piątek, 13 września 2013

Rozdział 12.

-Do zobaczenia Alex.- uśmiechnęła się promiennie Hermiona przytulają przyjaciółkę na pożegnanie.
-Miło mi było was wszystkich poznać, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.- uśmiechnięta blondynka pomachała wszystkim i już po chwili zniknęła za drzwiami wyjściowymi.
-Nareszcie!- wykrzyknął Zabini klaskając w dłonie. Gryfoni zmrozili go wzrokiem a Ginny miała ochotę wydrapać mu oczy.
-Wracajmy już.- odezwał się Terence otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz. Reszta gęsiego ruszyła za nim. Hermiona zaklęciami zabezpieczyła dom i ustawiła się koło Terence'a.  Złapała go za rękę i już po chwili poczuła znajome szarpnięcie w pępku towarzyszące teleportacji. Zmaterializowali się na jednej z uliczek w Hogsmead. Było tutaj cicho i pusto, można by  nawet rzec, że  zbyt cicho i zbyt pusto. Powoli zaczynało się już ciemnieć. Słońce chyliło się ku zachodowi a na niebie zbierały się same ciemne chmury. Uczniowie wyszli na główną ulicę i skierowali się do Hogwartu. Szli w milczeniu otoczeni kręgiem niepokoju. Niespokojny wiatr targał opadniętymi  liśćmi w tę i z powrotem.
-Dziwnie tu jakoś.- odezwała się Cho swoim słabym głosem.
-Dziwnie to mało powiedziane.- przytaknęła Ginny, uważnie lustrując wzrokiem każdy zakamarek drogi. Wyszli właśnie na wolną przestrzeń. Dało się tam odczuć coraz chłodniejszy klimat. Drzewa niespokojnie poruszały się rytmem wiatru zrzucając przy tym masę zbędnych liści. Z każdym krokiem coraz bliżej byli bezpiecznych, szkolnych bram. Nagle poczuli dziwny chłód. Znajome, lodowate zimno przeniknęło ich aż do szpiku kości a mgła zaczęło przesłaniać oczy.  W oparach mgły Harry dojrzał pięć zakapturzonych postaci sunących w  ich stronę.
-To Dementorzy.- oznajmił.- Myślcie o czymś szczęśliwym!- rozkazał. Swoim ciałem osłonił Pansy i wyciągnął różdżkę. Hermiona zaczęła gorączkowo myśleć o szczęśliwych chwilach. Przez jej głowę zaczęły przetaczać się najróżniejsze wspomnienia.
-Expecto Patronum!- wykrzyczała. Wątły strzęp srebrzystej mgiełki wystrzelił z jej różdżki i zawisł przed nią jak opar. Przetarła jedną ręką twarz. Osunęła się na kolana w zimną trawę. Oczy zaszkliły jej się od łez, z powodu kolejnego powiewu chłodu. W oddali zauważyła dostojnego patronusa Harry'ego który bronił jego i Pansy. Z rozpaczliwym wysiłkiem wygrzebała z pamięci jedno z najszczęśliwszych wspomnień. Dzień w którym dowiedziała się że jest czarownicą.
-EXPECTO PATRONUM.- ryknęła. W nikłym świetle swojego bezkształtnego patronusa zobaczyła że jakiś dementor zatrzymał się tuż przed nim. Nie mógł przedrzeć się przez obłok srebrnej pary którą wyczarowała. Trupia, obślizgła ręka wysunęła się spod płaszcza jakby chciała odsunąć na bok patronusa wyczarowanego przez nią.
-Błagam niee..- wyszeptała unosząc wzrok w górę. Czułą że ją obserwują, słyszała ich chrapliwe oddechy, świszczące w okół jak upiorny wiatr. Najbliżej stojący Dementor chyba obrał sobie ja za cel. Uniósł gnijące ręce i odrzucił kaptur.  Tam gdzie powinny być oczy była tylko cienka, szara błona wypełniająca puste oczodoły. Były jednak usta, lub coś na kształt ich. Bezkształtna, czarna dziura wciągająca ze swistem powietrze. Strach sparaliżował brązowowłosą tak, że nie mogła się poruszyć ani przemówić choć jednym słowem.  Jej patronus zamigotał i znikł w ciemności. Myślała, że to już jej koniec. Wokół nastała nieprzenikniona cisza a przez jej głowę przelatywały najsmutniejsze wspomnienia; Widok martwego ciała Lavender, wymazywanie pamięci rodzicom, rozstanie z Ronem i zniszczony Hogwart. I wtedy wydawało jej się, że przez mgłę w której się pogrążała zobaczyła srebrzyste światło, rozdzierające sie coraz mocniej i mocniej. Trawa wokół niej tonęła w oślepiającym blasku. Jęki w uszach urwały się a utracone ciepło zaczęło powracać. Coś odciągnęło Dementorów, coś krążyło wokół niej. Zebrała w sobie ostatnie resztki siły i usiadła. Podniosła głowę i wytężyła wzrok chcąc ujrzeć co i kto był jej wybawieniem. Był to piękny, świetlisty wilk którego właścicielem był Terence. Chłopak biegiem pognał w jej stronę i upadł na kolana, tuląc ją do swojego torsu.
-Dziękuję.-wyszeptała z wdzięcznością odsuwając się od jego klatki piersiowej.
-Nie ma za co.- uśmiechnął się czarująco.- Dasz radę wstać?-spytał.
-Myślę że tak, co z resztą?- spojrzała w jego ciepłe oczy, takie inne niż te które nawiedzały ją w każdym śnie.
-Bliznowaty i Pansy są cali, Blaise ochronił Rudą bo zaliczyła glebę, Wiewiór i Pomyluna chyba też mają się dobrze no ale z Longbottom'em i Chang nie jest tak dobrze, żadne z nich nie umiało wyczarować patronusa, ale spokojnie pomogłem im i teraz dochodzą do siebie.- powiedział poważnym tonem, pomagając Hermionie wstać z ziemi.
-Jesteś wspaniały wiesz?- kąciki ust dziewczyny mimowolnie podjechały do góry układając się w lekki uśmiech. Chłopak odpowiedział jej tym samymi i oboje ruszyli do reszty grupy.
-Dobra  gazem do Hogwartu bo oni mogą wrócić.- oznajmił Harry i wszyscy szybkim krokiem ruszyli do wrót zamku. Tam czekało ich wielkie rozczarowanie, ponieważ wielka, mosiężna  brama była zamknięta na trzy spusty uniemożliwiając każdemu wejście.
-Genialnie.- rozdarł się Zabini waląc pięścią w pręty, co spowodowało jej rozcięcie. Stróżka krwi spłynęła z rozcięć na wierzchu jego dłoni.
- I co teraz?- spytał Neville.
-Wracamy.- oznajmił Harry odwracając się i z powrotem maszerując w stronę wioski.
-Go chyba posrało, nigdzie się stąd nie ruszam.- powiedział buntowniczo Blaise.
-W takim razie zostaniesz tutaj sam.- Ginny poklepała bruneta po plecach i ze złośliwym uśmieszkiem poszła za resztą. Ślizgon westchnął, chcąc czy nie chcąc i tak ruszył za innymi. Krętą dróżką podążali w stronę dużego, starego domu. Była to ogromna drewniana chata ogrodzona potężnym płotem.
-Chyba nie zamierzasz spać w Wrzeszczącej Chacie?- spytała Pansy Harry'ego z lękiem patrząc na upiorny budynek. Wybraniec tylko uśmiechnął się i pchnął furtkę, która otworzyła się z potężnym skrzypnięciem. Odważnie stąpał po piaszczystej ścieżce, która otoczona była mnóstwem krzaków i cierni. Wszyscy uważnie rozglądali się po bokach jakby czekali aż coś wyskoczy i ich zaatakuje. Hermiona szła ramie w ramię z Terenem. Myślami cały czas błądziła gdzie indziej. Wreszcie dotarli do dużych drewnianych drzwi. One również otworzyły się z upiornym skrzypnięciem.
-Lumos.-mruknął Wybraniec i jego różdżka rozświetliła pomieszczenie w którym się znajdowali. Spojrzał na Pansy która miała przerażoną minę, odruchowo mocniej złapał ją za rękę dając tym samym znak, że jest blisko. Rozejrzał się w około. Drzwi na prawo były otwarte, wiodły do jakiegoś mrocznego korytarza. Spojrzał na spróchniałe schody. Przypomniał sobie jak poznał wtedy Syriusza, jego ojca chrzestnego. Na samą myśl o nim znacząco posmutniał. Kolejne wspomnienie, które przewinęło mu się przez umysł ukazywało martwe ciało Profesora Snape'a. Mimo iż nienawidził go przez tyle lat, teraz czuł się jakby utracił jedną z najważniejszych osób w swoim życiu. Pansy nagle chwyciła go za ramię,aż się wzdrygnął wyrwany z zamyśleń. Jej oczy były szeroko otwarte i błądziły po zabitych deskami oknach.
-Nie bój się, tu nie straszy.- chwycił ręką jej podbródek i uniósł go do góry zmuszając aby spojrzała mu w oczy. Pokiwała głową, nerwowo się uśmiechając.
-Tędy.-szepnął i wskazał wielką dziurę w ścianie. Ześlizgnęli się  po wilgotnej ziemi na dno bardzo niskiego tunelu. Zgięci  w pół przesuwali się tak szybko jak zdołali. Hermiona przypomniała sobie jak wchodzili tutaj w trzeciej klasie. Było jej teraz o wiele ciaśniej niż wtedy. Tunel był bardzo niski, im bliżej Hogwartu tym bardziej zwężał się i zniżał. Na samym końcu musieli wręcz się czołgać aby przejść dalej. Raz po raz było słychać siarczyste przekleństwa Zabiniego, kiedy uderzył głową w niskie sklepienie. Wreszcie wydostali się na powierzchnię. W oddali jarzyły się oświetlone okna zamku. Bez słowa skierowali się w jego stronę. Słychać było tylko ich nieregularne oddechy. Zbliżyli się do wielkich dębowych drzwi szkoły. Na szczęście woźny Filch jeszcze ich nie zamknął i swobodnie mogli wejść do środka. Przeszli kilka metrów i dotarli do rozwidlenia. Na górę prowadziły schody w kierunku Wieży Gryffindoru a na dół do Lochów zamieszkiwanych przez wychowanków Salazara Slytherina. Już mieli się pożegnać kiedy zza rogu wyskoczyła wychudła kotka Pani Noris i jej właściciel.
-No to ktoś tu będzie miał kłopoty.- powiedział swym ochrypłym głosem Filch.- Za mną.- rozkazał władczo kierując się do gabinetu Dyrektora. Uczniowie niechętnie powlekli się za nim.

Witajcie,
Miałam chwilkę czasu więc napisałam nowy rozdział, myślę że wam się spodoba :)
~~ Pozdrawiam Mopsicaa ;*

3 komentarze:

  1. Oczywiście, że się podoba ;)
    Jest genialny ;D
    Nie mogę się doczekać następnego. ;)
    Weny życzę ;*
    ~Lumos

    OdpowiedzUsuń
  2. NO i to ja rozumiem!! GENIALNY ROZDZIAŁ!!!!!!!!!!!!! Jednak cie niezabije :)~ Tencza

    OdpowiedzUsuń
  3. Genialny rozdział, zniecierpliwieniem czekam na następny :)

    OdpowiedzUsuń