Draco uderzył go poduszką, niechętnie zgadzając się na propozycję przyjaciela. Pożegnał go krótkim ''wynocha, idę spać'' i zasnął. 


                           *                                                    *                         *

Tumtumtutmtumtumtumtutum..
Tak jest, Mopsik powrócił. Komentujcie, komentujcie i karmcie moją wenę. 
Głaszczcie mnie, bo jestę kotełkę XD 1 września - szkoła. Trochę mi z tego powodu odbija, więc możecie mi wybaczyć :c 

Pozdrowienia i takie inne :333

środa, 16 lipca 2014

ZAPRASZAM!

http://miniaturkimopsicy.blogspot.com/ < - moje wszystkie miniaturki, dla których tutaj nie znalazłam miejsca :]

poniedziałek, 7 lipca 2014

ZAWIESZENIE

Cześć Kochani, 

nie mam pojęcia co tutaj napisać :c Jak wiecie są wakacje i każdy z nas ma swoje plany, aby przeżyć je jak najlepiej. Ja również takowe posiadam i to jest główną przyczyną, dla której zawieszam bloga. Obiecuję, że od nowego roku szkolnego wrócę. Kto wie, może taka krótka przerwa dobrze mi zrobi? 
Mam nadzieję, że czytelnicy nie uciekną. 
Dodatkowo niedługo będzie pierwsza rocznica od założenia bloga. Postaram się w ten dzień wrzucić jakąś miniaturkę. Paring zostawiam wam do wyboru. Czekam na wasze komentarze, dotyczące owej miniaturki. Możecie przebierać w paringach z HP i PJ. 
To by było na tyle. Dziękuję i do napisania :) 

Mopsicaa. 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozdział 51

Draco obudził się z samego rana. Od razu wygrzebał się z pościeli i ruszył do łazienki, aby zając ją jako pierwszy. Jakież było jego zdziwienie, gdy po dotarciu do odpowiedniego pomieszczenia odnotował, że drzwi są zamknięte. Wzruszył ramionami i usiadł na podłodze, czekając na swoją kolejkę. Minuty mijały, a Draco stawał się coraz bardziej nerwowy. No ile można siedzieć w łazience? Czy ten ktoś się tam utopił, czy co? Gdy już miał zamiar zabębnić pięścią w drzwi, te otworzyły się. Z środka wyszła uśmiechnięta Granger w samym ręczniku przewiązanym na piersiach. Malfoy uniósł wysoko jedną brew i nie zaszczycając ją nawet jednym spojrzeniem wszedł do łazienki. Tak, Draco nadal był zły na nią za to, że spoufala się z Maxem. Już nawet wymyślił odpowiedni plan, aby się na niej odegrać. Z niesmakiem spojrzał w lustro. jego wygląd nadal nie powrócił do pierwotnego stanu. Jedyne co go cieszyło to fakt, że kilka piegów z jego arystokratycznego nosa zniknęło. Oczywiście, że mógł za pomocą kilku zaklęć zmienić kolor włosów, lecz to nie byłoby to samo. Zaklęcia z czasem przestawałby działać, powodując efekt ściekania koloru, a tego Draco nie chciał. Ostatni raz spojrzał na swoje odbicie i zaczął się rozbierać. 

                               *                                                *                                         *

Teodor wolnym krokiem przechadzał się po bibliotece uniwersyteckiej. Gdy tylko zobaczył na planie zamku to pomieszczenie postanowił, że przyjdzie tutaj zaraz po śniadaniu. Teodor po raz pierwszy w życiu był w tak wielkim pomieszczeniu. Hogwarcka biblioteka nie miała w ogóle porównania z tą tutaj. Regały piętrzyły się, aż po sam sufit. Wysokie drabiny przesuwały się samoczynnie z kąta w kąt, wożąc na swych szczeblach poszukujących uczniów. Teodor upajał się zapachem starych pergaminów. Pierwszy raz odkąd tutaj przyjechał przestała boleć go głowa. Przechadzał się pomiędzy regałami dotykając opuszkami palców grzbietów grubych książek. W pewnym momencie zatrzymał się i ze zdziwieniem przetarł oczy dłonią. Niedaleko niego stała dziewczyna ubrana w gruby, ciemnoniebieski sweter, czarne leginsy i wielkie bambosze podobne do głów łosi. Było to tak dziwne, że wszyscy przechodzący obok niej ludzie mierzyli ją zdziwionym spojrzeniem. Ona jednak nie przejmowała się tym ani trochę. Powolnym ruchem zaczesywała swoje długie, blond włosy do tyły i przeglądała regały w dziale Zielarstwa. Teodorowi złudnie przypominała Lunę. Jakaś dziwna siła ciągnęła go w jej stronę. Westchnął, poprawił swój krawat i ruszył w jej stronę. 
- Cześć - przywitał się. Odwróciła się w jego stronę, a Teodora niemal zatkało. Miała ona dwukolorowe oczy. Lewe było ciemnobrązowe, a prawe soczyście zielone. Od razu przypomniał mu się kolor oczu Alex - mugolskiej koleżanki Hermiony. Uśmiechnęła się do niego ukazując rząd prostych zębów. Pogrzebała w swojej torbie i podała mu dziwne urządzenie, wyglądające jak mała słuchawka. Drugą, identyczną założyła na swoje ucho, więc on zrobił tak samo. 
- To pomoże nam się dogadać - powiedziała, a jej głos był delikatny i melodyjny. Zauroczyła go swoim wdziękiem do tego stopnia, że nie mógł wypowiedzieć żadnego słowa. Poruszał tylko ustami, jak ryba wyciągnięta z wody. Próbował wspomóc się gestami dłoni, lecz to również na nic nic się zdało. 
- Wybacz, ale języka migowego nie umiem - zaśmiała się perliście i złapała jego dłonie, aby pomóc mu się trochę uspokoić. 
- Jestem Teodor, a Ty piękna panienko? - zapytał rozmarzonym głosem. Nott dzisiaj w ogóle nie przypominał siebie. Był niczym zaczarowany. 
- Jestem Renessme - powiedziała akcentując literkę S. Ślizgon wpatrywał się w nią, jakby była najpiękniejszym cudem świata. Wszystko prócz niej wydawało mu się beznadziejne. Świat po za nią był brzydki, szary i nic nie znaczący. Dlaczego on nie zauważył tego wcześniej?
Niespodziewanie został wyrwany z tego letargu. Przetarł oczy i zorientował się, że nie jest już w bibliotece. Stał na korytarzu razem z pewnym chłopakiem. 
- Czyś Ty zdurniał? - odezwał się ciemnowłosy młodzieniec, poklepując swoje czoło. Chłopak był prawdopodobnie w tym samym wieku, co Teodor. Jego ciemne oczy pobłyskiwały w świetle jarzeniowej kuli. Podwodny zamek posiadał tylko i wyłącznie tego typu oświetlenie. 
- To była potomkini Lami* - pokręcił głową i wyciągnął dłoń w stronę Notta. 
- Jestem Hektor, dyżurujący prefekt uniwersytetu - przedstawił się. 
- Jestem Teodor - powiedział Ślizgon. Spędził z Hektorem dobre kilka godzin. 

                                 *                                           *                                     *

Draco stał przed ogromnymi, czarnymi drzwiami. Za kilka minut powinno rozpocząć się pierwsze zadanie konkursowe. Chłopak został już ubrany w wodoodporny kostium. Na plecach wyszyty miał wielki napis HOGWART, a na piersi MALFOY nr 69 . Z tego numeru śmiał się z Teodorem przez dobre kilka minut. To się nazywa trafność. Ale najdziwniejsze dla nich było to, że szkół jest tylko czterdzieści dziewięć, a numery na kostiumach sięgają nawet po setkę.  Draco zacisnął mocniej palce na różdżce. Wielki zegar zaczął odliczać 60 sekund. Odwrócił się i kiwnął głową do osób z jego szkoły, które stały za ogromną szybą i obserwowały go. Jeśli uda mu się stanąć na podium, to jego szkoła uzyska nagrodę punktową, która jest niezwykle ważna. Na koniec turnieju wszystkie punkty zostaną zsumowane i dzięki ich ilości zostanie wyłoniony zwycięzca. 
- Także Malfoy zepnij poślady i do dzieła - powiedział nagłos i przekroczył drzwi, gdy tylko zegar wybił sześćdziesiątą sekundę. Pomieszczenie było jasno oświetlone.  Na środku sali stała wielka szafa, która niebezpiecznie drgała. 
- Czyżby bogin? - uniósł jedną brew, podchodząc bliżej. Machnął różdżką i szafa otworzyła się. Przez chwilę zupełnie nic się nie działo. Draco zastanawiał się, co może być jego boginem. Czego boi się najbardziej? Już po chwili się tego dowiedział. W pomieszczeniu zapanowały egipskie ciemności. Zerwał się potężny wiatr, który wył niemiłosiernie. Przypomniały mu się noce, które musiał spędzać na zwiadach dla Voldemorta. Ciemne jaskinie w górach, nory w ziemi oraz wielkie padoły w lasach. Tak, zdecydowanie tego Draco bał się najbardziej. Pomyślał o bladym słońcu, które wschodziło nad horyzontem. 
- Riddikulus - krzyknął i już po chwili w pokoju znów zapanowała jasność. W szafie, którą wcześniej zajmował bogin pojawiła się kapsuła, zdolna pomieścić dwie osoby. dracon wskoczył do niej, nacisnął pikający przycisk i już po chwili pędził z zawrotną prędkością w dół. Czuł, jak robi mu się coraz zimniej i domyślił się, że za chwilę wpadnie do wody. Przecież nie na paradę został ubrany w kostium wodoodporny. Tylko gdzie kask? Pacnął się w głowę i za pomocą zaklęcia Bąblogłowy wyczarował sobie odpowiednie zabezpieczenie. Cylinder zatrzymał się, a cały jego dół wykruszył się powodując upadek Dracona do zimnej wody. BA! Woda była lodowata. Pod stopami Ślizgona zaczęło coś świecić. Okazały się być to strzałki, które wskazywały mu drogę. Podążył za nimi, uważnie przyglądając się każdemu wodorostowi z osobna. Nagle do jego uszu dotarła przepiękna pieśń. Hipnotyzowała go. Kusiła, by zboczył z oświetlonej ścieżki i popłynął w zupełnie innym kierunku. Stanął w miejscu tuż nad lewitującą strzałeczką. Poczuł, jak uchodzą z niego wszystkie siły. Jego powieki stawały się coraz cięższe. Upadł w drobny piasek, uderzając twarzą w świecący wskaźnik. 

                                   *                                          *                                             *

Proszę abyście mnie nie zabijały :C 

Pozdrawiam Mopsikk. 

czwartek, 19 czerwca 2014

Rozdział 50

Piątek był dniem bardzo wietrznym i mroźnym. Podmuchy lodowatego wiatru porywały uczniom czapki i wznosiły je wysoko w niebo. Harry bardzo się cieszył, że dzisiaj nie ma Zielarstwa i nie jest zmuszony do wychodzenia na dwór. Przez samo patrzenie za okno po jego plecach przebiegały ciarki. Harry bowiem nienawidził zimy. W takie właśnie dni najchętniej zamknąłby się w swoim dormitorium i nie wychodziłby przez cały dzień z łóżka. Niestety, musiał chodzić na zajęcia. Właśnie siedział na Historii Magii i wyglądał przez okno, aby choć trochę przestać się nudzić. Gdyby nie było mu tak zimno, zapewne by zasnął na ławce. Siedzący obok niego Ron, bębnił  palcami w drewniany blat, wystukując jakiś nieznany rytm. Harry'emu przypominało to jeden z świątecznych kawałków Fatalnych Jędz, lecz mógł się mylić. Nigdy nie miał za dobrego słuchu muzycznego. Niespodziewanie tuż przed jego twarzą przeleciała czerwona karteczka, która leniwie wylądowała na jego wyciągniętej dłoni. Nerwowym ruchem poprawił okulary na nosie i rozłożył liścik. 

Wybierzesz się ze mną jutro do Hogsmeade? 
                        Victorie 

Rozejrzał się po pomieszczeniu i natrafił wreszcie na Victorie. Była to szczupła blondynka z jego domu. Nigdy wcześniej nie zwrócił na nią uwagi, bo nie było do tego powodów. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego delikatnie i szybko odwróciła wzrok. Powrócił do trzymanej w dłoniach karteczki i zastanowił się chwilę. Nie widział żadnego powodu do tego, aby nie spotkać się z Victorie. W końcu jest wolnym człowiekiem i też ma prawo do odrobiny szczęścia. Pansy sama wybrała taką drogę. Zostawiła go. Uciekła w momencie, w którym najbardziej jej potrzebował. Gdyby kochała go prawdziwie, nigdy nie zrobiłaby takiego czegoś. Umyślnie sprawiła mu przykrość. Szybko naskrobał odpowiedź.

Będę zaszczycony, mogąc Ci jutro potowarzyszyć. 
Spotkajmy się od razu po śniadaniu. 
                                                    Harry.

Odesłał szybko liścik i znów zapatrzył się za okno. Hagrid właśnie kończył swoje zajęcia. 

                                               *                                   *                                *

- Ron! Ron, zaczekaj na mnie! - Luna biegła przez korytarz, kurczowo przyciskając do piersi swoją torbę. W tłumie zamajaczyła jej ruda czupryna, tak bardzo podobna do tej, którą posiada Ron. Jakież było jej zdziwienie, gdy zamiast Rona wpadła w ramiona Freda. 
- Siema Młoda -uśmiechnął się starszy Weasley. Dziewczyna starała się złapać oddech po długim biegu. 
- Co Ty tu robisz? - wysapała, łapiąc się pod bok. 
- Cóż, teraz stoję - wzruszył ramionami, zabierając od niej torbę. Wolnym krokiem ruszył w stronę Wielkiej Sali. Luna poczłapała za nim. 
- A tak poważnie, to szukam kogoś - wyjaśnił po chwili. 
- Poważny Fred Weasley, do czego to doszło? - blondynka złapała się za głowę, udając zmartwienie. Po chwili oboje zaczęli się śmiać. Poczuła jak ktoś wsuwa rękę w jej dłoń. To akurat był Ron. 
- Cześć brachu, co Cię tu sprowadza? - spytał zaraz po tym, jak pocałował Lunę. Ronald naprawdę zrozumiał swoje błędy i się zmienił. 
- Szukam kogoś - powiedział ogólnikowo i wyłapał w tłumie odpowiednią osobę. Przewiesił bratu torbę Luny na ramię i pobiegł korytarzem w prawo. 
- Idiota, idziemy na obiad? - usłyszał ostatnie słowa Rona i obiecał, że zemści się za tego idiotę. Zwolnił kroku, gdy zauważył ją kilka metrów przed sobą. Szła schodami w dół, do lochów. Wykorzystał odpowiedni moment, gdy korytarz opustoszał całkowicie i biegnąc zarzucił jej swój płaszcz na głowę. Zanim zrozumiała, co się dzieje była już zamknięta razem z nim w pustej klasie. Mocno się szamotała, więc zamknął ją w szczelnym uścisku swoich ramion i wyszeptał:
- Tęskniłem za Tobą - momentalnie się uspokoiła, mocniej wtulając w jego tors. Powoli ściągnął płaszcz z jej głowy. 
- Ty. Popieprzony. Idioto. - wycedziła między pocałunkami, które od razu złożyła na jego ustach. Nie widzieli się zaledwie tydzień, a ona tak bardzo się za nim stęskniła. On był chyba jedynym mężczyzną, który widział w niej kobietę, a nie jakiś przedmiot, który można wyrzucić, gdy się znudzi. Posadził ją wygodnie na ławce. 
- Też Cię kocham, As - wyszeptał i znów wbił się w jej usta. 

                                          *                                          *                                    *

- Granger! Do jasnej cholery, zaraz się spóźnimy - narzekał Draco, uderzając pięścią w drzwi do jej łazienki. Za dziesięć minut powinni zjawić się przy bramie Hogwartu, a ona nadal się grzebie w łazience. 
- Już idę, czekaj - usłyszał odgłos spuszczanej wody, przesuwanej szafki i cichy zgrzyt zamka. Prawie zostałby uderzony drzwiami, gdyby nie jego szybki refleks. Westchnął głęboko, gdy zobaczył kolor jej włosów. Jego kochany, platynowy blond. A najgorsze było to, że nie potrafił jej spojrzeć w oczy, jego oczy. Nigdy nie wyobrażał sobie Granger w tak arystokratycznej postaci. Potrząsnął głową i zabrał ich walizki. 
- Nie zapomniałaś niczego? - spytał, wychodząc z dormitorium dziewczyny. 
- Oczywiście, że nie - zaprzeczyła i wyminęła go. Zbiegła szybko po schodach, aby pożegnać się z Harrym i Ginny. Gdy już był na dole, to również wymienił uścisk dłoni z Rudą i Potterem. 
- GRANGER, ZARAZ SIĘ SPÓŹNIMY - krzyknął, widząc, że za dwie minuty powinni być pod bramą. Ruszyli biegiem, lecz i tak spóźnili się o jakieś 3 minuty. Wszyscy już na nich czekali przed wielkim, szarym powozem, który zaprzężony był w białe, uskrzydlone mustangi. Wyglądały na bardzo energiczne. Max, który miał dzisiaj fioletowe włosy karmił jednego z nich jabłkiem. Chłopak naprawdę uwielbiał zwierzęta. 
- Minus pięć punktów od Gryffindoru i Slytherinu za spóźnianie się - usłyszeli za swoimi plecami lodowaty głos Morticii Kaufman. Draco jęknął. Jak on nienawidził tej baby. Pomruczał niezrozumiałe obelgi pod nosem i wpakował walizki do schowka bagażowego z tyłu powozu. Nie patrząc na nikogo zasiadł w karocy, tuż obok Notta. Chłopak zaczytany był w Transmutacji dla zaawansowanych. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że ktoś usiadł obok. Ostatnio stał się bardzo milczący. Draco znów zaczął podejrzewać, że brunet czuje się źle. Ostatnio widział, jak Teodor używał eliksirów przeciwbólowych, ale nie śmiał się o to go spytać. Do powozu wsiadła Hermiona z Maxem. Rozmawiali wesoło, co jeszcze bardziej zirytowało Malfoy'a. Przez całą drogę ten dupek zabawiał ją różnymi zmianami swojego ciała. W pewnym momencie Morticia Kaufman nie wytrzymała i wlepiła mu szlaban na miesiąc, zaraz po tym jak wróci do Hogwartu. Wtedy Draco poczuł satysfakcję. 

                                       *                                                    *                                              *


Na miejsce dotarli po jakiś trzech godzinach lotu. Draco poczuł delikatny ruch po swojej prawej stronie. To Teodor zapakował książkę do plecaka i przez chwilę Malfoy mógł zauważyć zielone eliksiry spoczywające w jego torbie. Szybko odwrócił wzrok, bojąc się, że Teodor mógł to zauważyć. Skrzydlate konie obniżyły lot i wylądowały na plaży. 
- Macie zachowywać się, jak cywilizowani ludzie - warknęła profesorka eliksirów i wyszła z powozu jako pierwsza. Widać, że lot jej nie służył, ponieważ pozieleniała na twarzy. Draco pokręcił głową rozbawiony. Wyskoczył z powozu, jako drugi i wylądował w chłodnym pisaku. Momentalnie poczuł świeży zapach morskiej bryzy. Spienione fale tłukły się o brzeg, wyrzucając na niego drobne muszelki. Niebo przysłaniały szare chmury. Nie musiał się obracać, żeby wiedzieć, że aktualnie takie oczy ma Teodor. Dodatkowo miał dziś na sobie szarą bluzę, co podkreślało jeszcze bardziej ten efekt. 
- Draco idziemy - usłyszał głos Hermiony, która była w wyśmienitym humorze. Kretyn West znów zaczął zabawiać ją, jakimiś głupimi sztuczkami. Prychnął i zabrał swoje walizki. Zrównał się z milczącym Teodorem i razem doszli do małej jaskini. 
- Będziecie wchodzić do windy pojedynczo. Panna Granger jako pierwsza - zarządziła profesor Kaufman. Hermiona wykonała jej polecenie i weszła do szklanego cylindra. Draco, jak zahipnotyzowany patrzył co teraz się stanie. Dysza obróciła się kilka razy i zniknęła pod ziemią. Chłopak zamrugał kilka razy. Przestępował z nogi na nogę, czekając na swoją kolej. Nie mógł się doczekać, aż on wyląduje w tej tajemniczej szkole. Niemal wepchnął Teodora do środka, aby ten się pośpieszył. Odczekał, aż zapali się zielone światełko i prawie wbiegł do środka. Niestety, musiał się wrócić, ponieważ zapomniał walizek. Gdy już zapakował cały swój dobytek, nacisnął na przycisk start i cylinder zaczął się kręcić. Ostatnim obrazem, jakim widział była profesorka eliksirów, która kurczowo przyciskała dłoń do ust. Draco miał nadzieję, że zwymiotowała. Przynajmniej miałby co opowiadać w szkole. Pędził tubą z zawrotną prędkością. Niespodziewanie czasza odłączyła się od tuby i Draco niczym pocisk wpadł do morza. Kopuła zawirowała i popędziła w stronę podwodnego budynku. Wszystko wokół niego zdawało się tętnić życiem. Kolorowe bańki wirowały wśród spienionej wody. Trytony pływały pośród koralowców, grając w jakieś gry. Światła migotały mu przed oczami. Przycisnął twarz to szyby i z zaciekawieniem przyglądał się wszystkiemu. Z różnych stron napływały takie same kopuły, jak jego. W jednej z nich zauważył prześliczną dziewczynę. Był prawie pewny, że jest ona Wilą. Odruchowo pokiwał jej. Zanim zdążył zobaczyć jej odpowiedź zniknął w ciemnym korytarzu. 

                                       *                                     *                                         *
Gdy wysiadł ze szklanej windy zauważył, że wszyscy już na niego czekają. Dodatkowo dołączyła do nich jakaś niska kobieta. Domyślił się, że jest to ich opiekunka na czas pobytu w Akademii. Zabrał swoje walizki i dołączył do Teodora. Nawet przelotnie nie spojrzał na Hermionę, która świetnie się bawiła z Maxem. Poczuł się zdradzony. Wiedział, że jest to strasznie głupie, ale to przecież on jest jej przyjacielem a nie ten krukoński dupek. Poczekali za Morticią, która wyglądała jakby naprawdę zwymiotowała i ruszyli w głąb zamku. Starsza kobieta zaczęła opowiadać im historię Akademii. Okazało się, że powstała ona tutaj bardzo niedawno. Zaledwie dwa lata temu. Zaprowadziła ich do pokoju, który dzielili wszyscy razem. Po względnym odpoczynku poszli zwartą grupą na kolację. 

                                    *                                             *                                            * 

Teodor w milczeniu pokonał całą drogę do Sali Głównej. Nie czuł się dzisiejszego dnia za dobrze. Dręczył go potworny ból głowy, który nawet po dużej dawce eliksiru przeciwbólowego nie ustał. A najdziwniejsze było to, że dopadał go tylko, gdy był oddalony od Hogwartu. Nie rozumiał, dlaczego tak jest. Po kilkunastu minutowym marszu wreszcie dotarli do Sali Jadalnej. Była ona jeszcze większa od tej w Hogwarcie. W środku nie było czterech długich stołów, tylko ponad dwieście stolików sześcioosobowych. Na podłużnym podium stała ława dla nauczycieli oraz pracowników szkoły. Oni całą czwórką zasiedli przy stoliku obok drzwi, na którym postawiona została mała flaga ich kraju. Zajął miejsce między Draco a Maxem, za którym jakoś nie bardzo przepadał. Rozejrzał się po obecnych w sali. Niedaleko nich zauważył uczniów z Francji, Holandii, Włoch i Polski. Jedna z dziewczyn siedzących przy stoliku z biało-czerwoną flagą pomachała do niego. Puścił jej oczko i odwrócił wzrok. W ciszy spędzili czas, który pozostał do rozpoczęcia uczty powitalnej. Równo o godzinie 19:00 ze swojego miejsca wstał wysoki czarodziej w fioletowej szacie w księżyce. Teodor miał złudne wrażenie, że to Dumbledore bez okularów. Przez chwilę poczuł jak coś dociska go do krzesła. Dumbledore nie żyje, przez kogoś takiego, jak on. Przez śmierciożercę. Warga mu zadrżała na wspomnienie Leny. Jego kochanej Leny, która zginęła, ponieważ nie umiał jej ochronić. 
- Witam was wszystkich bardzo serdecznie w Akademii Magi i Czarodziejstwa Patietur - głos dyrektora szkoły wyrwał go z ponurych myśli o Lenie. 
- Zjawiło się u nas czterdzieści dziewięć państw, co nas bardzo cieszy. Już jutro rozpocznie się pierwsze zadanie, w którym weźmie udział tylko grupa pierwsza. Więcej szczegółów nie mogę zdradzić, ale nie martwcie się głowy wam nie urwie - staruszek zachichotał. 
- Najedzcie się oraz wypocznijcie, ponieważ jutro czeka was ciężki, ciężki, ciężki dzień - znów zachichotał, co bardzo zirytowało Teodora. Nie czekając na jego dalsze słowa, nałożył sobie na talerz owoców morza i zaczął się objadać. Tak, Teodor był strasznym łakomczuchem. 

                                       *                                                 *                                                  *

Witajcie, 
ostatnio narzekałyście, że był krótki tekst :__; Gratuluję tym, którym chciało się przeczytać ten rozdział. KOMENTARZE GDZIE JESTEŚCIE? :C Zapraszam do komentowania, ponieważ wasze opinie bardzo motywują mnie do pracy :)

Mopsicaa ;*

sobota, 14 czerwca 2014

Rozdział 49

Draco siedział w Wielkiej Sali i starał się skupić na jedzeniu swojej owsianki. Niestety, szło mu to z bardzo marnym skutkiem, ponieważ Granger trajkotała mu nad uchem od dobrych piętnastu minut. Przed testami powtarzała dosłownie wszystko. Zaklęcia, które i tak znała, regułki, które umiała na pamięć oraz Historię Magii, na której myśl robiło mu się nudno. Leniwie uniósł łyżkę z owsianką i bezceremonialnie wsadził ją Hermionie do ust. Zaskoczona otworzyła szeroko oczy i pacnęła go w dłoń. Zabrał łyżeczkę z powrotem. 
- Zwariowałeś? Mogłam się tym udusić - skarciła go. 
- Przynajmniej byś się zamknęła - powiedział z  lekkim znudzeniem. Dziewczyna szturchnęła go lekko w ramię, na co on uśmiechnął się delikatnie. Za godzinę zaczynał się pierwszy test, który dla Draco był szczególnie ważny. Bardzo zależało mu akurat na tej grupie, a nie innej. 
- Toster, to to coś czym sobie poparzyłem palce, będąc u Ciebie? - zapytał jakby od niechcenia. Skoro już Hermiona i tak gada, to przynajmniej niech gada o czymś, co go interesuje. 
- Tak, pamiętaj też o bateriach. Kiedyś miałam to zagadnienie na sprawdzianie.. - ale Draco już jej nie słuchał. Zapatrzył się w punkt ponad jej głową. Do Wielkiej Sali wchodził właśnie Teodor wraz z Sophie. Dziewczyna mówiła coś do niego, a Teodor najwyraźniej był tym bardzo zainteresowany. Zajęli miejsca w odległej stronie sali, przy samym końcu stołu Slytherinu. Odkąd Ślizgon usłyszał przepowiednię Terence'a stał się bardziej milczący. Doskonale wiedział, że prawie każda wizja blondyna się spełniała. Postanowił, że będzie się trzymał z daleka od Luny i Rona, to może nic się nie stanie. Za wszelką cenę pragnie oszukać przeznaczenie. 

                    *                        *                         *

- Macie dokładnie godzinę - oświadczyła profesor McGonagall. Draco rozwinął arkusz pytań i przygotował pióro. 
Pytanie pierwsze: Wymień naturalne satelity Marsa zaczynając od tego, który znajduje się bliżej owej planety. 
Pierwsze pytanie wydało mu się nad wyraz łatwe. Próbował doszukać się jakiegoś haczyka, lecz nic takiego nie zauważył. Zanim napisał odpowiedź, rozejrzał się po sali ze zmarszczonymi brwiami. Każdy coś zawzięcie pisał. Jedni mieli na twarzach dziwne grymasy, jakby przed nimi leżał zdechły karaluch, a nie arkusz pytań. Postukał kilka razy piórem w blat ławki i wyskrobał na pergaminie odpowiedź. 
Pytanie drugie: Do czego służy gumowa kaczka? 
Draco uśmiechnął się szeroko i kątem okaz spojrzał na Hermionę siedzącą kilka ławek za nim. Pokręcił głową rozbawiony i napisał odpowiedź. Jak dobrze, że u Granger w domu było pełno gumowych kaczek. Egzamin wydał mu się naprawdę łatwy. 

                             *                          *                      *

Luna wraz z Ronem spacerowała po błoniach. Drobne płatki śniegu tańczyły w powietrzu jeden ze swoich wolnych tańców. Krukonka uśmiechnęła się, gdy rudzielec zaczął opowiadać jej kolejny żart. Ron naprawdę się zmienił. Od tamtego nieprzyjemnego incydentu stał się bardziej spokojny. Przytulał ją, całował, a co najważniejsze nie bił jej. 

- George napisał ostatnio, że poznał jakąś Kalyne Black - zaczął Rudzielec. 
-  Black? - zdziwiła się dziewczyna.
- Tak, też wydaje mi się to trochę dziwne, ponieważ ród Blacków wygasł doszczętnie - mówił, mocniej przytulając ją do siebie.
- To może być tylko zbieg okoliczności - blondynka potarła dłonią zmarznięty nos.
- Możliwe. Myślisz, że uda mi się zwyciężyć w III grupie wyjazdowej?
- Ron.. - dziewczyna zamyśliła się na chwilę. Dobrze wiedziała, że w tej samej grupie startuje Teodor. Nie dość, że Ślizgon jest bardzo dobry z Numerologii i Transmutacji, to dodatkowo świetnie lata na miotle. To wiadome, że Ronald nie ma z nim żadnych szans. Po za tym na pewno znajdzie się jeszcze kilku o wiele lepszych od niego. 
- Taak, myślę, że uda Ci się wyjechać do Grecji. Tylko smutno mi będzie bez Ciebie - skłamała gładko i dla potwierdzenia swoich słów, pocałowała go w piegowaty policzek. Weasley uśmiechnął się z dumą i jakby od niechcenia powiedział:
- Cóż, zastanowię się jeszcze, czy wezmę udział w tym żałosnym konkursie. - Luna odetchnęła z ulgą i pociągnęła go w stronę zamku. 

                                *                         *                       * 
Wielka Sala o 20:00 pękała w szwach. Dzisiejszego wieczora chyba każdy uczeń zajmował miejsce przy swoim stole. W kącie pod ścianą stał nawet woźny Hogwartu - Argus Filch. U jego stóp wiernie siedziała Pani Noris, obserwując przekrwionymi oczami młodych czarodziejów. Wszyscy z zniecierpliwieniem czekali na wyniki testów, które miały na celu wytypować godną reprezentację Hogwartu. Na podest weszła dyrektor McGonagall i uciszyła wszystkich gestem ręki. 
- Proszę o uwagę! Wasze testy zostały już sprawdzone, tak jak obiecałam. Osoby, które wyczytam zapraszam na podium obok mnie - wyciągnęła z kieszeni szaty zwój pergaminu. 
- Grupę pierwszą, w której skład wchodzą przedmioty: Obrona przed czarną magią, Astronomia, Mugoloznawstwo - będzie reprezentował.. - Draco zacisnął mocno powieki. To była jego grupa. Tylko w tych sprawdzianach brał udział i liczył na to, że mu się uda. 
- DRACO MALFOY z domu SALAZARA SLYTHERINA - niemal podskoczył ze szczęścia. Wszyscy Ślizgoni wznieśli ogromne brawa dla członka ich domu. Malfoy uśmiechnął się szeroko i popchnięty przez Zabini'ego ruszył w stronę podium. Uścisnął dłoń McGonagall i z wyrazem dumy na twarzy odwrócił się w stronę stołu Slytherinu.
- Pan Malfoy uzyskał maksymalną ilość punktów pokonujący tym samym Hermionę Granger, której zabrakło punktu do zwycięstwa - powiedziała dyrektorka i zaczęła klaskać. Hermiona uśmiechnęła się w stronę Draco. Specjalnie opuściła jedno zadanie, ponieważ wiedziała jak bardzo Draconowi zależało, aby wyjechać do Grecji. Przyjaźń wymaga poświęceń. 
- Grupę drugą, w której składzie są przedmioty : Historia Magii, Zaklęcia, Starożytne Runy - będzie reprezentowała HERMIONA GRANGER z domu GODRYKA GRYFFINDORA - uczniowie w Wielkiej Sali wznieśli głośne wiwaty. Hermiona z uśmiechem ruszyła do podium. Zdawała sobie sprawę, że tę grupę na pewno wygra. Według niej pytania były banalne. Uścisnęła dłoń dyrektorki i przytuliła się do Draco. Uczniowie w Wielkiej sali zaczęli szeptać, lecz im to nie przeszkadzało. Już dawno przestali ukrywać swoją przyjaźń, która teraz zaczyna się wzmagać. 
- Grupę Drugą, w której skład wchodzą : Numerologia, Transmutacja i Latanie - będzie reprezentował... - Teodor zagryzł wargi. Bardzo zależało mu, aby pojechać do Grecji, jako reprezentant właśnie tej grupy. 
- Max West z domu ROWENY RAVENCLAW! - Nott ukrył twarz w dłoniach. Był gorszy. Wysoki, barczysty chłopak z kolorowymi włosami wszedł na podium. 
- Proszę o ciszę! Pan West uzyskał maksymalną ilość punktów, jednakże nie był on jedyny. TEODOR NOTT z domu SALAZARA SLYTHERINA również uzyskał maksimum. Panie Nott zapraszamy - rozanielony Teodor biegiem pokonał metry, które ich dzieliły. Uściskał zaskoczoną dyrektorkę, Draco, a nawet Granger. 
- Losowanie zdecyduje, który z was wyjedzie - uśmiech Teodora zniknął z ust. 
Odkąd może pamiętać był strasznie pechowym dzieckiem. Nigdy w życiu nie wygrał nawet losowania w pluszowej loterii, która organizowana była w każde urodziny Draco. Przez 7 lat spośród 8 dzieci nie został wylosowany ani razu. Profesor Fitwick zakręcił dziwnym urządzeniem i wypadła z niego popalona karteczka. Zacisnął powieki. 
- TEODOR NOTT! - Ślizgon podskoczył z radości. Zaczął tańczyć jakieś wygibasy na samym środku podestu, tuż obok dyrektor McGonagall. Uczniowie zanieśli się gromkim śmiechem. 
- Dobrze, dziękujemy Panie Nott za to artystyczne przedstawienie. Grupę Czwartą, w której skład wchodzą : Zielarstwo, Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami oraz Eliksiry - będzie reprezentowana przez Pana MAXA WESTA z domu ROWENY RAVENCLAW - powiedziała i ponownie uścisnęła dłoń Krukona, którego włosy tym razem stały się różowe. Chłopak był jedynym metamorfomagiem w całym Hogwarcie. 
- Nasi reprezentanci wyjeżdżają już w piątek. Życzę smacznego posiłku - zakończyła starsza kobieta. Cała czwórka wyszła razem z nią do innego pomieszczenia, w którym zostało im wszystko wyjaśnione. 

                       *                                 *                             *

Witajcie, 
zdaję sobie sprawę z tego, że rozdział jest fatalny. Przepraszam za to. Teraz mam bardzo mało czasu na pisanie oraz uważam, że się wypaliłam. Nie umiem przekazać wam w rozdziale tego, co naprawdę bym chciała. 
jeśli tak będzie dalej, to niestety ale zawieszę bloga na czas nieokreślony. Zapraszam do komentowania. 

Pozdrawiam Mopsicaa :)

niedziela, 1 czerwca 2014

Rozdział 48

Krajobraz za oknem zmieniał się w raz z szybkim pędem pociągu. W jednym z przedziałów siedziała czwórka przyjaciół, wesoło rozmawiająca ze sobą. No, może nie wszyscy wesoło rozmawiali. Teodor skryty za najnowszym wydaniem Proroka Codziennego nie uczestniczył w rozmowie. Dziś miał naprawdę kiepski humor. Najmniejszy dźwięk przyprawiał go o ból głowy. Turkot kół wprawiał go w poważne rozdrażnienie. Żałował, że nie skorzystał w deportacji. 
- Teodor, dobrze się czujesz? - usłyszał donośny głos Terence'a. Uniósł spojrzenie swoich przenikliwych oczu i spojrzał na blondyna. 
- Oczywiście - odpowiedział i posłał mu jeden w wymuszonych uśmiechów. Niestety, już po chwili ten zniknął z jego ust, ponieważ Terence'owi zamgliły się oczy. 
- Twoja aura jest ciemna, zbyt ciemna... - wyszeptał i potrząsnął głową. - ...przepraszam - przetarł oczy ręką. Terence czasami już tak miał. W niektórych chwilach nawiedzały go wizję dotyczące przyszłości. Jeszcze nie do końca potrafił nad tym zapanować. Na pierwszym roku nie udało mu się utrzymać mocy i na jednej z lekcji eliksirów wybuchnął potokiem słów. Jego przepowiednia w późniejszym czasie okazała się prawdziwa. Matka Draco została skatowana przez Lucjusza i znalazła się w Mungu w bardzo ciężkim stanie. 
- Co widziałeś dokładnie? - naciskał Teodor siadając naprzeciw niego. 
- Tylko przebłyski. Weasley, Ty, jezioro i duże czarne chmury. Staram się nad tym panować, naprawdę - powiedział, ukrywając twarz w dłoniach. Teodor westchnął i wstał z miejsca. Wyszedł z przedziału trzaskając drzwiami. 

                      *                           *                         *

Luna przechadzała się korytarzem, niosąc w dłoniach duży plik gazet. Obiecała ojcu, że postara sprzedać kilka egzemplarzy Żonglera wśród uczniów. Jak na razie szło jej to całkiem nieźle, ponieważ po wojnie większość zaczęła cenić go za poczucie humoru. Dodatkowo chociaż na chwilę mogła uwolnić się od Rona, który nie daje jej spokoju od samego rana. Już chciała uchylić następne drzwi, gdy ktoś zakrył jej oczy. 
- Zgadnij kto? - wyszeptał jej do ucha znajomy głos. 
- Czyżby to Ginny? - zachichotała cicho. Dłonie z jej oczy zostały zabrane i ponownie mogła widzieć. Powoli odwróciła się w stronę Rona. Chłopak trzymał między zębami piękną, niebieską różę. 
- Hybryda dla Ciebie. Sam ją przetransmutowałem - powiedział z dumą wypinając pierś. 
- Jesteś naprawdę uroczy - powiedziała, chowając do torby gazety. Przyjęła od niego podarunek i zaciągnęła się zapachem. W ramach podziękowania ucałowała piegowaty policzek Rona i razem ruszyli w stronę zajmowanego wcześniej przedziału. Żadne z nich nie wyczuło obecności Teodora, który stał skryty w głębi korytarza. 

                     *                           *                                   *

- Witam was wszystkich po przerwie świątecznej! - magicznie wzmocniony głos McGonagall przedarł się przez hałas w Wielkiej sali, momentalnie uciszając gwar rozmów. - Już w poniedziałek odbędą się sprawdziany umiejętności związane z wyjazdem na konkurs do Grecji. Wszystkich chętnych zapraszam z zapoznaniem się z rozpiską godzin wyznaczonych testów. Znajduje się ona na tablicy ogłoszeń w waszych domach. Smacznego! - klasnęła w dłonie i na stołach pojawiły się tace z jedzeniem oraz dzbany z najróżniejszymi napojami. 
- Harry, wszystko w porządku? - zagadnęła go Hermiona, szturchając lekko w ramię. Potrząsnął głową i odwrócił wzrok od stołu Slytherinu, przy którym siedziała Pansy. 
- W jak najlepszym - uśmiechnął się i zaczął nakładać sobie jedzenie na talerz. Postanowił, że skoro Pansy wykluczyła go ze swojego życia, to on uszanuje jej decyzję. Może było to bardzo pokręcone, ale mu wydało się najrozsądniejsze. Skoro los chciał, aby ich drogi nigdy się nie połączyły, to on na siłę nie będzie niczego robił. Na głowie ma większe problemy, niż uganianie się za Pansy, która nie wie czego chce. Westchnął z zachwytu, gdy truskawkowy krem rozlał się na jego języku. 

                        *                               *                                   *

Hermiona biegiem pokonała kilka kondygnacji schodów, zmierzając w stronę lochów. Była już 10 minut spóźniona. Zagadała się z Ginny, wiedząc, że umówiła się z Draco. Dzisiaj mieli wypić eliksir, który pomoże im odzyskać dawne normy. Wybiegła zza rogu i mało co, a nie uderzyłaby w jego plecy. 
- Przepraszam za spóźnienie - wycharczała. Spojrzał na nią lekko ironicznie i skrzyżował ramiona. 
- Minus pięć punktów dla Gryffindoru za spóźnianie się - wysyczał z uśmiechem. Posłała mu mordercze spojrzenie. 
- Malfoy. Ty. Cholerny. Łajdaku. - wycedziła i złapała się pod bok. Chłopak uśmiechnął się szeroko i ruszył powolnym krokiem w stronę sali, przy której stali. Do środka wszedł jako pierwszy, ponieważ Hermiona jeszcze nie ruszyła się z miejsca. Sala była dość przestronna. Ławki zostały ustawione pod ścianami z wyjątkiem jednej, która stała na samym środku. Hermiona dołączyła do Draco. Blondyn podał jej kubek, w którym znajdował się jakiś błękitny eliksir. Wyglądał dosyć dobrze i pachniał też nieźle. 
- Do dna, Granger - powiedział i za jednym razem wypił całość. Na jego twarzy pojawił się delikatny grymas. Hermiona również wypiła swoją porcję, która o dziwo smakowała dobrze. Mogłaby nawet rzec, że smakiem przypominała mugolską colę. 
- No, to chyba koniec - powiedział Draco i spróbował przekazać jej coś niewerbalnie. Nie udało się. 
- Dobranoc, Granger - podszedł, ucałował ją w czoło i opuścił klasę. Dziewczyna pogasiła wszystkie świece i również opuściła pomieszczenie. Draco już nie było na korytarzu. 

                    *                                *                                        *



Następnego dnia mieli wolne od zajęć, ponieważ była sobota. Każdy uczeń wylegiwał się w łóżku, aż do południa. Draco leniwie przeciągnął się pod fałdami pierzyny. Przeciągle ziewnął i spuścił bose stopy wprost w miękkie kapcie. Wstał z łóżka i poczłapał w stronę łazienki, niekulturalnie drapiąc się 
w lewy pośladek. Nieprzytomnie odkręcił kurek z ciepłą wodą i zabrał się za mycie twarzy. Po omacku chwycił ręcznik i wytarł mokre oblicze. Spojrzał w lustro i zaczął przeraźliwie wrzeszczeć. Jego piękne tlenione kłaczki stały się brązowe. Zamiast niebieskich oczu jego powieki ukrywały teraz czekoladowe tęczówki. Ponownie umył twarz w nadziei, że ten efekt minie, lecz pomylił się. Nic się nie zmieniło. Nie wiedząc, co zrobić wybiegł z pokoju i ruszył w stronę wieży Gryffinodru. Nie zwracając uwagi na to, że ma na sobie tylko czarne bokserki, pognał przed siebie. 

               *                                          *                                   *

Dzisiejszego dnia Hermiona również postanowiła odpoczywać trochę dłużej. Mimo, że obudziła się już godzinę temu nie wyściubiła nosa poza łóżko. Leniwie przerzucała kartki czasopisma Czarownica nie bojąc się, że ktoś ją na tym przyłapie, ponieważ miała szczelnie zasunięte kotary. Zaczesała swoje długie loki do tyłu i zajęła się czytaniem ciekawego artykułu. Niestety, nie dane było jej nawet zapoznać się z pierwszą linijką tekstu, ponieważ ktoś jej przerwał.
- HERMIONA! - rozpoznała głos Ginny i natychmiast wyskoczyła z pościeli. 
- Draco Malfoy czeka na Ciebie w Pokoju Wspólnym! Nie uwierzysz co się stało! - Ginny mówiła tak szybko, że Hermiona mało co zrozumiała. Wyłoniła się zza kotar swojego łóżka i popędziła schodami na dół. Ginny jeszcze coś do niej krzyczała, ale ta jej nie rozumiała. Co musiało się stać, że Draco wszedł do Wieży Godryka? To dowiedziała się, gdy stanęła naprzeciw niego. Odebrało jej chwilowo mowę na jego widok. 
- Draco, Ty jesteś nago - zasłoniła szybko oczy, bardzo skrępowana tym faktem. Wokół nich zebrał się już tłum gapiów. 
- Ty też - jęknął, widząc, że włosy Hermiony mają platynowy blond, a oczy nabrały barwy lodowego kryształu. Zjechał wzrokiem trochę niżej. Hermiona w całym tym popłochu również wybiegła z pokoju tylko w bieliźnie, w której spała. Granger była bardzo chuda. Na całym jej ciele widniało wiele ran po zadrapaniach oraz otarciach. Musiała wyczuć, że coś jest nie tak, ponieważ usilnie zaczęła się zakrywać dłońmi. 
- Wypierdalać stąd - warknął Draco i okrył ją kocem, który wcześniej leżał na kanapie. Zaprowadził dziewczynę do jej pokoju i otarł łzy z policzków.
Cały dzień spędzili na szukaniu odpowiedniego eliksiru, który byłby w stanie przywrócić ich wygląd do normalności. 


                  *                                        *                                     *

Witajcie, 
rozdział dedykuję Pomylunej. Co sądzicie o rozdziale 48? Liczę na wasze komentarze ;> 


Pozdrawiam Mopsicaa ;*