czwartek, 5 grudnia 2013

Mikołajki w Hogwarcie, czyli świąteczna miniaturka1.

Siedziałem w Wielkiej Sali i obserwowałem te wszystkie małe, żałosne karły, które roznosiły prezenty mikołajkowe. Dzisiejszego dnia dostałem chyba z czterdzieści bezużytecznych śmieci od jakiś napalonych fanek.
-Mówiłem Ci już, że nienawidzę tego święta?-odezwałem się do Zabiniego, nie spuszczając wzroku z ludzi siedzących przy stołach.
-Nie bądź śmieszny Smoku, mi się podoba.-Blaise jak zawsze nie podzielał mojego zdania. Cieszył się jak małe dziecko, gdy jakiś gbur przyniósł mu pudełko owinięte kolorowym papierem. Za to mnie drażniło to na każdym kroku. Nawet rano udało mi się jednego pseudo mikołajka zamknąć w składziku na miotły. No ale oczywiście nasz kochany Diabełek musiał go wypuścić. O zgrozo!
Pokręciłem głową na boki i wróciłem wzrokiem do swojego stoły. Po drugiej jego stronie siedział Teodor, który również nie wyglądał na najszczęśliwszego. Kawałek dalej Pansy z Astorią pakowały kolejne pudełko i śmiały się. No i po mojej lewej stronie siedział Terence, który szykował sobie kanapki. Bestia odwrócił się, aby sięgnąć sól, więc wykorzystałem okazję i sięgnąłem po jedną i zacząłem ją konsumować.
-Paczka dla Pana Malfoy'a. - Za moimi plecami jakby znikąd pojawił się kolejny karzeł niosący w ręce ogromny czerwony pakunek. Odłożyłem kanapkę na talerz na wypadek,  gdyby zachciało mi się nią w kogoś rzucić. Niespiesznie wstałem od stołu i nie odpowiadając na pytające spojrzenia przyjaciół, wyszedłem. Tak po prostu. Od tego wszystkiego, aż odechciało mi się jeść. Już myślałem, że nic nie może popsuć mi dzisiaj bardziej humoru, jednak się pomyliłem. W drzwiach wpadła na mnie Granger. Tego już było za wiele!
-Uważaj jak łazisz Szlamo - warknąłem i wytrąciłem jej z rąk ładnie ozdobioną paczuszkę. Widziałem jak z jej twarzy znika uśmiech a w oczach pojawia się smutek. Chciała to jakoś ukryć ale nie do końca jej to wyszło. Akurat wtedy mało obchodziło mnie to, co ona czuje. Jak gdyby nigdy nic włożyłem ręce do kieszeni i powolnym krokiem ruszyłem korytarzem w stronę Wieży  Zegarowej.
-Jesteś Świnią Malfoy!-dobiegł mnie jeszcze jej krzyk. Nie odpowiedziałem na to kompletnie nic, szedłem dalej przed siebie.

                                             *                                     *                                        *

W końcu udało mi się znaleźć odpowiedni prezent dla niego. Zapakowałam go w ładny czerwony papier aby domyślił się, że jest to prezent od Gryfonki. Sama nie wiem dlaczego zależało mi na tym, aby dostał coś ode mnie. Nawet nie chcę myśleć, co pomyśleli by Harry i Ron gdyby się o tym dowiedzieli. Pewnie najpierw wyśmialiby mnie a potem znienawidzili. A on? Już nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. Naczelna Szlama Hogwartu, Hermiona Granger kupiła coś dla Arystokraty Dracona Malfoy'a. To nawet głupio brzmiało. Jak na złość nawet nie mogłam znaleźć żadnego małego Mikołajka, by mógł dostarczyć mu ten podarunek. Wszystko przeciwko mnie! Z delikatnym uśmiechem ruszyłam do Wielkiej Sali. Po drodze poprawiałam zieloną kokardkę zawiązaną na samej górze paczuszki. Tak się zagapiłam, że prze przypadek na kogoś wpadłam. Już otwierałam usta, aby uprzejmie przeprosić ale zauważyłam kim ta osoba była. Tak, to był on.
-Uważaj jak łazisz Szlamo.-warknął i wytrącił mi z ręki paczkę, która po części i tak należała do niego. W tamtym momencie naprawdę zrobiło mi się smutno. Chciałam jakoś to ukryć ale wydawało mi się, że on i tak zobaczy to. Zawsze wydawało mi się, że te jego stalowoszare tęczówki widzą wszystko. Potrafią przeszywać na wskroś, i odgadywać co w danej chwili myślę, bądź czuję.
-Jesteś Świnią Malfoy!-zdążyłam tylko wykrzyczeć zanim. Doskonale wiedziałam, że każdy zgromadzony w Wielkiej Sali przygląda się tej scenie z niemałym zaciekawieniem. Musiałam grać. Najlepiej jak tylko potrafię. Pospiesznie pozbierałam pudełko i jak najszybciej uciekłam, byleby nikt nie widział łez moczących moje policzki. Doskonale wiem, że jestem słaba. Niby jestem Gryfonką a tchórze. Jestem zwykłym tchórzem, który nie potrafi powiedzieć mu całej prawdy. Prawdy, że podoba mi się już od dłuższego czasu.


                                              *                                              *                                       *

-Kocham Cię.-wyszeptałam do mojego odbicia. Siedziałam w łazience Jęczącej Marty i już chyba od kilku godzin układałam sobie w głowie słowa, które chciałam mu powiedzieć. Nadal nie wierzę, że mogłam się tak stoczyć. Przecież to było takie żałosne. Jedynym plusem tego dnia było to, że udało mi się naprawić prezent dla Draco. No ale co z tego, skoro nie mogę już mu go dać.
Nagle usłyszałam głośne kroki na korytarzu, ciche skrzypnięcie drzwi i ktoś wszedł do środka. W duchu modliłam się, aby nie był to żaden z moich przyjaciół. Nie chciałam im teraz się tłumaczyć, bo sama nie wiem co miałabym im powiedziała. Potem znów dobiegł mnie odgłos kroków, tylko tym razem bardziej intensywny. Z każdą sekundą bardziej cichły. Domyśliłam się, że musieli kogoś szukać, a ten ktoś ukrył się właśnie tutaj. Usłyszałam westchnienie i jak najciszej potrafiłam podeszłam za filar. W pewnym momencie myślałam, że moje serce stanęło w miejscu, płuca odmówiły pracy, a myśli pognały jak szalone do przodu. Siedział tam, oparty o chłodną ścianę z  przymkniętymi powiekami i lekko rozchylonymi ustami. Próbował jakoś uspokoić swój oddech. Nie wiem co mnie pokusiło, ale ostrożnie do niego podeszłam i usiadłam obok. Zaskoczony otworzył błyskawicznie oczy i sięgnął po różdżkę.
-Przepraszam, nie chciałam Cię wystraszyć.-wyszeptałam i spuściłam wzrok. Wydawało mi się, że na mój widok odrobinę się rozluźnił.
-Uff, tylko Ty.-powiedział ozięble i odrobinę się ode mnie odsunął, jakbym była naprawdę czymś ohydnym. Zabolało, nawet bardzo. Spuściłam wzrok na swoje czarne trampki. Chciałam patrzeć wszędzie byleby nie natrafić na jego postać, bo nie chciałam okazywać przy nim moich uczuć. Oboje milczeliśmy. Przez chwilę rozważałam odezwanie się, ale doszłam do wniosku, że mogłabym tym wszystko popsuć, wystraszyć go.
-Co tu robisz?-odezwał się niespodziewania, tak jakby od niechcenia.
-Siedzę.-odpowiedziałam, jakby było to coś oczywistego. A co w końcu miałabym mu powiedzieć? Wyznać, że ukrywam się tutaj przed nim? Raczej nie. Znów zapanowała cisza, więc tym razem ja postanowiłam się odezwać.
-A Ty?-spytałam.
-Siedzę.-teraz zrozumiałam jaka naprawdę głupia była ta odpowiedź. Cisza. Spojrzałam na niego kątem oka. Zapatrzony był w jakiś punkt na przeciwległej ścianie. Teraz zrozumiałam, czemu tak bardzo mnie zauroczył. Jego platynowa grzywka idealnie opadała na planynowoniebieskie oczy. Miał bardzo jasną cerę i zaostrzone rysy twarzy. Wyglądał jak anioł w ludzkiej postaci. Mój anioł pomyślałam. Usłyszałam ciche chrząknięcie i wyrwałam się z letargu. Musiałam dość długo mu się przyglądać. Natychmiast spłonęłam rumieńcem i spuściłam wzrok.
-Aż tak przystojny jestem?-zapytał z kpiącym uśmieszkiem, który w pewnym stopniu także mi się podobał. Poczułam, jakby do moich policzków przyłożono dwa rozgrzane węgle.
-Szlama się skrępowała.-zaśmiał się. Zrobiło mi się przykro, i zarazem wściekłam się. Emocje wzięły nade mną górę i nim Draco zdążył cokolwiek zrobić leżał już za chłodnej posadzce skrępowany grubymi, niewidzialnymi linami.
-Co Ty wyprawiasz Szlamo, puść mnie!-zaczął się wyrywać, ale mnie to już nie obchodziło. Chciałam mu udowodnić, że w niczym nie różni się ode mnie.Chciałam żeby zrozumiał, iż mimo, że jesteśmy z dwóch innych światów, jesteśmy tacy sami. Przetransmutowałam jedną z moich wsuwek do włosów w ostry nóż. Z kamiennym wyrazem twarzy patrzyłam jak oczy blondyna opanowuje strach. Na drżących nogach podeszłam i chwyciłam jego rękę i tak z zimną krwią rozcięłam ją. Chłopak syknął z bólu, a z rany wypłynęła szkarłatna posoka. Teraz ja wyciągnęłam przed siebie trzęsącą się dłoń i ją zraniłam. Twarz Draco znów nie wyrażała żadnych emocji. Za to ja poczułam, jakby w moim wnętrzu właśnie wybuch jakiś wulkan.
-Widzisz?! Niczym się nie różnią.-krzyknęłam. Machnęłam energicznie różdżką i liny oplatające jego ciało zniknęły. Dzięki zaklęciu wyleczyłam także nasze rany. Draco nie odezwał się ani jednym słowem. Spokojnie wstał i podszedł do umywali, jednocześnie stając do mnie tyłem. Czułam jak pod moimi powiekami zbierają się łzy. Ślizgon spokojnie odkręcił kran i obmył ręce, dokładnie w tych samych miejscach w, których jeszcze chwilę temu spoczywały moje dłonie.
-Ty dupku.-szepnęłam i rzuciłam pod jego nogi czerwoną paczkę.-Nadal nie wierzę jak mogłam zakochać się w kimś takim.-odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z łazienki. Jeszcze nigdy w życiu nie zostałam tak bardzo upokorzona.  Znów znienawidziłam Dracona Malfoy'a, oraz z czystym sumieniem mogę przyznać, że od dziś także nienawidzę Mikołajek.

                                  *                                                 *                                     *




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz