sobota, 23 listopada 2013

Rozdział 22.

Stali naprzeciw siebie patrząc sobie głęboko w oczy. Jego stalowo-szare, niczym dwie góry lodowe. Nie wyrażające żadnych uczuć. Puste, jakby były martwe. Jej Bursztynowo-brązowe, niczym jedna z najdroższych Ognistych Whiskey, które młody Malfoy tak bardzo kocha. Ciepłe, pełne uczuć i wszelkich emocji. Zawsze żywe. Wesołe ogniki błyskały w nich jak latarnia wskazująca statkom drogę do portu.
-Już myślałem, że nie przyjdziesz.-wyszeptał chłopak przerywając ciszę panującą na Wieży Astronomicznej.
-I to był mój błąd.-odezwała się i nie czekając na jego odpowiedz puściła się biegiem w stronę zejścia. Zbiegła po kręconych schodach aż na sam dół i ruszyła pustym korytarzem w stronę pokoju Wspólnego Gryffindoru. Usłyszała szybkie kroki odbijające się echem po pustym korytarzu na siódmym piętrze. Jęknęła w duchu. Blondyn tak łatwo nie odpuści, to było wiadome. Poczuła lekkie szarpnięcie za nadgarstek i została odwrócona o 180 stopni.
-Czego Ty znowu chcesz?-spytała unikając jego spojrzenia.
-Porozmawiać.-odpowiedział i pociągnął ją w stronę drzwi, które pojawiły się jakby znikąd.  No tak Pokój Życzeń. Tym razem zamienił się w Wieże Astronomiczną. To jest ulubione miejsce Malfoy'a w całym zamku.
-O czym chcesz pogadać?-zapytała bez ceregieli nadal na niego nie patrząc.
-O nas.- odpowiedział i podszedł do barierki. Stąd był naprawdę piękny widok.
-Nie ma żadnych nas, więc z łaski swojej mnie stąd wypuść.-splotła ręce na piersiach.
-Nie zauważyłaś, że dzieje się coś dziwnego?-spytał nie zważając na odpowiedz dziewczyny. Nic na to nie odpowiedziała, więc kontynuował.
-Czuję co się dzieje z Tobą, kiedy jesteś smutna, wesoła, kiedy coś Cię trapi.-ona doskonale wiedziała o czym mówi. Przecież z nią było dokładnie tak samo. Może jeśli będą współpracować to uda im się zwalczyć to połączenie. Tylko, że zostaje jeszcze ta jej przeklęta duma, która nie pozwala na to, aby ona brała jakąkolwiek pomoc od Malfoy'a. Usłyszała, że śmieje się cicho. Spojrzała na niego.
-Znowu to samo. Ale wiesz co Granger? Ja wiem jak to odkręcić.-uśmiechnął się dumnie.
-Jak?-wyrwało jej się z ust.
-Trzeba wykonać pewien rytuał, tylko, że jesteś mi do tego potrzebna.-intensywnie się jej przypatrywał. Była naprawdę piękna. Szczupła, niziutka osóbka, ubrana w zwykłą białą bluzkę i czarne spodnie.Włosy spięte w luźnego warkocza delikatnie opadały na jej plecy. Porcelanowe policzki zdobiły malutkie piegi, pełne malinowe usta kusiły a dodatkowym jej atutem były oczy.
-Zgadzam się.-usłyszał odpowiedz na którą czekał. Uśmiechnął się do niej. Chciał pokazać się z jak najlepszej strony. Udowodnić, że naprawdę się zmienił. Pokazać, że nie jest już tym szczeniakiem, który wszystkich obrażał, wyzywał i nie miał litości.
Ona także wpatrywała się w jego postać. Musiała przyznać, że wyprzystojniał. Stał się mężczyzną w każdym tego słowa znaczeniu. Już dawno zmieniła o nim zdanie, tylko bała się o tym przyznać sama przed sobą. Przypomniało jej się kiedy to było.

Wspomnienie.
Biegła jednym z korytarzy. Nawet już nie pamiętała którym. Dawno już pozapominała wszystko. Trwała bitwa, nie miała czasu na rozmyślania o takich błahostkach. Musiała teraz załatwić eskortę aby wszystko poszło po myśli Artura Weasley'a. Fred musi przeżyć, a co się z tym wiąże ona także. Zewsząd słychać było wybuchy. Mury Hogwartu kruszyły się. Zaklęcia zniszczyły kompletnie wszystko. Czuła się teraz taka bezbronna. Ta wojna wyniszczała także ją. Skierowała się schodami w dół. Kazali odszukać jej Tonks albo Lupina. Pan Weasley mówił, że powinni być gdzieś w lochach. Zza rogu wyskoczył Rookwood mierząc w nią różdżką i pogwizdując cicho pod nosem. Nienawidziła go za to co zrobił Lunie. Co za chamski człowiek. Człowiek? On był potworem. Zebrała w sobie wszystkie siły i stanęła z nim do pojedynku. Zaklęcia śmigały wszędzie. Poczuła jak coś ciężkiego uderza ją w ramie. Była to wielka kryształowa kula, którą zrzuciła nauczycielka Wróżbiarstwa. Drugą oberwał Augustus i na chwil straci orientację. Wykorzystała sytuacje i pobiegła przed siebie. Usłyszała jeszcze tylko za sobą siarczyste przekleństwa śmierciożercy, ale nie zwracała na to uwagi. Zjawiła się w lochach i właśnie tam przeżyła szok. Martwe ciała Remusa i Nimfadory leżały przytulone do siebie niedaleko wejścia do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Nie umiała już powstrzymać łez. Wszystko zaczęło dziać się zbyt szybko. To wszystko zaczęło ją już przytłaczać. Usłyszała kroki gdzieś w pobliżu. Uciekła i schowała się w jednym z ocalałych schowków. Ten akurat był pusty. 
-Malfoy sprawdź tam, wydaje mi się, że coś słyszałem.-dobiegł ją czyiś głos. Wstrzymała powietrze i czekała na to co ma się stać. Drzwi do jej schowka otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Czuła jak z jej twarzy odpływają wszystkie kolory. Zrobiła się biała jak kartka papieru. Przed nią w całej okazałości stał Dracon Malfoy. Wyglądał strasznie. Cały w kurzu, z rozciętą wargą. Stróżka krwi płynęła po jego brodzie a resztki skapywały mocząc szaty. Widziała strach, który zagościł w jego oczach. Ściągnął maskę obojętności. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Otarł ją kciukiem a ona poczuła jak robi jej się gorąco. Chłopak chwycił jej twarz w dłonie i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Nie opierała się. Było to tak przyjemne doświadczenie. Przepiękna magiczna chwila. Taka jak opisywali to w mugolskich książkach. Motylki w brzuchu, mokre dłonie i przyjemne ciepło w okolicy serca. 
-Nie daj się zabić Granger.-cmoknął ją szybko w krwawiący policzek i zamknął drzwi do schowka. Ona osunęła się po chłodnej ścianie i przetwarzała wszystko od nowa.
Koniec wspomnienia.

-Dlaczego to zrobiłeś?-spytała, ale dopiero po chwili doszło do niej to, że on nie ma pojęcia o co jej chodziło. Uderzyła się ręką w czoło. Przez chwilę trwała cisza w której patrzyli prosto w swoje oczy. 
-Wtedy myślałem, że nie przeżyje do końca wieczoru. Tak jakoś wyszło.-odpowiedział. Do tego stopnia opanował legilimencje, że nie było dla niego problemem pogrzebać w umyśle Hermiony.
-Chciałem Cię jeszcze przeprosić. Wiem, że brzmi to cholernie głupio, ale ja naprawdę dużo zrozumiałem.-dodał. Zaskoczył ją tymi słowami. Teraz to już na pewno wiedziała, że się zmienił.
-I teraz tak po prostu mamy zacząć rozmawiać?-powolnym krokiem podeszła do barierki i oparła się o nią.
-Jeśli tylko zechcesz.-jego głos był spokojny i taki zmysłowy, że czuła jak po jej plecach przechodzi przyjemny dreszcz.
-Chcę.-wyszeptała i spojrzała na niego. W jego tęczówkach dostrzegła coś typu małej nadziei.
-Mogę Cię o coś poprosić?-zapytał a ona delikatnie skinęła głową.-Nie rób nic głupiego.-nie miała pojęcia o co mu chodzi, ale już po chwili się przekonała.Wszedł na barierkę i stanął na niej. Odwrócił się do niej przodem i patrzył prosto w jej oczy. Uśmiechał się tak pięknie. Był to najwspanialszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziała.
-Malfoy zejdź.-podeszła do niego odrobinę bliżej. Nie miała pojęcia co on może zrobić. Ten chłopak przecież jest nieobliczalny.
-Obiecałaś mi coś.-powiedziawszy to rzucił się w dół, tak jakby chciał położyć się na łóżko. Dziewczyna krzyknęła i czym prędzej podbiegła do barierki. Nie widziała go, pochłonęła go bezgraniczna ciemność. Po jej policzku popłynęła jedna samotna łza. Czyżby bała się o tego dupka? Możliwe, ale przecież mu tego nie powie.
 Sceneria zaczęła się natychmiastowo zmieniać. Zamiast Wieży Astronomicznej stała teraz w pokoju wypełnionym po brzegi poduszkami.
-Boisz się o mnie?-dobiegł ją rozbawiony głos tuż koło ucha. Mimowolnie zadrżała. Ta jego bliskość tak na nią działała.
-Wcale nie.-zaprzeczyła szybko.-Muszę już iść, wypuść mnie.-dodała.
-Dobranoc.-powiedział i wskazał jej drzwi. Sala znów zmieniła się w Wieżę Astronomiczną.
-Dobranoc Malfoy.-odpowiedziała i wyszła pozostawiając go w samotności.

                                           *                                   *                                          *

-Długo będziesz się jeszcze dąsał?- Bella była już naprawdę poirytowana. Teodor od dłuższego czasu chodził obrażony. Ile on ma lat żeby tak się zachowywać? Przecież to nie jej wina, że Luna z nim nie rozmawia. Ciągle się wkurza, bo twierdzi, że powinna mu pomóc.Ona bardzo chce mu pomóc ale on nie da sobie nic powiedzieć. Co za uparty człowiek.
-Może.-odburknął i zapalił kolejnego papierosa. W ogóle co za tupet nawet jej nie zaproponował aby się poczęstowała.
-Ty jesteś żałosny!-nie wytrzymała. Musiała porządnie nim wstrząsnąć, żeby się ogarnął. On celowo odsuwa od siebie innych. Chowa się za ta potworną skorupą, którą sam sobie stworzył. Powoli zaczyna odizolowywać się od świata.
-Ach tak? To się wynoś jak tak bardzo Ci przeszkadzam.-warknął nawet na nią nie spojrzawszy. Musiała przyznać, że zabolało. Chciała coś powiedzieć ale się powstrzymała. Czasami trzeba zamilknąć, aby zostać wysłuchanym. Podeszła powoli do niego i dotknęła dłonią jego policzka. Podniosła dumnie głowę i spojrzała w jego oczy. Były koloru zachmurzonego nieba. Tym razem, aż huczały od emocji. Wyrażały złość, bezsilność i pewien rodzaj pasji. Nie czekała dłużej. Pocałowała go a on odwzajemnił ten gest. Miał takie ciepłe usta. Miękkie, delikatne i kuszące. Zatracała się w nim. Wiedziała, że to jedyne wyjście aby zrozumiał. Wiedziała jakie emocje nim targają. Jednocześnie chciał ją odepchnąć i kochać się z nią. Była bardzo ciekawa, która część wygra. Już po chwili znała odpowiedz. Chłopak wziął ją na ręce i posadził na biurku z którego uprzednio zrzucił kałamarze, pióra i pergaminy. Oderwał się od niej, odgarnął kruczoczarne włosy z szyi i zaczął ją po niej całować. Ona zaczęła rozpinać guziki jego błękitnej koszuli. Po chwili górna część jego drogiego ubrania brutalnie została rzucona na podłogę.
-Jesteś tego pewna?-spytał między pocałunkami.
-Tak.-wyszeptała. To mu wystarczyło. Rzucił na pokój odpowiednie zaklęcia i przeniósł Anabelle na duże łóżko z butelkowozieloną pościelą, które należało do niego.

                                      *                                             *                                *



Za oknami zaczynało powoli się przejaśniać. Nastawał kolejny dzień. Terence leniwie przeciągnął się na kanapie, ale już niemal natychmiast tego pożałował. Kark bolał go niemiłosiernie. Całą noc spędził w Pokoju Wspólnym. Teodor rzucił na ich dormitorium jakieś zaklęcia przez co nie mógł się do niego dostać. Co on sobie w ogóle myślał? Przecież dzielą pokój razem. A tak po za tym to z Nottem ostatnio działo się coś dziwnego. Rano wychodził zanim Terence się obudził a wracał późną nocą, gdy już spał. Jedynie widywali się na zajęciach i niektórych posiłkach. Blondyn westchnął i potarł twarz dłońmi. Zaraz pójdzie i wygarnie mu to co o nim myśli. Teodor nie ma prawa wyczyniać takich rzeczy. Wstał i żwawym krokiem ruszył w stronę swojego dormitorium. Po chwili już tam był i głośno zapukał. Usłyszał zbliżające się kroki i drzwi otworzyły. Gdyby było to możliwe szczęka Bestii upadłaby teraz na posadzę z głośnych hukiem. W wejściu stanęła ciemnowłosa, naga dziewczyna. Owinięta była tylko w tą samą błękitną koszulę, którą Nott był wczoraj ubrany.
-Jest Teodor?-zdołał tylko wydukać. Jego zielone tęczówki błądziły po jej zgrabnym ciele.
-Jeszcze śpi.-odpowiedziała zgodnie z prawdą.
-Ja przyjdę kiedy indziej, cześć.-powiedział na odchodne i puścił się biegiem w stronę dormitorium Draco i Bleise'a. Bez pukania wtargnął do pomieszczenia. Ślizgoni właśnie grali w szachy czarodziejów. Nie zważając na ich pytające spojrzenie ruszył do barku, gdzie trzymali alkohole. Wyciągnął z niego szklaną butelkę Ognistej Whiskey i pociągnął z gwinta.
-Miło, że się rozgościłeś.-bąknął Zabini robiąc obrażoną minę. Terence poluzował krawat i westchnął.
-Co jest?-Draco wyglądał jakby ta cała sytuacja go bawiła.. Rzadko kiedy Smok był w tak dobrym nastroju. Tym razem przynajmniej wiadomo dlaczego.
-Rozumiecie, on przyprowadził jakąś dziewczynę do naszego dormitorium.-Higgs tępo wpatrywał się w jakiś punkt na podłodze.
-Kto?-spytał Diabeł składając szachy.
-Teodor.-odpowiedział ledwo dosłyszalnie.-On, który przez te wszystkie lata powtarzał nam, że nie można wykorzystywać kobiet, ten, który zawsze był taki spokojny. Teraz zabawia się z jakąś w moim pokoju.-dodał.
-Może w końcu przekonał się do Sophie.-Malfoy wzruszył ramionami.
-Nie, to nie ona. Chodźcie zobaczyć.-zachęcił ich gestem dłoni i już po chwili wszyscy trzej szli korytarzem w stronę pokoju Bestii i Notta.
-Patrzcie to ona! Idzie do Pokoju Wspólnego.-niemal wykrzyknął Terence za co oberwał w tył głowy.
-Zamknij się.-uciszyli go szeptem przyjaciele i podążyli wzrokiem za dziewczyną.
-Szczęściarz z niego.-skomentował Zabini. Draco pokręcił głową na znak zgody a Terence uderzył się ręką w czoło.

                                     *                                        *                                          *



Witajcie,
kolejny rozdział już jest! Chcę go zadedykować Dragon Eye, która zawsze przy mnie jest i sumiennie komentuje! Mam nadzieję, że troche wam wszystko objaśniłam.
~~ Pozdrawiam Mopsicaa. ;*


 

piątek, 15 listopada 2013

Rozdział 21.

Dni mijały. Nieubłaganie zbliżał się październik. Jesień wkroczyła na szkolne błonia szybciej, niż w zeszłym roku. Dyrektor McGonagall z bólem serca musiała przyznać, że w całym zamku nie ma już nic czym osoby mogłyby się zająć na szlabanach, więc na razie mają spokój.  Luna po bardzo wielu ważnych przemyśleniach, przeprosinach ze strony Rona i obietnicach, że teraz wszystko już będzie dobrze zgodziła się wrócić do niego. Tylko, że ona wątpiła w to, że cokolwiek się zmieni, a gdy dziewczyna zaczyna wątpić stopniowo przestaje kochać. Teodor wyleczył skaleczenia spowodowane atakiem trytona i ostatnimi czasy chodzi bardzo przygnębiony. Jego przeciwieństwem był Terence, który miał tak dobry humor, że ostatnio nawet przeprosił jakąś pierwszoroczną Puchonkę co było niedopuszczalne dla wychowanka domu Węża. Blaise zrozumiał zachowanie Draco i wybaczył mu ten cios w brzuch, lecz niestety kompletnie zapomniał o podejrzanej postaci szwendającej się po Błoniach późnym wieczorem. Harry wraz z Pansy potajemnie spotykali się w jakiś pustych klasach i długo rozmawiali lub robili inne ciekawsze rzeczy. Hermiona większość czasu spędzała w bibliotece zajęta poszukiwaniami jakichkolwiek informacji na temat połączeń między ludzkich. Wiele razy zdarzyło się, że Bestia musiał ją wyciągać stamtąd siłą. Ginny coraz częściej znikała i pojawiała się późnym wieczorem tłumacząc się jakimiś błahymi rzeczami, które Herm kompletnie zbagatelizowała. Sam Draco chodził nabzdyczony jak osa. Powodem tego była porażka w wyścigu mioteł. Nie dość, że musiał zafundować dwie skrzynki Ognistej jakiemuś pożal się Merlinowi Krukonowi, to na dodatek zmuszony był oddać swoją wejściówkę na tajną imprezę w Pokoju Życzeń. Do tego dochodziła jeszcze gorycz porażki, i kto był temu winny? Nic niewarty szmaciarz Weasley. Smok nadal nie mógł uwierzyć jak taka gnida mogła mieć przyjaciół a co dopiero dziewczynę. Ba! Aż trzy dziewczyny. Spokojnie, on coś wymyśli aby zemścić się na tej wszy.

*                                      *                                          *                                             *                            *

Teodor przechadzał się po opuszczonych korytarzach w zachodniej części zamku. Może nic nie byłoby w tym dziwnego gdyby nie fakt, że otwierał on każde drzwi po kolei jakby zawzięcie czegoś szukał.
-Ile jeszcze?-ponuro spytał samego siebie. Spędził tutaj już chyba pół soboty i z jego poszukiwań nic nie wyszło. Przeklinał w duchu samego siebie, że ma tak krótką pamięć. Powolnym krokiem ruszył na przód usilnie starając odtworzyć drogę do tego pokoju, którego aktualnie tak bardzo potrzebował.
-Teodor!-krzyknął ktoś za nim. Chłopak jęknął w duchu, bo dobrze wiedział kim ten głos jest i czego od niego chce. Tylko, że ona jest ostatnią osobą, którą on pragnie zobaczyć. Zatrzymał się, ale nie odwrócił.
-Czego chcesz?-warknął. Doskonale wiedział, że taki ton ją zniechęci, a on właśnie o to się starał. Przyśpieszyła kroku i zrównała się z nim.
-Wszystko dobrze?-Luna delikatnie się zmieszała.
-Oczywiście.-prychnął.
-Teodor...-zaczęła ale on jej przerwał.
-Nie mam ochoty z Tobą rozmawiać Lovegood.-mruknął i ruszył przed siebie, zostawiając osłupiałą dziewczynę w tyle. Wiedział, że zabolało ją to, ale nie mógł od nowa przechodzić tego wszystkiego. Potrzebuje oczyszczenia. Chodził tak długo aż w końcu znalazł to pomieszczenie, którego szukał przez prawie pół dnia. Wszedł do środka i chicho zamknął za sobą drzwi. Pokój był bardzo duży a w nim poustawiane były setki luster. Każde było takie same. Przechodził obok nich i zerkał na złote napisy widniejące na ramach.
-Nie, to też nie...-mruczał pod nosem. Może to dziwne ale poczuł wewnętrzną potrzebę wygadania się komuś. Ma przyjaciół, ale jest takim typem człowieka, że nie chciał sprawiać nikomu niepotrzebnego kłopotu. Draco zresztą też mu o niczym nie mówi.
-Tutaj jesteś, samotność.-powiedział na głos. Czasem nie mogli się zrozumieć, czasem pragnął tylko samotności. Tylko, że kiedy nie było jej przy nim, wszystko go w okół złościło. W odbiciu lustrzanym pojawiła się dziewczyna. Zupełnie inna od tej poprzedniej. Ta miała długie kruczoczarne włosy sięgające, aż do pasa, jasnoniebieskie oczy, tak przenikliwe, iż wydawało mu się że przeszywa go nimi na wskroś, rumiane policzki i pełne brzoskwiniowe usta. Była tak samo piękna jak i smutna.
-Cześć Teodorze.-przywitała się i usiadła na podłodze.
-Cześć.-odpowiedział i powtórzył jej czynność. Teraz siedzieli naprzeciw siebie i patrzyli sobie w oczy.
-Pomożesz mi, czy będziesz tak siedzieć?-spytał poirytowany. Obrócił się przez ramię i zdziwiony zauważył, że stare drzwi cały czas są na swoim miejscu. Dziewczyna pokręciła głową.
-Wyjdź za drzwi i poczekaj na mnie chwilę.-Teodor zmarszczył brwi ale bez żadnych pytań wykonał jej polecenie. Zdziwił się jeszcze bardziej kiedy po wyjściu na korytarz wcale się na nim nie znalazł.
-Co do..-zdążył tylko wydukać. Stał na małym pomoście nad jeziorem.
-Strasznie zimna woda.-dobiegł go głos za nim. Obrócił się i zobaczył tą samą dziewczynę tylko, że teraz nieudolnie starała  wyjść na brzeg.
-Skąd tu się wzięłaś?-Ślizgon otrząsnął się z szoku i poszedł jej pomóc.
-Można wyjść tutaj tylko przez lustro wody. Chyba rozumiesz o co mi chodzi?-skorzystała z jego pomocy. On niemrawo pokiwał głową.
-Mógłbyś mnie osuszyć?-zapytała a on ponownie jej pomógł. Osuszył jej mokry podkoszulek i szarek jeansy.
-Dziękuję.-uniosła lekko kąciki ust w górę a Teodor dziękował za to, że tym razem nie trafiło mu się odbicie rozchichotanej dziewuchy.
-Jak masz na imię?-spytał krótko, po prostu chciał wiedzieć.
-Annabelle jeśli chcesz możesz mówić mi Bella.-podała mu swoją dłoń, bardzo zimną dłoń.- A więc opowiedz mi o niej.-zagadnęła go idąc powolnym krokiem w stronę zamku.
-O kim?-spytał nie za bardzo rozumiejąc o co jej chodzi.
-O Lunie.-odpowiedziała i ukradkiem spojrzała na jego profil.
-Luna, ja chyba ją kocham.-mruknął tak aby grupka zaciekawionych piątoklasistek z Ravenclawu ich nie usłyszała.
-A więc co to za miłość skoro jej nie okazujesz?-spytała.
- Tak właśnie wygląda miłość nieegoistyczna. Cieszę się szczęściem ukochanej osoby mimo to, że nie jestem nim ja.-odpowiedział i tym razem to on spojrzał na czarnowłosą. Lekko drżała więc oddał jej swoją czarną bluzę, lecz to on teraz miał problem, bo na jego lewym ramieniu odsłonięty był mroczny znak, którego od zawsze się wstydził. Przycisnął mocno rękę do ciała.
-A od kiedy Ty nie jesteś egoistą?-uniosła do góry brwi.
-Od kiedy mój egoistyczny ojciec posłużył się mną jak żywą tarczą podczas bitwy.-ryknął a ona na chwilę zamilkła. Szli tak w milczeniu kompletnie zajęci swoimi myślami.
-Jak długo tu będziesz?-wypalił niespodziewanie.
-Mogę być tylko tydzień.- odpowiedziała i weszła do zamku gdzie dobiegły ją zaciekawione pary oczu osób stojących na korytarzu.

          *                                        *                                                  *                                         *


-Hermiono błagam, jestem głodny.-blond włosy chłopak jak zawsze marudził. On razem z Gryfonką spędził całe popołudnie w szkolnej bibliotece na szukaniu jakiś bzdur o połączeniach między ludzkich. Dziewczyna zawzięcie czytała jakiś artykuł, raz po raz marszcząc nosek.
-To idź już, dogonię Cię.-mruknęła zajęta czymś zupełnie innym, niż potrzeby fizjologiczne Terence'a.
-Na pewno?-zapytał wstając.
-Na pewno.-odpowiedziała.
-Zobaczymy się później?-pocałował ją w czubek głowy co wywołało zazdrosne spojrzenia grupy dziewcząt z Hufflepuffu.
-Wyślę Ci sowę.-podniosła na niego wzrok.
-No to czekam.-powiedział na odchodne i zniknął za jednym z regałów. Hermiona ponownie przeniosła tęczówki na drobne literki w książce. Bardzo ciekawi ją temat związany z uczuciami i ich więzami ale  kompletnie nie wie gdzie go znaleźć. Jest jeszcze możliwość zapytania o to Malfoy'a ale ta opcja to jest już ostateczność. Przecież nie pójdzie do tego dupka płaszczyć się o coś w czym sama sobie poradzi. A po za tym już znalazła kilka informacji, do tego doszły jeszcze informacje uzyskane od Bestii no i zebrało się całkiem sporo danych. Ogólnie to ostatnio wszystko ją zaczyna bez jakichkolwiek podstaw denerwować. Wczoraj nawet nakrzyczała na Terence'a za to, że nie posłodził jej herbaty, mimo, że nigdy tego nie robi. Nie ma pojęcia co się z nią zaczęło dziać. Taka nagła zmiana nastroju nie przychodzi sobie od tak. Może jednak z tym coś wspólnego ma Malfoy? On przecież zawsze chodzi wkurzony i jak tylko ma okazje warczy na kogo popadnie. Kilka dni wcześniej Bestia nawet jej coś o tym opowiadał ale jakoś nie miała ochoty słuchać o problemach tej fretki. Ona już faktycznie chyba zaczęła za dużo czytać, bo dostaje jakiejś chorej paranoi. Gwałtownie zamknęła książkę i przesunęła ją w odległy kąt stolika. Potarła dłonią zmęczoną twarz i westchnęła. Miała bardzo dziwne wrażenie, że ktoś ją obserwuje, ale już dawno biblioteka zaczęła się wyludniać, bo większość szkła na kolację. Faktycznie zrobiło się już późno, bo za oknami zapadał zmierzch. Pozbierała książki ze stolika i udała się porozkładać je na regały. Nie spieszyła się, bo wiedziała, że i tak nie zdąży na kolacje. Najwyżej wstąpi do kuchni po coś do jedzenia. Ostatnie tomiska musiała odłożyć na jedną z najwyższych półek. Ostrożnie wspięła się na drabinę i zaczęła je odkładać.Gdy już skończyła jej uwagę przykuła złota księga, którą widziała tutaj po raz pierwszy. Zmarszczyła brwi i sięgnęła po nią. Otworzyła tom, który okazał się być jakimś poradnikiem uprawy roślin. Przewróciła na kolejną stronę i z pomiędzy stron wypadła mała kartka, która od razu poszybowała na podłogę biblioteki. Gryfonka czym prędzej pognała po drabinie na dół i podniosła z podłogi pergamin. Zaczęła czytać.
Nie zaglądaj do książki naprzeciwko Ciebie, Granger.
Zdziwiona uniosła brwi do góry. Skąd ktoś mógł wiedzieć, że akurat otworzy tą książkę? No i teraz została jeszcze sprawa tomu z półki przed nią. Była to Historia Hogwartu, jej ulubiona książka. Zagryzła lekko wargę i rozejrzała się dookoła jakby robiła coś złego. Upewniona, że nikogo tu nie ma sięgnęła po książkę. Na pierwszej stronie przyklejona była kolejna kartka.
Skoro już to czytasz, to zapraszam Cię dzisiaj o 19:00 na Wieżę Astronomiczną.
Wstrzymała oddech i drżącymi rękoma odłożyła egzemplarz. Ta cała sytuacja jest więcej niż dziwna. Długo się nie zastanawiając złapała swoją torbę i wybiegła z biblioteki.

*                                         *                                                   *                                       *


Było kilka minut przed 19:00. Hermiona skradała się opustoszałymi korytarzami Hogwartu. Zwykła ludzka ciekawość zwyciężyła nad rozsądkiem jednej z najinteligentniejszych uczennic Hogwartu od czasu samej Roweny Ravenclaw. Tak bardzo chciała się dowiedzieć kto zostawił jej te listy w książkach, że nie zważała nawet na to, że jeżeli zostanie złapana to mogą wyrzucić ją ze szkoły. Była coraz bliżej Wieży Astronomicznej kiedy zatrzymała się koło jednej zbroi stojącej przy oknie. Niby jedna nic niewarta rzecz a wiąże się z nią wspaniałe wspomnienie.
-Wspaniałe.-prychnęła cicho niemal wypluwając to słowo. Spojrzała ostatni raz w stronę okna i weszła po schodach na górę. Ukryła się za półką z teleskopami i przebiegła spojrzeniem po wieży.
Stał nonszalancko opierając się o barierkę. Jego blond grzywka targana była przez wiatr a oczy utkwione w odległy koniec horyzontu nie poruszały się. Na zazwyczaj blade policzki wpełzł rumieniec dodając mu uroku. Granatowe niebo obsypane było miliardem odległych gwiazd a księżyc wydawał się być dziś większy niż zawsze. Jasnawa poświta była tutaj jedynym źródłem światła. Wszystko wyglądało tak pięknie.
-Nie chowaj się, i tak Cię widzę.-dobiegł ją jego głos. Poczuła jak coś nieprzyjemnie opada na dno jej żołądka. Przełknęła ślinę i wyszła z ukrycia chcąc stawić czoła tym jego magnetycznym niebieskim oczom.

*                                                           *                                                               *



                                                       Annabelle- dziewczyna z lustra.


Witajcie,
jest nowy rozdział, byłby wczoraj ale musiałam jeszcze go troszeczkę poprawić. W następnym rozdziale pojawi się wiele wyjaśnień, więc zachęcam do wyczekiwania. Mam nadzieję, że zostawicie po sobie jakiś komentarz :)

~~ Pozdrawiam Mopsicaa ;**

sobota, 9 listopada 2013

Rozdział 20.

PERSPEKTYWA LUNY.

Poczuła, że zsuwa się z miotły. Próbowała jeszcze złapać się czegokolwiek ale to było na nic. Osunęła się  w ciemność, która zaczęła ją pochłaniać. Spadała. Mroźny wiatr targał jej blond włosami przysłaniając  oczy. Wydawało jej się jakby była za ogromną szybą. Głosy tłumu powoli cichły, jakby dobiegały gdzieś z oddali. Łzy płynące po jej porcelanowych policzkach spływały gdzieś w przestrzeń. Przez jej głowę zaczęły przewijać się projekcje najróżniejszych wspomnień.
Wielki wybuch. Mała blond włosa dziewczynka wbiegła do pokoju w którym unosiły się kłęby czarnego dymu. Podeszła bliżej i zauważyła ciało swojej rodzicielki uśmiechającej się do niej po raz ostatni.
Jedenastoletnia niebieskooka dziewczynka weszła właśnie do Wielkiej Sali w  której panował ogólny gwar. Stanęła na podwyższeniu i czekała  na swoją kolej. Kiedy starsza kobieta wyglądająca na surową wypowiedziała jej nazwisko ona na drżących nogach podeszła do stołka i usiadła na nim. Stara tiara musnęła czubek jej głowy i krzyknęła tylko jedno słowo; Ravenclaw.
Pokój Życzeń, który aktualnie był salą do pojedynków. Tym razem nastoletnia Krukonka biegająca wśród srebrnych patronusów; królika i jelenia. Śmiech jej najlepszego i wtedy jeszcze jedynego przyjaciela Harry'ego na którym mogła i może do teraz polegać.
Uśmiechnięta blondynka biegła w stronę lochów  w połyskującej sukience. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak dziwnie wtedy musiała wyglądać. Na drugim końcu korytarza czekał już na nią młodzieniec w eleganckiej szacie wyjściowej. Ogień pochodni wiszących na ścianach odbijał się w okrągłych szkłach jego okularów. Tak, właśnie z Harrym wybierała się na bal u Slughorna.
Lochy w Malfoy Mayor. Straszne miejsce, które do końca życia będzie źle wspominać. Nie zdawała sobie wcześniej sprawy jak w jednym miejscu może być tyle rozpaczy, smutku i cierpienia. Dokładnie pamięta każdą klątwę Cruciatus, którą została potraktowana. Jedynym wsparciem w tamtych chwilach był dla niej Teodor, który przynosił jej posiłki i zimne okłady po torturach.
Bitwa o Hogwart. Tysiące kolorowych zaklęć śmigających jej nad głową. Krwiożerczy bój o życie. Martwe ciała śmierciożerców, aurorów, osób które znała. I jakby znikąd pojawiła się Bellatrix Lestrange. Silny ból. Czuła jak całe jej wnętrze płonie. Szyderczy śmiech śmierciożerczyni. Opadała z sił, była na wykończeniu. Nagle wszystko ustało. Usłyszała odgłos upadającego ciała tuż obok siebie. Potem była już tylko ciemność, zupełnie tak jak teraz.
Kolejny rok szkolny, który obiecała sobie przeżyć bez jakichkolwiek niebezpieczeństw. A teraz? Teraz spada w dół, wprost do lodowatego jeziora. Jest już coraz bliżej. Zamknęła powieki i przygotowała się do zderzenia z spokojną taflą wody. Zaczerpnęła ostatni haust powietrza. Zanurzyła się. Przez jej ciało przeszedł ból wbijanych w ciało niewidzialnych żyletek lodowatej wody. Rozgrzane usta przestają oddychać, czują moment utraty tchu. Mało kto wiedział o tym, że nie umie pływać. Mokre ubrania ciągnęły ją coraz głębiej a ona z bezsilności poddała się temu bez jakiejkolwiek walki o życie.


*         *      *      *         *        *        *        *         *          *        *         *    *       *     *    *     *      *

PERSPEKTYWA TEODORA
.
Widział wszystko.  Każdy ruch tego Rudego Biedaka. Obserwował jak uderza w każdego koło którego przeleciał, aż trafił na lepszego od siebie. Wiedział, że Terence się nie da. Jak zawsze miał racje. No i wtedy to się stało. Ona zsunęła się z tej cholernej miotły i spadła. To była tylko chwila, nie zawahał się ani przez moment. Oderwał swojego Nimbusa od ziemi i poszybował w stronę spadającej blondynki. Przysiągł sobie w duchu, że zemści się na tej rudej Wszy. Popamięta go do końca życia. Ale teraz to nie ważne. On musi zdążyć zanim ona wpadnie do wody, bo wtedy może być o wiele gorzej. Był już tak blisko. Widział  jej twarz, która była nad wyraz spokojna. Taka jak u porcelanowej laleczki w kolekcji jego matki. Kobiety tak bardzo podobnej do Luny. Wyciągnął dłoń aby ją chwycić. Poczuł pod palcami muścięcie materiału jej kurteczki. Za późno. Za nużyła się a on nie zdążył.
-Nott czekaj!-usłyszał głos Draco.-Oddaj miotłę.-podleciał bliżej a na Nimbusa wskoczyła Astoria. Przełknął ślinę, nabrał powietrza do płuc i wkroczył w głębiny jeziora. Gwałtownie otworzył oczy ale nie widział nic. Wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni i zapalił ją. Ujrzał ją opadającą na dno. Zaczął płynąć w jej stronę. Wiedział, że w tej grze liczy się każda sekunda. Była coraz dalej. Przedzierał się przez wodorosty, których wszędzie było pełno. Co jakiś czas strącał ze swojej nogi druzgotka, który się o nią zahaczał. Pierwszy raz był tak głęboko. Tu faktycznie było strasznie. Nie dziwi się Fleur, że zrezygnowała z tego zadania w turnieju. Wreszcie był na tyle blisko , że złapał ją za rękę, taką delikatną w dotyku i zaczął ciągnąć w stronę powierzchni. Powoli zaczynało brakować już mu tchu ale się nie podda, nie może. Zrobi to dla niej, musi przeżyć.


*   *     *      *        *      *      *      *     *      *         *       *     *        *     *       *

PERSPEKTYWA HERMIONY.


-Terence zatrzymaj się!-krzyczała przez pryzmat emocji, które ją opanowały. Złość, bezsilność, smutek.
-Leć za nią.-szarpnęła go za ramię, ale on nic nie zrobił. Spokojnym głosem odparł tylko coś o tym, że jest już za późno. Gorące łzy spłynęły jej po policzkach. Poczuła niepohamowaną wściekłość. Jak Ronald mógł się tak  zachować? Skończony dupek. Wydawało jej się, że on w ogóle nie zauważył, że Luny nie ma z nim. Wtuliła się mocniej w plecy Terence'a i pozwoliła łzom moczyć jego kurtkę. Obniżyli lot. Teraz doskonale widziała twarze ludzi tworzących na błoniach dość spory tłum. Zdwało jej się że musieli widzieć co się stało, bo panowała dość dziwna cisza. Proporce, flagi i wielkie, podświetlane balony z godłami domów Hogwartu zostały usunięte z widoku. Wylądowali. Na drżących nogach osunęła się w mokrą trawę. Poczuła na ramieniu ciepłą dłoń Terence'a. Pomógł jej się podnieść i odprowadził w stronę ławki na której siedziała Ginny. Przysiadła się obok i wtuliła w przyjaciółkę. Ruda też wyglądała nieswojo. Miała chorobliwie białą twarz i czerwone oczy, zapewne też płakała.
-Widziałam jak wpadła do jeziora.-odezwała się po chwili bardzo cichym głosem. Hermiona otarła ręką łzę z lewego policzka.
-Polecieliśmy tam z Zabinim, ale Malfoy kazał nam się wycofać.-dodała. Na te słowa brunetka lekko się uspokoiła. Może to było dziwne ale poczuła się spokojnie na wieść o tym, że Draco tam jest. On zawsze jest opanowany i wie co robić.
-Będzie dobrze.-wyszeptała, jakby chcąc przekonać samą siebie. Wiewiórka pokiwała lekko głową na znak zgody. Potem siedziały już w kompletnej ciszy czekając na jakieś informacje. Mijały sekundy, minuty ale nadal nikt nie przychodził. Cierpliwie czekały. Wątpliwości narastały z każdym powiewem chłodnego wiatru. No i w końcy po długich minutach niepewności zauważyły sylwetkę idącą w ich kierunku. Była to Pansy.
-Nic jej nie będzie.-te kilka słów sprawiło że Hermionie i Ginny kamień spadł z serca. Momentalnie wstały i nie panując nad emocjami rzuciły się na Czarną ściskając ją. Ślizgonkę zamurowało. Nawet ich nie odepchnęła. Szlama i Zdrajczyni krwi przytulają się do niej a ona nic. Ironia losu. Ale czy to ma teraz jakieś znaczenie. Harry też nie jest czystej krwi a pokochała go jeszcze mocniej niż kiedykolwiek Draco.
-Co mi tam.-pomyślała i odwzajemniła uścisk.
 

 *       *           *          *    *


-Rozejść się, ROZEJŚĆ SIĘ, kurwa nie rozumiecie co to znaczy?!-Zabini chodził między ludźmi, którzy mieli taką czelność i jeszcze zostali zaciekawieni  całą sytuacją. Dało się usłyszeć cichy pomruk niezadowolenia, ale wystarczyło jedno groźne spojrzenie bruneta i wszystko ucichło. Grupa posłusznie się rozeszła a Ślizgon ruszył w stronę szatni na boisku do Quiditcha. Właśnie tam, mięli się zebrać i wszystko wyjaśnić. Lovegood wcale nie jest w takim ciężkim stanie, gorzej jest z Teodorem, którego w ostatnim momencie zaatakował jakiś tryton mieszkający w jeziorze. Wieprzlej powinien dziękować Merlinowi, że nic jej nie jest bo wtedy miałby przesrane. On zawsze musi wszystko popsuć. Ma manie na punkcie bycia najlepszym, ale i tak zawsze jest najgorszy. Zwolnił zauważając pewną postać sunącą bezszelestnie po błoniach. Ubrana w czarną pelerynę z kapturem zarzuconym na głowę szybkim krokiem zmierzała w stronę Bijącej Wierzby. Brunet zatrzymał się. Owy osobnik rozejrzał się w około i zniknął między konarami drzewa, najwyraźniej nie zauważając Blaise'a. Chłopak zmarszczył brwi i popatrzył na okrągły księżyc wyłaniający się zza chmur. Cała ta sytuacja wydawała mu się podejrzana. Obejrzał się jeszcze za siebie i bez słowa ruszył na boisko. Po kilku minutach marszu był już w szatni Ślizgonów. Popatrzył po twarzach osób zgromadzonych tam. Momentalnie rozszerzyły mu się źrenice, szczęka zacisnęła się a pięści przygotowały się do ataku. Jak on nienawidzi takich fałszywych  gnid jaką jest Biedak Weasley. Ta ruda szuja siedziała obok Lovegood całując jej dłoń. Przecież ona na pierwszy rzut oka nie ma ochoty  nawet na niego patrzeć a co dopiero chcieć być przez niego dotykana. W pomieszczeniu panowała nienaturalna cisza. Atmosfera była tak gęsta, że można by kroić ją nożem. Blaise mierzył Rona zabójczym spojrzeniem co najwyraźniej zauważył Draco i podszedł do przyjaciela ciągnąc go kilka kroków w tył. Wszyscy z nieodgadnionymi wyrazami twarzy obserwowali Ślizgonów.
-Zostaw mnie.-powiedział chłodno brunet.
-Jak Cię zostawię, to go zabijesz.-odparł Malfoy spokojnym głosem. Natomiast Ronald gwałtownie podniósł się z miejsca i wyzywająco spojrzał im w oczy. Tego było już za wiele dla zwykle opanowanego Blaise'a. Podwinął rękawy ukazując swoje umięśnione ręce i ruszył w stronę Gryfona, lecz coś go powstrzymało. To coś a raczej ten ktoś to był Draco, która złapał go za ramiona i powstrzymał od rzucenia się na Rona.
-Masz mnie kurwa puścić rozumiesz?-Diabeł zaczął się szarpać. Blondyn z wielkim żalem w sercu zamachnął się ile sił i uderzył przyjaciela w brzuch. Żeńska część widowni pisnęła a sam Zabini osunął się na kolana sycząc z bólu.
-Musiałem.-Draco wzruszył ramionami i zostawiając przyjaciela usiadł na ławce.

 *        *          *        *        *


Witajcie,
No to mamy nowy rozdział z dedykacją dla Tenczy i Pauli. Dziękuję wam kochane, że jesteście ze mną ;*  Osoby, które czytają jeszcze mój blog proszę również o ujawnienie się. Zostawiajcie pamiątki w postaci komentarza, ponieważ sprawia mi to ogromną radość i dokarmia wenę. A chyba nie chcecie aby była głodna prawda? :3
~Pozdrawiam Mopsicaa ;*

środa, 6 listopada 2013

Rozdział 19.

-Jaką masz odpowiedź w drugim?-zapytał przeczesując swoją swoją blond grzywkę.
-Skrzeloziele.-mruknęła i zamknęła książkę.
-Dzięki.-Ślizgon również zamknął podręcznik i zwinął pergamin w rulonik.
-Terence, mogę Cię o coś zapytać?-spojrzała na niego niepewnie.
-Jasne Hermiono.-uśmiechnął się promiennie. Między nim a Gryfonką wszystko znów wróciło do normy.  Teraz właśnie siedział u niej w dormitorium i spoglądał w te śliczne, bursztynowe oczy których jest posiadaczką.
-Wiesz, ostatnio zastanawiałam się czy jest jakaś możliwość aby być z kimś powiązanym uczuciami, myślami i tak dalej, co o tym myślisz?-oparła głowę na lewej ręce.
-Czasami zdarzały się takie przypadki, ale osoby te musiały być ze sobą złączone więzami krwi.-odpowiedział i oparł się plecami o czerwoną kanapę.
-To znaczy?-bardzo ją to interesowało.
-To znaczy, że te osoby musiały w jakiś sposób  zmieszać swoją krew. Mogły też zrobić to nieświadomie, czasami nawet mogą o tym nie wiedzieć. A co Cię to tak interesuje co?-lekko szturchnął ją w ramie co wywołało cichy chichot z jej strony.
-Bo to ciekawy rodzaj magii.- odpowiedziała tajemniczo.-Idziemy na Błonia?-dodała patrząc na niego z miną małego szczeniaczka.
-No nie wiem.-droczył się z nią.
-No Terence no.-dźgła go palcem w ramię.
-No dobra, chodź mała.-wstał i wyciągnął w jej stronę dłoń.
-Idę Olbrzymie.-nie skorzystała z jego oferty pomocy i wstała sama. Nie oglądając się za nim ruszyła do drzwi. Usłyszała chrząknięcie. Odwróciła głowę i zauważyła, że Bestia trzyma w dłoni jej różdżkę.
-Zapominalska.-podszedł do niej i podał jej przedmiot. Zaproponował dziewczynie swoje ramię, które bez wahania ujęła. Otworzył przed nimi drzwi i wyszli kierując się do wyjścia z zamku.

*            *               *

-Ładna dziś pogoda, nie tak jak Ty, Draco.-nabijał się z niego Zabini. Niedzielne popołudnie spędzali razem wygrzewając się na błoniach pod ich ulubionym drzewem.
-Biorę z Ciebie przykład, Diable.-odbił piłeczkę blondyn.
-Ej, szybko patrz tam.-wykrzyknął z entuzjazmem Zab.
-Po pierwsze na ej reaguje gej, a po za tym co znowu?-blondyn spojrzał leniwie na przeciwległy brzeg jeziora. Ciężko było mu cokolwiek tam zobaczyć, bo słońce odbijało się od gładkiej tafli wody tworząc przy tym złotawą poświte.
-No i co Ty tam widzisz takiego?-zmrużył oczy i przyłożył ręke do czoła robiąc nad oczami mały daszek tak aby móc cokolwiek ujrzeć.
-No jak co, Granger i Terena!-wskazał palcem na dwie postaci biegające po polance.
-Skąd masz pewność, że to oni?-blondyn uniósł lewą brew do góry. 
-Chcesz się przekonać?-zapytał brunet wyciągając z kieszeni różdżkę.
-Diable wpadł mi do głowy idealny plan, chodź!-wykrzyknął rozradowany zrywając się z miejsca. Blaise spojrzał na niego jak na idiotę. Westchnął głęboko ale podniósł z ziemi swoje arystokratyczne pośladki i pognał za Draco, który biegł w stronę Hogwartu z zawrotną prędkością. Jedno dobre, że nie wiedział co ten blondyn wymyślił.

*              *              *

-Nott?-dobiegł go cichy głos Pansy, która siedziała na parapecie w jednym ze szkolnych korytarzy.
-Pan, co tu robisz?-spytał zaskoczony, nie spodziewał się jej tutaj.
-Mogłabym spytać Cię o to samo. Dziwne że chodzisz samotnie po korytarzach, które już dawno są zapomniane.-spojrzała na niego podejrzliwie zeskakując z siedziska.
-Czasami trzeba pobyć samemu.-jego głos stał się chłodny a twarz nie wyrażała nic.
-Uważaj, bo Ci uwierzę, i nie zachowuj się tak.-założyła ręce na piersiach.:
-Tak czyli jak?-spytał.
-Jakbyś był twoim ojcem.-uraziła go tym. Nikt, absolutnie nikt nie miał prawa porównywać go do jego ojca. Wiedziała, że nie powinna tego mówić. Odrobinę przegięła. Widziała jak w oczach Teodora coś się zmienia. Obojętność zastąpił smutek. Zrobiło mu się przykro, że inni postrzegają  go w taki sposób.
-Przepraszam.-wydukała spuszczając głowę na dół. Nie usłyszała nic prócz szybkich kroków Notta, który ruszył biegiem w przeciwnym kierunku korytarza. Biegł, biegł, biegł tak długo aż zabrakło mu sił. Przypomniały mu się ostatnie słowa, które usłyszał z ust swojego ojca. Przystanął i otworzył drzwi przed którymi się zatrzymał. Wszedł do środka i ujrzał setki a może tysiące luster. Każde było takie same. Duże lustra w złotych ramach. Podszedł do jednego  i odczytał napis zapisany runami.
-Potrzeba, och cóż to za głupota.-pokręcił głową na boki i już chciał odejść kiedy w odbiciu zauważył piękną dziewczynę. Miała białą jak kreda karnację, ciemne jak węgiel oczy i krótkie włosy w kolorze wiśni.  Przyłożyła dłoń do szkła po drugiej stronie.
-Witaj Teodorze.-przywitała się łagodnie.
-Skąd wiesz jak mam na imię?.-warknął i odruchowo cofnął się krok do tyłu. W odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.
-Wiem o Tobie wszystko.-dodała.
-Ja stąd wychodzę.-oznajmił i ruszył do wyjścia, którego już nie było. Zaczął biegać między setkami szkieł, lecz nie znalazł drzwi. Wrócił do dziewczyny, która śmiała się, najwyraźniej z niego.
-Wypuść mnie!-krzyknął.
-Sam musisz to zrobić.-odpowiedziała.
-Jak? Do jasnej cholery tu nie ma drzwi.-usiadł na podłodze przed lustrem a dziewczyna powtórzyła jego czynność.
-Spokojnie pojawią się jeśli się oczyścisz.-rzekła tajemniczo. Chłopak tylko prychnął.
-Więc czego potrzebujesz?-kontynuowała niezrażona.
-Niczego nie potrzebuję.-oczywiście, że kłamał. Potrzebował i to bardzo. Jednego jej uśmiechu, cichego szeptu, dotyku,  spojrzenia i tego szczerego śmiechu.  Prosto w siebie zapatrzeni, tak blisko siebie a jednak tak daleko. To nie uda się, bo kiedy nie ma w nich miłości to i w sercu czegoś brak. Zawsze liczył, że znajdą drogę, która ich poprowadzi. Przechodząc na korytarzach obojętnie, w duchu prosił Merlina aby mógł  tak po prostu do niej podejść i pocałować na środku korytarza nie martwiąc się o to co będzie później.  Jej blask, Jego gniew, Jej strach, Jego odwaga.
Dłoń w dłoń, przed siebie, wszystko czego dzisiaj chciał. Tylko, że on chciał więcej niż ona na razie mogła mu dać.
-Egoista.-usłyszał cichy głos.
-Nie masz prawa wdzierać się do mojego umysłu.-warknął.
-Sam mnie do niego zaprosiłeś wypowiadając na głos napis widniejący na ramie.-uśmiechnęła się promiennie i wskazała runy obok siebie.
-Więc jak mam stąd się wydostać?-zapytał z nadzieją w głosie.
-Wystarczy, że powiesz na głos co jest twoją potrzebą a pojawią się drzwi.-znów ten ciepły uśmiech z jej strony, za co miał ochotę stłuc ten badziew.
-Moją potrzebą jest Luna Lovegood starczy?-bąknął poirytowany.
-Żegnaj Teodorze.-dziewczyna pokiwała mu i rozpłynęła się całkowicie znikając z odbicia. Obrócił się w tył i zobaczył stare drewniane drzwi. Dłużej się nie zastanawiając ruszył do nich i wyszedł.
-Co jest grane?-zdziwił się widząc, że znajduje się na korytarzu prowadzącym do pokoju życzeń.
-Kocham Cię.-usłyszał gdzieś z oddali męski głos.
-Ja Ciebie też.-usłyszał kobiecy szept. Jej szept. Podszedł cicho do końca korytarza i wychylił się zza róg. Kolejna rysa na krysztale jakim było jego serce. Ona, jego Luna i Rudy Wiewiór całujący się koło jakiejś zbroi.

*                  *                     *

-Naprawdę sądzisz, że Potter się zgodzi?-zapytał Zabini przyjaciela.
-Masz do tego jakieś wątpliwości?-blondyn uniósł jedną brew do góry.
-Mam, i jeśli się sprawdzą to zamknę Cię w tym schowku na tydzień.-brunet zmrużył gniewnie oczy i zabił pająka który chodził mu po ręce.
-Spokojnie, mam na dzisiaj inne plany.-Draco uśmiechnął się jak mały chłopczyk któremu mama obiecała kupić czekoladową żabę.
-Cicho, słyszę kroki.-obaj zamilkli i wsłuchiwali się w odgłosy za drzwiami.
-Trzy, dwa, jeden.-szepnął Draco i obaj w tej samej chwili wychylili się i złapali nic nie świadomego chłopaka.
-Potter?-szepnął Zab.
-Zabini?-odezwał się nowo przybyły.
-Nie, Święty Mikołaj.-prychnął brunet.
-Słuchaj Potter, mam dla Ciebie ciekawą propozycję.-szepnął Smok.
-Jaką?-zainteresował się  Wybraniec.
-McCnotka dała nam tę niedzielę wolną, więc co powiesz na małą rozrywkę?-Zabini odnalazł jakąś starą lampę naftową i zapalił ją.
-Do rzeczy.-ponaglał ich zielonooki.
-Wyścigi na miotłach.-wyjaśnił w końcu blondyn. Patrzył jak blask ognia odbija się w okularach Złotego Chłopca. Nastąpiła chwila ciszy po której Harry zabrał głos.
-Jak to ma wyglądać?
-Każdy kto chce się ścigać musi mieć swoją miotłę i dziewczynę, która z nim poleci, robimy kilka rundek wokół jeziora.-wytłumaczył Draco. W oczach Gryfona zabłysły ogniki, których nie można było rozszyfrować.
-Zgoda, pod warunkiem, że nic się nie wyda.-powiedział.
-Spoko, tylko zbierz kilku ludzi.-Zabini głośno kichnął co spowodowało zgaśnięcie lampy. Malfoy westchnął.
-Dobra, dzisiaj o 19;00 koło jeziora?.-zapytał Harry.
-Będziemy czekać.-odpowiedział blond-włosy Ślizgon i razem z Blaisem wyszli na korytarz.

*                      *                 *                *

-Ron co dzisiaj robisz?-zapytał Harry opadając na kanapę w Pokoju Wspólnym.
-Chyba nic a co?-przyjaciel spojrzał na niego i potężnie ziewnął.
-W takim razie bierz Lunę i o 18;45 czekajcie pod portretem. Spytajcie Ginny, Cho i Herm czy też chcą iść na spacer.-Wybraniec spróbował małego podstępu.
-No jak chcesz, my z Luną będziemy na pewno.-uśmiechnął się krzywo Ronald.
-To dobrze, muszę już iść, nara.-Potter klepnął przyjaciela w ramie i poszedł do dormitorium. Ron po dłuższej chwili również wstał i podszedł do schodów po lewej stronie.
-Ginny!-krzyknął na cały głos. Już po kilku sekundach usłyszał trzask drzwi i tupot kroków.
-Czego?-na samej górze schodów pojawiła się niska, ruda osóbka.
-Weź Mionkę i pogadajmy.-powiedział. Ginny cofnęła się do dormitorium i chwile później wróciła z Hermioną. Podeszli do kanapy i usiedli na niej.
-Harry wymyślił jakąś niespodziankę dla nas na wieczór, kazał was zaprosić.-opowiedział im. Hermiona zmarszczyła brwi. Nie pamiętała sytuacji w której Harry z własnej inicjatywy by coś wymyślił, a tym bardziej przyjacielski wypad.
-Kiedy?-uprzedziła ją z pytaniem Ginn.
-Dzisiaj około 19;00.-powiedział.
-W sumie ja mogę iść.-odezwała się Hermiona. W końcu będą mogli spędzić razem trochę czasu, tak jak za dawnych lat.
-Ja też idę.-zawołała wesoło Wiewiórka. Niespodziewanie pojawił się Harry i stanął obok kanapy na której siedzieli.
-To super, ubierzcie się ciepło i wygodnie, bo idziemy nad jezioro.-poinformował.
-Okej, chodź Mionka.-Ruda złapała brunetkę za rękę i pociągnęła w stronę schodów.
-Bądźcie punktualnie o 18;50 pod portretem.-zawołał jeszcze za nimi Wybraniec.-A Ty Stary przygotuj się na lot miotłą.-zwrócił się do Rona, który zdążył już zająć się jedzeniem fasolek wszystkich smaków, co jakiś czas krzywiąc się nieznacznie.
-Harry co Ty kombinujesz?-wyciągnął do niego dłoń w której trzymał opakowanie z chęcią poczęstowania go, lecz ten odmówił. Wybraniec westchnął i opadł na kanapę obok przyjaciela.
-Nie powiesz dziewczynom?-zapytał ostrożnie. Niemrawe kiwnięcie głową co miało oznaczać zaprzeczenie.-Umówiłem nas do wyścigów mioteł.-zagryzł nerwowo wargę. Ron w pewnej chwili wyglądał jak spertyfikowany. Jego usta uformowały się w mały okrąg a twarz przybrała nienaturalny odcień bieli. Piegi zdobiące jego policzki zdawały się wyglądać na ciemniejsze niż zazwyczaj. 
-To jest nielegalne.-wymamrotał.
-Wiem ale to może być ciekawy wyścig.-Ogólny pomysł, który usłyszał od Malfoy'a wydawał mu się być bardzo ciekawy. Podkręcał go sam fakt, iż może wygrać te zawody. Miał przecież Błyskawicę, czyli jedną z najszybszych mioteł dotychczas stworzonych przez firmy miotlarskie. No i w grę wchodził jeszcze lot z Pansy.
-Kto organizuje te zawody?-przez pryzmat jego myśli przedarł się głos Ronalda. Harry wzruszył ramionami. Nie powie mu przecież, że to Zabini i Malfoy, bo się nie zgodzi.
-No dobra pójdę a na jakich zasadach to jest?-zapytał.
-Lecisz kilka kółek nad jeziorem z dziewczyną z tyłu.-wytłumaczył mu.
-Okej, będę czekał.-Rudy wstał z kanapy i ruszył do wyjścia z Pokoju Wspólnego.

*                       *                         *

-To wszyscy?-zapytał Wybraniec gdy zobaczył grupkę ludzi pod portretem Grubej Damy. Luna ubrana w ciepłą kurtkę i górskie buty na stopach stała obok Rona, który odziany był w swój nieśmiertelny bordowy sweter od Molly. Kawałek dalej Herm i Ginny w identycznych karmazynowych płaszczyki i szalikach w barwach swojego domu niespokojnie przedeptywały z nogi na nogę. Cho wraz z Nevillem stali pod ścianą i w milczeniu obserwowali Złotego Chłopca.
-No to idziemy.-oznajmił i wszyscy ruszyli schodami na dół. No dobrze, to teraz przyjrzyjmy się Hermionie, która szła na samym końcu z milionem wątpliwości w głowie. Coś jej mówiło w głębi duszy, że to nie był najlepszy pomysł aby udać się z nimi. Czuła, że dzisiaj wydarzy się coś nieoczekiwanego. Terence obiecał, że wyśle jej sowę a nie zrobił tego. To zły znak. On zawsze dotrzymywał obietnic, a teraz nic. Kompletnie nic. Nie spodziewała się tego po nim. No i oczywiście jest jeszcze ta dziwna sprawa z Malfoy'em. Gdzieś w odległym kącie jej umysłu narastało takie dziwne przeczucie, że oni mogą być połączeni tymi więzami uczuciowymi. Tylko, że ona nie mogła sobie przypomnieć kiedy mogło to nastąpić. Nasuwał jej się obraz bitwy o Hogwart. Jedynie wtedy mogło to nastąpić, bo i ona miała wiele ran i on także nie był bez szwanku. No i wtedy na dodatek mieli ze sobą kontakt fizyczny.
-O czym tak myślisz?-zagadnęła ją Wiewiórka. Hermiona dopiero teraz zauważyła że wyszli już na zewnątrz i kierują się nad jezioro.
-O niczym.-skłamała gładko. A może to nawet i lepiej? No co niby miała jej powiedzieć, że podejrzewa więź z Malfoy'em? Tak było łatwiej.
-Też Ci się wydaje, że ktoś jest tam?-Ginevra wskazała palcem na osobę chodzącą obok dużego dębu.
-Chyba więcej niż ktoś.-brązowooka wskazała gestem dłoni grupę ludzi debatujących o czymś z ożywieniem.
-Harry, kto to?-zapytała Cho, która też dostrzegła owych osobników.
-Dalsza część niespodzianki.-odpowiedział i poczuł jak coś ciężkiego opada mu na dno żołądka.  Wielkie proporce  z godłami Hogwardzkich domów pobłyskiwały w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Robiło się coraz ciemniej.
-Już myślałem, że nie przyjdziesz Potter.-odezwał się głos za nimi, który Hermiona tak dobrze znała. Odwróciła się powolnie i natrafiła na postać Księcia Slytherinu. Niesforna grzywka opadała mu na czoło, a na policzki wstąpił delikatny rumieniec spowodowany chłodnym wiatrem. Miał na sobie ciemną bluzę z naszytym na niej wężem na zielonym tle. Leniwie przeniósł na nią wzrok. Spojrzała w jego zimne, stalowo-szare oczy w których błądził jakiś dziwny błysk.
-Nie myśl nie wychodzi Ci to Malfoy.-odgryzł się Złoty Chłopiec wychodząc na przód.
-Macie własne miotły?-puścił uwagę Gryfona mimo uszu.
-Mamy.-odpowiedział tym razem Ron. Gdzieś z tłumu wyszli Teren, Teodor, Blaise i Pansy, dołączając do grupy.
-No to z kim lecicie?-uśmiechnął się kpiąco blondyn.
-Czekajcie o co tu chodzi?-wyrwało się z ust Hermiony. Wszyscy spojrzeli na nią a lewa brew Dracona powędrowała w górę.
-Nie powiedzieliście im?-odpowiedziało mu milczenie. Zaśmiał się gardłowo.-Inaczej by tu w ogóle nie przyszły no tak.-pokręcił głową i spojrzał wprost na Hermionę.
-Czyli ich dom się wycofuje?-wtrącił się Zabini. Terence wpatrzony był w jakąś kępkę trawy. Teodor ukradkiem spoglądał na Lunę, która wyglądała dziś zjawiskowo. Pansy stała nieruchomo i przysłuchiwała się całej tej rozmowie.
-Do jasnej cholery wytłumaczy ktoś w końcu o co chodzi?!-krzyknęła Ginny wychylając się zza pleców Rona. Draco po krotce opowiedział o wyścigu i o tym co zwycięzca dostanie w nagrodę. Mianowicie miały być to dwie skrzynki Ognistej i zaproszenie na prywatną imprezę w Pokoju Życzeń.
-To jak tchórzycie czy lecicie?-Zabini trafił w czuły punkt każdego wychowanka Domu Lwa. Nigdy, ale to nigdy nie wolno zarzucić żadnemu Gryfonowi, że tchórzy.
-Chciałbyś.-warknął Weasley.
-No to wszystko gra.-klasnął w dłonie Malfoy.-To z kim lecicie?-dodał. Harry wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Pansy a Ron z Luną.
-Ja lecę z Parkinson a Ron z Luną.-powiedział oficjalnie.
-Hermiono polecisz ze mną?-odezwał się Terence patrząc z nadzieją na brązowowłosą.
-Ja nie latam.-mruknęła cicho.
-No tak Granger tchórzy.-prowokował ją Malfoy.
-Tak, polecę z Tobą.-spojrzała mu hardo w oczy i podeszła do Ślizgona, który się uśmiechnął. Ginny zakryła usta dłonią. Draco pokręcił głową.
-Astoria!-krzyknął ile sił w płucach i już po chwili w ich stronę biegła wspomniana blondynka. Miała krótką czerwoną spódniczkę, czarne kozaki na koturnach, które sięgały aż do połowy ud i czarną skórzaną kurtkę.
-Lecisz ze mną.-powiedział sucho i zarzucił miotłę na ramie.
-Oczywiście Dracusiu.-zaszczebiotała słodko. Smok wywrócił oczami.
-Ryża chodź polecisz ze mną.-zawołał Diabeł ochoczo poklepując swojego Nimbusa.
-Nigdzie z Tobą nie lecę!-krzyknęła zakładając ręce na piersi.
-No właśnie.-wtrącił się Ron. Momentalnie zaczerwienił się co raczej nie było spowodowane podmuchami zimnego wiatru. 
-Bo co mi zrobisz?-Ginny nienawidziła kiedy jej brat wtrącał się w nie swoje sprawy.
-Bo ja tak mówię.-warknął. Luna odruchowo złapała swojego chłopaka za rękę ale on ją odepchnął tak, że niemal upadła. W Teodorze zagotowało się ale przemilczał tą sytuacje. Neville i Cho cicho cofnęli się w tłum i zniknęli pomiędzy ludźmi.
-Zabini z miłą chęcią polecę z Tobą.-zrobiła mu na przekór i chwyciła go za dłoń ciągnąc w stronę startu. Harry złapał Rona za rękaw i odciągnął na bok.
-Chcesz im dopiec to wygraj.-powiedział tylko i poszedł za resztą. Hermiona nerwowo szła za Bestią zaciskając ręce na swojej szacie. Zaczynało kręcić jej się w głowie a serce kołatać w piersi. Widziała wiwatujący tłum. Hałas który wydawali był niemal taki sam jak ten towarzyszący  meczom Quidditcha. Ustawili się na starcie.  Terence przygotował miotłę i zasiadł na niej. Ona mimo ogólnego strach dołączyła do niego mocno obłapiając go ramionami w pasie. Chłopak obrócił głowę i spojrzał na nią zaskoczony.
-Mionka nie tak.-powiedział. Ona spojrzała na niego nic nie rozumiejąc a on tylko kiwnął głową wskazując Astorię i Draco. Nie siedzieli tak jak oni. Draco siedział jak należy ale Greengraas siedziała obrócona, tak aby stykali się plecami. Poczuła jak jakaś niewidzialna siła zaciska jej się na gardle. Jeśli jeszcze więcej będzie takich atrakcji to przyprawi ją to palpitacji serca. Posłusznie obróciła się tyłem i spojrzała na Draco który lekko uśmiechał się do niej jakby czując, że coś jest nie tak i w ten sposób chcąc dodać jej otuchy. Spojrzała po uczestnikach ustawionych na mecie. Jako pierwszy stał Blaise razem z Ginny, Harry z Pansy, Ron z Luną, kawałek dalej Terry Boot z Hanną  Abbott, jakiś ciemnowłosy Krukon z Amandą, Ona i Terence i na końcu Dracon z Greengraas. Zdziwiło ją to, że udziału nie bierze Nott jeden z najlepszych graczy Quidditcha drużyny Węży, ale już po chwili wszystko się wyjaśniło.
-Panie i Panowie-po błoniach rozniósł się magiczny głos Teodora.-zaraz rozpocznie się pierwszy w dziejach Hogwartu wyścig mioteł.-tłum za wiwatował. Minęła chwila zanim się uspokoili.-Zawodnicy muszą wykonać trzy okrążenia w okół jeziora. Kto będzie pierwszy ten wygra. Ustawcie się na miejsca.-Hermiona zacisnęła mocno dłonie na miotle Terence'a.-Gotowi? START!-krzyknął i poczuła gwałtowne szarpnięcie. Pęd wiatru porywał jej loki. Kątem oka zauważyła że już nie lecą blisko Draco. Zrobiło się już dość ciemno. Jedynymi  źródłami światła były zapalone różdżki zawodników oraz obserwatorów. 
-Jeszcze tylko dwa.-usłyszała głos Bestii i jęknęła. 'Tylko'. Dla niego to tylko a dla niej aż. Obróciła głowę w prawo i zauważyła że Blaise i Ginny chcą ich wyprzedzić ale Terence był na tyle dobry, że nie udało im się to.
Wiewiórka nie wyglądała na spiętą wręcz przeciwnie. Hermiona czuła jak drży na całym ciele, więc ostrożnie zabrała jedną rękę z miotły i poprawiła szalik.
-OSTATNIE OKRĄŻENIE.-dobiegł ją z oddali głos Notta. Nagle coś w nich uderzyło. Krzyknęła przerażona i zobaczyła Rona i Lunę. Blondynka była spanikowana. Po jej porcelanowych policzkach płynęły łzy które strącane były niemal od razu przez silny wiatr.
-Herm trzymaj się.-kolejne uderzenie. Domyśliła się, że Ronald najwyraźniej wpadł na pomysł aby strącić ich z miotły.
Usłyszała głośny krzyk. Otworzyła oczy które aktualnie miała zamknięte. Zauważyła blond włosy Luny znikające w ciemności. Dziewczyna podczas zderzenia zsunęła się z miotły i zaczęła spadać wprost do zimnej i głębokiej toni jeziora.
*            *


Witajcie,
rozdział wyszedł mi dłuższy niż się spodziewałam. Życzę miłego czytania!
~~ Pozdrawiam Mopsicaa ;*

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 18.

Szanowna Panno Granger,
proszę o stawienie się dzisiaj w moim gabinecie o 17;00. Została Pani zwolniona ze swojego szlabanu.
Hasło; Cytrynowe dropsy.
                                    Z wyrazami szacunku Minerva McGonagall.


Od ostatnich wydarzeń minęło kilka dni. Hermiona zaczęła unikać Terence'a od pamiętnego spotkania w łazience na trzecim piętrze. Mijał ją na korytarzach nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem. Na posiłki chodził wcześniej niż wszyscy, aby uniknąć ciekawskich spojrzeń. Nawet na transmutacji siadał z kimś innym byleby nie mieć kontaktu z nią. Załamał się.
A ona? Ona nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy. Był dla niej kimś ważnym. Naprawdę się zaprzyjaźnili. Spędzali razem czas, śmiali się i rozmawiali jak równy z równym. On nie był nadęty jak inni Ślizgoni a ona była dawną Hermioną. Tą Hermioną sprzed wojny. Odważną, uśmiechniętą i szczęśliwą. Zupełnym przeciwieństwem teraźniejszej Hermiony. Zamkniętej w sobie, cichej i nieśmiałej.
No ale cóż czas pędzi dalej później z nim porozmawia. Dziś jest sobota więc weźmie się do pracy. Odrobi prace domowe na kolejny tydzień, posprząta dormitorium i spędzi trochę czasu ze znajomymi.


                                                            *                     *                   *


Szanowny Panie Malfoy,
proszę o stawienie się dzisiaj w moim gabinecie o 17;00. Została Pan zwolniony ze swojego szlabanu.
Hasło; Cytrynowe dropsy.
                                    Z wyrazami szacunku Minerva McGonagall.

-Co tam masz smoku?-zagadnął go wesoło Zabini. Co do chłopaków to u nich niewiele się zmieniło. Chodzili na zajęcia, odrabiali prace domowe, jedli posiłki w wielkiej sali i spędzali czas na różnych wygłupach.
-McCnotka każe stawić mi się dziś u niej.- mruknął gniotąc pergamin i wrzucając go do śmietnika.
-Prywatne zajęcia?-Diabeł poruszył sugestywnie brwiami za co oberwał od blondyna poduszką.
-Grabisz sobie Głupku.-bąknął patrząc na niego groźnie.
-Grabisz sobie Głupku, grabisz sobie Głupku..-zaczął go przedrzeźniać Zabini robiąc po tym śmieszne miny Draco chciał mu już coś powiedzieć lecz w tym samym momencie do ich dormitorium wpadła jak burza Pansy. Byłą w samym szlafroku, jej włosy były rozwiane na wszystkie strony a w dłoni trzymała gazetę.
-Smoku, Ty musisz to zobaczyć.-wyjąkała łamiącym się głosem. Podała mu egzemplarz, który okazał się być nowym numerem Proroka Codziennego. Draco wziął go i spojrzał na pierwszą stronę. Znajdowało się tam zdjęcie. Przedstawiało doszczętnie spaloną wioskę a nad nią unosił się mroczny znak. Poczuł jak jakaś niewidzialna siła zaciska mu się na gardle. Doskonale wiedział co to oznacza. Śmierciożercy zaczęli swoją zemste. Odszukał stronę na której zamieszczony był artykuł dotyczący tej fotografii. Zaczął czytać go na głos.
- Dzisiejszej nocy miał miejsce brutalny atak na jedną z mugolskich wiosek w północnej części Anglii. Wioskę tę doszczętnie spalono a mieszkańcy zostali przedtem wymordowani w jak najbardziej okrutny sposób.  Ministerstwo jest niemal pewne, że tego aktu dopuściła się grupa zbiegłych  z Azkabanu więźniów. Biuro aurorów już zajęło się tą sprawą. Zakon Feniksa włączył się w poszukiwania zbiegów. Minister jest wstrząśnięty tym co się dzieje. Czy sobie nie radzi z panującym chaosem? O wszystkim co będzie się działo będziemy państwa informować. Prosi się o zachowanie szczególnej ostrożności..-zakończył. Nerwowo przygryzł wargę i zwinął gazetę w rulon.
-Teodor wie?-zapytał. Pansy pokiwała głową na znak zaprzeczenia.
-Szukałam go, ale w ich dormitorium był tylko Terence, więc pomyślałam, że może tutaj go znajdę.-odpowiedziała. Draco potarł twarz. Z dobrego humoru Zabiniego nie pozostało już nic. Teraz siedział smętnie na łóżku i patrzył w odległy punkt na ścianie.
-Może jest na śniadaniu.-wzruszył ramionami brunet.
-Nie.-zaprzeczył Draco.-Teodor czeka zawsze na nas.
-Tym razem mógł zrobić wyjątek.-upierał się Diabeł.
-Nie.-ponowne zaprzeczenie ze strony blondyna.-On nigdy nie zmienia systematyczności.
-Tym razem mógł to zrobić.-warknął Diabeł.
-Wcale że nie.-Draco również uniósł głos.
-Nie kłóćcie się.-Pansy powstrzymała ich przed dalszą wymianą zdań.
-Sorry.-mruknęli oboje.
-Teodor jest rozsądny, nic mu się nie stanie. Niedługo pewnie wróci.-powiedziała łagodnie Czarna i położyła rękę na ramieniu.
-Wiem.-odpowiedział.-Idę się przejść.-oznajmił Dracze i wyszedł zostawiając przyjaciół samych.
                
                                                     *                                  *

-Cześć Teodorze.-znów ten melodyjny głos przeciął ciszę na jednym z opuszczonych korytarzy niedaleko sowiarni.
-Cześć.-odpowiedział i odwrócił się w jej stronę. Wyglądała pięknie. Z resztą ona zawsze tak wygląda.
-Wiesz, że palenie jest niezdrowe?-zapytała a on uśmiechnął się szczerze.  Rzadko kiedy otwierał się przy kimś z innego domu niż Slytherin. Zawsze byli tylko Draco, Pansy, Terence i Blaise, nikt więcej. A teraz jest ona. Zjawiskowo piękna, mądra i ciągle ciekawa świata. Była po prostu sobą. Delikatną osobą o niewinnych rysach twarzy, długich, kręconych włosach, pięknym uśmiechu i o szczerych, ciepłych oczach.
-Wiem.-odparł i zaciągnął się poraz kolejny.-Chcesz?-podstawił jej pod nos na wpół wypalonego papierosa. Dziewczyna popatrzyła na niego niepewnie ale wyciągnęła po niego swoją małą dłoń. Teodor spoglądał jak przykłada go do ust i wciąga dym do płuc. Zaśmiał się kiedy zaczęła głośno kaszleć.
-To aż takie śmieszne?-Luna popatrzyła na niego groźnie, ale mimo wszystko delikatny uśmiech błąkał się na jej ustach.
-Ależ skądże.-zrobił poważną minę i tym razem to ona się zaśmiała.
-Nie mogę być długo.-
-Dlaczego?-spytał. Zawsze tak było. Spotykali się albo wcześnie rano, albo późno wieczorem.
-Ron zabiera mnie na śniadanie.-podeszła do parapetu i nieudolnie chciała się na niego wspiąć. Była niska więc jej starania poszły na marne.
-Poczekaj.-chłopak podszedł do niej i wziął na ręce. Zaskoczona dziewczyna zmieszała się trochę. Teodor  podsadził ją i już po chwili wygodnie siedziała.
-Luna..-zaczął.
-Mhmm?-mruknęła na znak, że go słucha.
-Czy ty go kochasz?-spytał. Nogi, którymi jeszcze przed chwilą energicznie machała momentalnie zatrzymały się. Powoli uniosła głowę by spojrzeć na chłopaka. Stał oparty o ścianę, jego ręce były w kieszeniach a ciemna grzywka niesfornie opadała mu na oczy. Teodor był inny niż Ron, to było pewne. Inny wygląd a przede wszystkim charakter. Ron był strasznie wybuchowy, czasami nie panował nad emocjami, gdyby nie Harry już raz by ją uderzył. Nie zostawiła go, bo przeprosił, widać było wtedy w nim skruchę co jest rzadkością. No a Teodor? Jaki jest Teodor? Przede wszystkim jest bardzo opanowany. Nigdy nie podniósł na nią głosu a co dopiero uderzył. Ma specyficzne poczucie humoru ale jej to nie przeszkadza. No ale on jest Ślizgonem. Im się nie ufa. Może zostać jego kolejną zabawką, która mu sie znudzi i ją zostawi. Zorientowała się, że musiała długo milczeć bo chłopak znacząco odchrząknął. Potrząsnęła głową.
-Ja, tak myślę, że go kocham.- bum! Gdyby było to możliwe Luna usłyszałaby brzdęk tłuczonego  serca Teodora, które właśnie pękło.
-Aha.-odpowiedział. Dziewczynie przez moment wydawało się jakby widziała zawód w jego oczach, ale już po chwili zniknął i zastąpiła go chłodna obojętność. Wyciągnął z paczki kolejnego papierosa i zapalił go różdżką.
-Muszę iść, spotkamy się jutro?-zeskoczyła z parapetu i podeszła bliżej niego.
-Jeśli uciekniesz złemu chłopakowi Łasicowi to tak.-odpowiedział. Blondynka uśmiechnęła się lekko.
-Spróbuję.-chciał przyłożyć papierosa do ust ale ona mu go umiejętnie zabrała. Sama wzięła go i zaciągnęła się, co wywołało nieprzyjemne drapanie w gardle.
-Paa.-pożegnała się i krótko cmoknęła go w policzek.
-Cześć.-widział jak odchodzi. Jeszcze na końcu korytarza obróciła się i pomachała mu. Potem już zniknęła za rogiem.


                                                                   *  *  *   *


Szybkim krokiem podążała do Wielkiej Sali na śniadanie. Tym razem musiała zadowolić się tylko obecnością osób znajdujących się na obrazach wiszących na ścianach korytarzy, którymi szła.  Nie przeszkadzało jej to, ona także musiała przemyśleć kilka rzeczy. Usłyszała ciche skrzypnięcie drzy, więc przystanęła na moment. To właśnie był jej błąd, ponieważ napastnik zakrył jej ista dłonią i wciągnał do jakiejś pustej klasy. Próbowała się szarpać ale to na nic, ten ktoś był zbyt silny. Po chwili została puszczona. Niepewnie odwróciła i natrafiła na soczyście zielone tęczówki Harry'ego Pottera.
-Głupku przestraszyłeś mnie.-Pansy dźgnęła go palcem w tors.
-A gdzie buziak na powitanie?-uniósł do góry jedną brew i odwrócił głowę tak, że dziewczyna widziała tylko jego profil. Pokiwała z dezaprobatą głową i zbliżyła usta aby musnąć nimi jego policzek. Kiedy była już wystarczająco blisko, on szybko odwrócił głowę i ich usta połączyły się. Nie odepchnęła go tak jak się spodziewał, wręcz przeciwnie, pogłębiła pocałunek. Wziął ją na ręce i posadził na ławce. Wplątał swoje palce w jej ciemne kosmyki.  Dziewczyna przerwała pocałunek i odchyliła głowę do tyłu tak aby spojrzeć mu w oczy.  Wzięła jego drugą dłoń i splotła ich palce razem.
-Dlaczego?-spytała.
-Dlatego, że zawróciłaś mi w głowie.-odpowiedział i nie czekając na to co powie ponownie ją pocałował. 


                                                 ***********


-Czekałem na Ciebie. Gdzie tak długo byłaś?-rudy chłopak opierał się o ścianę przed Wielą Salą nieudolnie próbując  wyglądać jak model z okładek znanych czasopism dla nastoletnich czarownic.
-Musiałam wrócić się do wieży, bo zapomniałam różdżki.-okłamała go blondynka. Podeszła do niego i cmoknęła go w piegowaty polik.
-Luna czy Ty do jasnej cholery paliłaś?- wykrzyknął i spojrzał na nią spod wpół  przymrużonych powiek.
-Oczywiście, że nie. Skąd Ci to przyszło do głowy Ron?-znów kłamstwo.  Teodor zaczyna mieć na nią zły wpływ.
-Czuję od Ciebie smród papierosów.-nadal nie odpuszczał.
-Przecież wiesz, że Amanda pali.-kłamstwo. Chłopak zmarszczył brwi.
-No dobrze, chodź.-skapitulował i ciągnąc ją za rękę wkroczył do Wielkiej Sali, w której jak zawsze panował gwar. Blondynka kątem oka zauważyła, że Teodor siedzi oddalony od reszty ślizgonów i czyta jakąś książkę, która leży przed nim na stole.W jednej dłoni trzymał nóż, a drugą na oślep próbował poszukać  dżemu brzoskwiniowego, stojącego niemal pod jego nosem. Zrezygnowany podniósł wzrok i zamiast rozejrzeć się za słoikiem, on spojrzał na nią.  A ona ciągnięta niczym skrzat domowy podążała za Ronaldem. Nawet nie zauważyła kiedy się zatrzymali przed stołem Gryffindoru. Niechętnie odwróciła wzrok od Notta i usiadła u boku Weasley'a, który już zaczął opychać się kanapkami.


                                                                           *****

W jednej ręce trzymał pudełko najlepszych czekoladek z Miodowego Królestwa, a w drugiej koszyk z kanapkami, różnymi owocami i dwiema butelkami soku dyniowego. Był w połowie drogi na siódme piętro.  Zrobi to, oni muszą się pogodzić, bo on już dłużej nie wytrzyma. Czuł się taki pusty w środku, jakby był czekoladką bez jakiegokolwiek nadzienia, która w każdej chwili może się pokruszyć, lub roztopić w dłoni małego dziecka.  Może i miał innych znajomych, ale to nie to samo co być z nią.  Zauważył że ruchome schody chcą mu spłatać figla więc zaczął biec i w ostatniej chwili wskoczył na stopień.  Siódme pientro, portret Grubej Damy i wejście wprost do paszczy wygłodniałych lwów.
-Kurde, Terence'ie David'zie Higgs'ie czy musisz być aż tak głupi.-powiedział i skrzywił się na samą myśl o tym, że nie zna hasła.
-No to będziemy zgadywać. Hmm, może lwie serce?-powiedział z nadzieją, lecz portret nawet nie drgnął.
-Nie. Galopujące jednorożce.-nic.
-Pieprzne diabełki, czekoladowe żaby, miecz Gryffindora, cytrynowe dropsy, fasolki wszystkich smaków, odważne lwy, pałka lukrecjowa, migdał...-nie dokończył, ponieważ Gruba Dama niechętnie ale otworzyła mu przejście.
-Geniusz..-mruknął pod nosem i wpakował się do środka. Pokój Wspólny Gryfonów był całkowicie pusty.
-Lepiej być nie może.-skomentował uradowany i w podskokach pomaszerował do schodów po lewej. Śmiało wszedł po nich ale nie przewidział jednego. Mianowicie tego, że chłopcom nie wolno wchodzić do dormitoriów dziewczyn bez ich zgody. Schody złożyły się i zastąpiła je pochyła zjeżdżalnia po której się sturlał. Wylądował na samym dole i jęknął z bólu. Usłyszał, że portret się otwiera i znów nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Do Pokoju Wspólnego weszła Ginny Weasley.
-Hej przepraszam mogłabyś mi pomóc dostać się do Hermiony?-zapytał wstając z podłogi i otrzepując szatę z niewidzialnego kurzu. Ginny spojrzała najpierw na niego, potem na koszyk walający się po podłodze, na czekoladki i potem znów na niego.
-Cześć, jasne chodź.-i ruszyła na górę. Chłopak niepewnie poszedł w jej ślady. Tym razem bez żadnych problemów wszedł po schodach. 
-Te drzwi.-Ruda wskazała mu odpowiednie wejście i odwróciła się by odejść.
-Dzięki.-blondyn uśmiechnął się i zapukał. Odpowiedziało mu ciche 'proszę', więc wszedł. W pokoju panował idealny porządek. Łóżka były pościelone, książki na półkach równo poukładane, story szeroko poodsłaniane dzięki czemu do środka przed okna wlewały się się ciepłe promienie słoneczne.
-Cześć.-powiedział głośno, kiedy zorientował się że w pokoju nie ma Hermiony.
-Tutaj.-dobiegł go jej głos z łazienki. Odłożył koszyk i czekoladki na biurko i ruszył w kierunku białych drzwi, które były lekko uchylone.
-Lepiej Ci w lokach.-uśmiechnął się i zagryzł delikatnie wargę.
-Terence, co tu robisz?-zapytała zaskoczona, lecz w duchu ucieszyła się na jego widok.
-Stoję.-wzruszył ramionami.-Chciałbym Cię przeprosić, no wiesz.-już się nie uśmiechał.
-Nic się przecież nie stało.-odpowiedziała. Ona też już dłużej nie mogła wytrzymać bez niego. Lubiła ich wspólne rozmowy nie opierające się tylko na Quidditchu.
-Chodź przyniosłem śniadanie.
-Idę.-jedno machnięcie różdżki i burza jej kasztanowych loków znów opadała na ramiona.
                                                       

                                                             *************

Od rana siedział na boisku. Lubił to miejsce. Było tutaj tak swojo, spokojnie i cicho. Oczywiście tylko wtedy gdy nie odbywały się tutaj mecze. Spojrzał na trzy pętle po drugiej stronie  długiego zielennika. Doskonale pamięta dzień w którym razem z Teodorem naprawiali je po wojnie.  Ścisnęło go za gardło. Nie chciał pamiętać chwil w których serce zaczyna pękać. Chciał zdmuchnąć te wspomnienia jak zaległy kurz. Po prostu nie pamiętać sytuacji w których zaczynał się łamać. Chciał wyrwać się już dawno, ale to nie zawsze tak łatwo przychodziło. Odwrócił wzrok i spojrzał na trybuny. Przypomniał  mu się mały chłopiec. Miał on jedenaście lat i jego największym problemem był fakt, że jego dom przegrał z Gryfonami. Uśmiechnął się lekko. Wtedy wszystko było takie proste. A teraz? Teraz jego ojciec chce zabić go i Teodora. Później będzie musiał o tym pomyśleć. Teraz musi się ruszyć i iść do dyrektorki. Niechętnie wstał i ruszył w stronę zamku. Mijał po drodze wielu ludzi, którzy patrzyli na niego jak na bohatera. Prychnął. Prawda była taka, że nie był bohaterem tylko piepszonym tchórzem. Gdyby nie Nott teraz zapewne siedziałby w Azkabanie grając z Teodorem w literówki. Cieszył się, że ma przy sobie kogoś takiego jak Teodor. Śmiało mógł powiedzieć, że on jest jego przyjacielem. Wszedł do Hogwartu przez wielkie, łukowate wrota przy których siedziała stara kotka Filcha. Swoje kroki skierował na siódme piętro. Po kilkunastu minutach był pod posągiem chimery. Wypowiedział hasło i wszedł po schodach. Zapukał w drewniane drzwi a gdy usłyszał 'proszę' wszedł. Gabinet dużo się nie zmienił. Okrągłe pomieszczenie, szafki na których stały błyszczące przyrządy i portrety byłych nauczycieli Hogwartu. Była tylko jedna zmiana. Na fotelu dyrektora siedziała McGonagall, a za nią powieszony był obraz z którego patrzył na niego miły staruszek z błękitnymi oczami, które przeszywały go na wskroś.
-Dzień dobry.-przywitał się.
-Dzień dobry, jest pan już, więc możemy zaczynać.-oznajmiła a Draco dopiero teraz zauważył, że w jednym z foteli siedzi Granger. Usiadł na miejscu które wskazała mu dyrektorka i zaczął jej się przyglądać z uwagą.
-No dobrze, ostatnio nie było czasu abyśmy mogli załatwić kilka spraw. Macie pełne prawo do korzystania z łazienki prefektów, hasło to 'Kraina bąbelków'. Patrolujecie korytarze w poniedziałki, środy, czwartki i piątki, więc w te dni nie będziecie mieć szlabanów. Na razie wam dziękuję, jeśli coś będzie ważnego do powiedzenia, wyślę wam sowę. Możecie iść.- Malfoy leniwie podniósł się z miejsca i ruszył do drzwi. Kątem oka zauważył że Granger za nim idzie więc jak na mężczyznę przystało przepuścił ją w drzwiach. Usłyszał jej ciche prychnięcie, lecz skorzystała z gestu i wyszła z gabinetu.
-Cześć Granger.-jest okazja to z nią porozmawia.
-Cześć.-mruknęła nie patrząc na niego.
-Co tam?-zapytał.
-Nic.- odpowiedziała. No i koniec ich miłej pogawędki.
-Jak tam patronus?-spytał po chwili milczenia.
-Dobrze.-znów to samo.
-Popatrz tam.-złapał ją za ramiona i odwrócił w stronę okna koło którego właśnie szli. Zaskczona nie zdążyła nic zrobić. Wyjrzała za szybę i zobaczyła stado testrali lecących w stronę zachodzącego słońca. Przepiękny widok urzekł ją tak, że nawet nie zauważyła jak chłopak po cichu oddalił się zostawiając ją samą z kolejnymi pytaniami bez odpowiedzi.
                                                                        
                                                                          ********

Witajcie,
po długim czasie przybywam do was z nową notką. Z góry was proszę o jakiekolwiek komentarze, aby wiedziała, że ktoś jeszcze to czyta.
~~ Pozdrawiam Mopsicaa ;*