wtorek, 31 grudnia 2013

Miniaturka.

Siedziałam na dachu Nory obserwując oddaloną o kilka kilometrów mugolską wioskę.  Cicha muzyka docierała do moich uszu. Na dole odbywało się małe przyjęcie. No może nie takie małe. Państwo Weasley'owie zaprosili kilkunastu gości, aby razem z nimi świętować nadejście nowego roku. Pewnie dziwi was to, dlaczego tutaj siedzę, zupełnie sama. Otóż niecałe pół godziny temu pokłóciłam się z Ronem. Ginny stanęła po stronie brata a Harry ani razu się nie odezwał. Nie mając ochoty na dalszą zabawę przyszłam tutaj, i mam zamiar czekać na przepiękny widok jaki niesie ze sobą pokaz mugolskich fajerwerków.
-Napijesz się?-drgnęłam na dźwięk męskiego głosu. Odwróciłam się i zauważyłam jednego z bliźniaków z butelką szampana i dwoma kieliszkami.
-Cześć Fred.-uniosłam lekko kąciki ust w górę, lecz chłopak się skrzywił.
-Jestem George.-odpowiedział oburzony i powoli, uważając aby nie uszkodzić starych dachówek podszedł do mnie.
-Przepraszam.-zarumieniłam się nieznośnie.
-Tak naprawdę jestem Fred.-zaśmiał się radośnie i usiadł obok mnie. Niemal wepchnął mi w dłoń szkło i odstawił butelkę na bok. Potargał swoje włosy, które i tak były w nieładzie.
-Czemu tu siedzisz?-zagadnął spoglądając na mnie. No tak, bliźniaków jeszcze nie było, gdy zaszedł ten mały incydent w którym niemal Ron stracił oko. W przypływie gniewu rzuciłam w niego pierwszą rzeczą, którą złapałam w dłoń. To już nie moja wina, że był to akurat widelec.
-Pokłóciłam się z Ronem.-bąknęłam cicho. Mimo, że znałam Freda już od dłuższego czasu to i tak krępowałam się jego obecnością. Trudno było nie zauważyć, że młody Weasley jest przystojny. Nie byłam ślepa. Mimo, że był bratem Ronalda, był zupełnie inny. Wysoki, tak, jeszcze wyższy od niego, ciemne, brązowe oczy były takie ciepłe i zarazem tajemnicze, piegi na nosie wydawały się być ułożone w idealnej harmonii a uśmiech nie schodził z jego twarzy prawie nigdy. Nawet gdy wszyscy byli poważni, on i George nie potrafili tak.
-Ron to debil.-powiedział jak gdyby była to najzwyklejsza rzecz na świecie i zabrał się za odkorkowanie szampana. Parsknęłam śmiechem. Na jego twarzy również pojawił się uśmiech. Nalał do naszych kieliszków jasnożółtego płynu.
-O co poszło tym razem?-zagadnął. Zarumieniłam się po cebulki włosów i spuściłam głowę, uparcie wpatrując się w pęknięcie na czerwonej dachówce.
-W takim razie zdrowie.-musiał zauważyć, że nie miałam ochoty o tym rozmawiać, więc uniósł kieliszek w górę, by po chwili zamoczyć w nim usta. Z dziwną fascynacją patrzyłam na każdy jego ruch. Moje oczy jakby same rejestrowały najmniejsze drgnienia jego ciała. Ciągły mnie do spoglądania na jego oczy, dłonie, piegi i usta.
-Zdrowie.-ja również upiłam łyk płynu procentowego. Był wyśmienity. Nawet wydawało mi się, że był najlepszy jaki kiedykolwiek piłam.
-Czemu nie spędzasz sylwestra z Angeliną?-spytałam cicho, gdy odpiął górny guzik swojej śnieżnobiałej koszuli. Uniósł do góry brwi.
-Bo spędzam go z kimś innym.-uśmiechnął się łobuzersko ukazując rząd równych, białych zębów. Poczułam się nad wyraz zakłopotana. Nie powinnam go w ogóle pytać o tak prywatne sprawy. Odwróciłam wzrok wpatrując się w odległe gwiazdy.

-Nie jest Ci zimno?-spytał troskliwie a ja szybko zaprzeczyłam ruchem głowy. Ciszę, która zapanowała między nami przerywały jedynie radosne krzyki balujących gości. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał 23;15. Czułam na sobie wzrok Freda, lecz nie miałam odwagi na niego spojrzeć. Uporczywie go ignorowałam. Cisza najwidoczniej zaczęła mu ciążyć, ponieważ odezwał się.
-Wiesz dlaczego dementorzy nie rozmnażają się?-kiwnęłam głową na znak niewiedzy.
-Bo wszystko kończy się tylko na pocałunku.-odpowiedział. Szczerze musiałam przyznać, że ten żart był śmieszny.  Roześmiałam się a on przyglądał mi się jakby widział mnie poraz pierwszy w życiu. Tak bardzo chciałabym wyczytać z jego umysłu o czym myśli w tej chwili. Otarłam łzę z policzka i zaczęłam rozmasowywać swój obolały od śmiechu brzuch.
-Pięknie dzisiaj wyglądasz.-szepnął i pod pretekstem nalania mi szampana przybliżył się. Poczułam woń jego perfum, które z resztą musiały być bardzo drogie. Mój żołądek wykonał dziki obrót. Skarciłam się w myślach. Przecież to brat Rona a do tego ma dziewczynę. Odsunął się odrobinkę a ja poczułam jak przyjemny dreszcz na plecach znikł.
-Zdrowie.-stuknęliśmy się kieliszkami i upiliśmy po łyku płynu, który mimowolnie schłodził się. Na zewnątrz był przecież lekki przymrozek.
Spojrzałam na zegarek wskazujący 23;50.
-Jeszcze tylko dziesięć minut.-uśmiechnęłam się i popatrzyłam w dal. Wioska tętniła życiem.
-Mhmm.-Fred ostrożnie wstał uprzednio odkładając butelkę, która była już na wpół pusta.
-Zatańczymy?-wyciągnął w moją stronę swoją rękę. Uśmiechnęłam się delikatnie. Ujęłam jego dłoń, która o dziwo była przyjemnie ciepła. Był ode mnie o wiele, wiele wyższy. Oparłam głowę o jego klatkę piersiową. Wsłuchiwałam się w jego miarowy oddech i spokojne bicie serca. Kołysaliśmy się w rytm muzyki, która leciała w salonie Weasley'ów. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak dziwnie musimy wyglądać na samym środku dachu rozwalającego się domu.
-Miona, ufasz mi?-zagadnął. Zdrobnienie mojego imienia w jego ustach było takie piękne. Uniosłam delikatnie głowę i spojrzałam w jego ciepłe tęczówki.
-Ufam.-powiedziałam bezgłośnie. Na dole zaczęli odliczać sekundy do Nowego Roku.  Fred przytulił mnie do swojego torsu i jak gdyby nigdy nic zekoczył ze mną w ramionach  z dachu.
-7, 6, 5..-odszukał moje usta i wpił się w nie. Jego wargi były, delikatne, miekkie i rozkosznie gorzko smakowały. Poczułam znajome szarpnięcie w pępku. Aportowaliśmy się. Nasze ciała opadły w gorący piasek na jednej z brytyjskich plaż.
-2, 1, 0..-na niebie rozbłysły miliony kolorowych fajerwerków. Dokładnie to samo działo się w mojej głowie, brzuchu, sercu w każdej części mojego ciała.
-Szczęśliwego Nowego Roku.-wyszeptał między pocałunkami, które składał na moich ustach, policzkach, powiekach i nosie. Nie liczyło się już nic, kompletnie nic. Pewne granice przestały istnieć. Niebo nad nami iskrzyło się kolorowymi światłami.
-Będzie Szczęśliwy.-wyszeptałam przytulając się do niego. To był najlepiej zakończony i rozpoczęty rok w moim życiu. Wracając do Nory byłam już dziewczyną Freda Weasley'a. Zaczęliśmy razem zupełnie Nowy Rok, który miał przynieść nam więcej szczęścia, niż ktoś kiedykolwiek by się teko spodziewał.


Witajcie,
miało już nic nie być, noo ale jednak jest. SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

~~ Całuję Mopsicaa ;*

PS; Jutro nowy rozdział.

niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział 27.

Morticia Kaufman, o tak, śmiało można było powiedzieć, że jest ona najstraszniejszą osobą w całym zamku.  Czarna suknia sięgała się aż do kostek, ciasno związany gorset uwydatniał jej duże piersi, na ramiona zarzucony miała płaszcz. Zimne krople deszczu pieściły jej aksamitną skórę. Mimo, że robiło się coraz zimniej, ona sprawiała wrażenie jakby tego nie czuła. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, jedynie duże, czarne oczy  niekiedy przesuwały się po twarzach uczniów, bacznie ich obserwując.
-Odpowie mi ktoś wreszcie?-spytała lodowato. Gdyby nie ruszające się usta w kolorze czerwieni, trudno byłoby  się domyślić, że to właśnie profesorka wypowiedziała te słowa. Uczniowie nic nie mówiąc rozstąpili się ukazując jej makabryczny widok. Stukot obcasów nauczycielki roznosił się echem pomiędzy murami budynków. Na twarz kobiety wdarł się grymas pogardy ale znikł tak szybko jak się pojawił. Machnęła krótko różdżką i nad głowami grupki młodych czarodziejów zamigotał srebrny nietoperz, który po chwili rozpłynął się w ścianie jednej z opuszczonych kamienic.
-Odejdźcie na bok.-rozkazała. Nikt nie odpowiedział. Sprawa naprawdę wyglądała na poważną. Wszyscy posłusznie  odsunęli się na dostateczną odległość. Hermiona ukradkiem spojrzała na Draco, który stał obok niej. Mokra grzywka opadła mu na czoło, kropelki deszczu płynęły po jego bladych policzkach. Nie wyglądał na zbytnio poruszonego tą sytuacją.  Nie panowała nad sobą. Zaczęła gapić się prosto na Dracona, przypatrując się każdej części jego osoby. I pewnie robiłaby to bardzo,
doprawdy bardzo długo, gdyby w końcu sam obiekt obserwowania nie odwrócił się w jej stronę.  Zamrugałam kilka razy i zarumieniłam się. Uśmiechnął się niezauważalnie. No tak, stwarzał pozory. Huk aportacji sprawił, że odwróciła od niego swoje tęczówki. Koło profesor Kaufman pojawiła się dyrektor McGonagall wraz z profesorem Paynem i Fitwickiem.  Jej ręka mimowolnie powędrowała do ust, źrenice rozszerzyły się a nozdrza niezauważalnie drgnęły.  Wymieniła znaczące spojrzenia z innymi nauczycielami i odwróciła się w stronę  uczniów.
-Wróćcie do zamku i czekajcie pod moim gabinetem.-odpowiedzieli jej niemrawym kiwnięciem głowy i gęsiego zaczęli przechodzić przez wąską uliczkę. Gdy już przedostali się na główną ulicę zaczęli zmierzać w stronę Hogwartu. Ciszę panującą między nimi przerywał miarowy stukot kropli deszczu o brukową ulicę. Szli wolno, nie spieszyło im się.
-Jak myślicie, co go tak urządziło?-głos Harry'ego przedarł się przez głuchą ciszę. Mimo, że Potter był pokłócony z Ronem najpierw spojrzał na niego, później na Hermionę. Ron w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami, a dziewczyna spojrzała nieprzytomnie w dal, na najwyższe szczyty zamku.
-To nie było żadne zwierze.-odpowiedział po dłuższej chwili Zabini.
-Skąd wiesz?-Wybraniec chciał jak najdłużej utrzymać rozmowę. Nienawidził ciszy, przytłaczała go.
-Ma Wybitny z Opieki to coś musi umieć.-do rozmowy włączył się Teodor. Harry zamyślił się i już chciał coś powiedzieć, lecz Terence go ubiegł.
-W takim razie, co to mogło być?
-Myślę, że to wilkołak, po wojnie przybyło ich trochę.-odpowiedział Draco zakładając  kaptur na głowę.
-Nie.-Hermiona pokręciła szybko głową na boki. Wszystkie pary oczu zwróciły się ku niej. 

 -To bardziej wyglądało, jak jakiś rytuał. Okrąg, krew i wczorajsza pełnia.-odgarnęła włosy z twarzy.
-Racja.-zgodził się Wybraniec.-Widzieliście ostatnio coś niepokojącego?-zagadnął. Blaise nerwowo zamrugał i spojrzał na Rudą, która momentalnie zbladła. Kiwnął lekko głową dając jej znak, że ma powiedzieć.
-Ja widziałam.-zaczęła. Nie patrzyła na nikogo, szła przed siebie.-Wczoraj w bibliotece zostawiłam podręcznik do  zielarstwa i musiałam po niego wrócić. Jak przechodziłam obok jednego z okien rzuciła mi się w oczy pewna postać, która zniknęła w korzeniach bijącej wierzby.-skłamała gładko. Dobrze wiedziała, że stąpa po bardzo cienkim lodzi. Jeden gwałtowny ruch i tafla pęknie.
-Ja także widziałem ją, tylko, że to było wtedy, gdy były te felerne zawody nad jeziorem. Wtedy myślałem, że to jakiś nauczyciel idzie na Ognistą albo coś.-dodał Diabeł. Chwilowo zapanowała cisza w której każdy z nich zastanawiał się nad wypowiedzianymi słowami.
-Krew, pełnia, rytuały, to nie ma sensu.-mamrotał Harry.
-Może lepiej niech zajmie się tym Ministerstwo.-powiedział Teodor.
-Jakbyś nie zauważył Ministerstwo ma teraz na głowie poszukiwanie twojego ojczulka Śmierciożercy.-głos Rona niemal ociekał kpiną, co doprowadzało Zabiniego do szału.  Zatrzymał się w miejscu i ściągnął kaptur z głowy.  Rękę zacisnął na różdżce.
-Masz coś jeszcze do powiedzenia?-warknął i stanął na przeciw rudzielca.
-Nie unoś się Zabini, bo na Ciebie też się coś znajdzie.-uśmiechnął się kpiąco.
-Ron..-szepnęła cicho Luna.
-Zamknij się.-wysyczał przez zaciśnięte zęby odsuwając ją od siebie. Tego było już za wiele. Nie dość, że Blaise i tak miał już dziś zepsuty dzień, to na dodatek Weasley'owi zbiera się na gierki.
-Przeproś ją.-powiedział nad wyraz spokojnym głosem Teodor, który pojawił się obok Blaisa. Reszta cofnęła się odrobinę w tył.
-No, no Nott, jak tam tatuś?-Rudzielec igrał z ogniem. Teodor już się zamachnął, lecz wyprzedził go Diabeł. Ron złapał się za pulsujący policzek.
-Tylko na tyle Cię stać?-wstąpiła w niego nad wyraz duża ilość odwagi.
-Jesteś aż tak głupi Weasley, czy płacą Ci za to? Jednak jesteś głupi sam z siebie, bo ledwo na buty Ci starcza.-lodowaty ton głosu Draco, zmusił go do odwrócenia się. Ślizgon patrzył z obrzydzeniem wymalowanym na twarzy na stare trampki Rona, które były w opłakanym stanie. Był otoczony przez trójkę Ślizgonów. Terence jak zawsze gdzieś się odsunął jak na pacyfistę przystało. Mimo, że był w Slytherinie, nie był typowym Ślizgonem.

Jego rodzice nie byli typową rodzinną arystokratyczną. Nigdy nie przyłączyli się do Voldemorta i Śmierciożerców, uparcie stali po stronie zakonu. Nie traktowali mugoli jak śmieci. Duży wpływ na to miała matka Terence'a, która bardzo lubiła mugoloznastwo.  To był prawdziwy cud, że trafił on do Slytherinu.
Ron zaśmiał się  gardłowo.
-Lepiej popatrz na siebie. Dziwka Parkinson zostawiła Cię dla Pottera.-kolejny cios powędrował w stronę Rona. Tym razem był to Harry, który podbiegł do niego, gdy ten zacząl obrażać Pansy. Z wargi młodego Weasley'a zaczęła  kapać krew. Oczy Luny zaszły łzami, Ginny ukryła twarz w dłoniach, Hermiona zamknęła oczy a Pansy patrzyła na wszystko z lekkim uśmiechem na twarzy. Ewidentnie była dumna ze swojego chłopaka.
-Jak śmiesz Ty..-Ron sięgnął do kieszeni kurtki po różdżkę i zaczął nią celować w zielonookiego.
-Expelliarmus.-Blaise jak zawsze był na wszystko przygotowany.
-Słuchaj Weasley- zaczął Draco.-pozwolimy wybrać Ci karę dla siebie. Terence zabierz je stąd.-wskazał głową na dziewczyny.
-Nigdzie się stąd nie wybieram.-krzyknęła Pansy i założyła ręcę na piersiach.
-Ja również.-powiedziała Hermiona i spod przymrużonych powiek spojrzała gniewnie na Draco. Smok westchnął i machnął krótko ręką, mrucząc pod nosem, coś niezrozumiałego.
-I jak, wymyśliłeś już coś?-w międzyczasie Blaise zdążył skrępować rudzielca niewidzialnymi linami, a Teodor przetransmutował zapalniczkę w ostrze, którym sunął po piegowatym policzku chłopaka. Ron nieustannie szarpał się ale jego starania poszły na marne.
-Teodor proszę zostaw go..-Luna podeszła do chłopaka i spojrzała na niego z niemym błaganiem w oczach.
-Odsuń się.-Ron wrzasnął z bólu kiedy zimne ostrze wbiło się w delikatną skórę blisko oka. Luna krzyknęła, słone łzy zaczęły moczyć jej twarz. Higgs z wielkim trudem odciągnął ją od Notta.
-Nie wysilaj się, nikt Cię nie usłyszy.-to była szczera prawda. Byli w połowie drogi do Hogwartu, a wokół nich ani jednej żywej duszy.
-Kontynuuj Teodorze.-Draco skłonił się lekko przed przyjacielem. Uszy Teodora niegdyś tak czułe na krzyk Krukonki, teraz były głuche na jej wołanie. Gorąca krew Gryfona mieszała się z kroplami deszczu.
-Teodorze.-ostrze wypadło z jego ręki w spowolnionym tempie spadając w mokry piach na drodze. Ten głos, poznałby go wszędzie.
-Jesteś dobrym człowiekiem.-szept dochodził jakby z wewnątrz jego głowy. Patrzył po twarzach osób przyglądających mu się z dziwnym błyskiem w oczach.
-Annabelle.-szepnął ledwo dosłyszalnie. Usłyszał ogłuszający krzyk. Jej krzyk. Najwyraźniej tylko on go słyszał. Przyłożył dłonie do uszu, nie chcąc tego słuchać. Nie pomogło, wręcz przeciwnie, krzyk nasilał się. Upadł na kolana w mokry, żwirowi piach. Nastała nieprzenikniona ciemność. Stracił przytomność.


Witajcie, 
to chyba ostatni rozdział w tym roku. Chcę wam bardzo serdecznie podziękować za wspieranie mnie w bardzo trudnych chwilach. Mam nadzieję, że uda nam się dotrwać do końca tej historii. 
Przepraszam Teodor :C

~~ Całuję Mopsicaa ;*

PS; Znacie kogoś kto zrobiłby dla mnie szablon?

piątek, 27 grudnia 2013

Rozdział 26.

 Harry iPansy przechadzali się tłocznymi uliczkami Hogsmeade. Mijali grupy uczniów, którzy obracali się i ukradkiem na nich spoglądali. Niektórzy byli nawet tak bezczelni, że wytykali ich palcami i szeptali sobie coś do ucha, lecz para zupełnie się tym nie przejmowała. Szli oglądając najróżniejsze wystawy ulicznych sklepików i objadali się pysznymi, kremowymi bryłami nugatu. Były to ulubione słodycze Pansy. Niewielu przyzwyczaiło się do tego, że ta dwójka jest razem.
-Harry, chodźmy tam. Chcę obejrzeć sukienki na bal.-Czarna pociągnęła go w stronę jakiejś obskurnej uliczki, która miała służyć im jako skrót.
-To bal anonimowy, nie mogę widzieć twojej sukienki.-Wybraniec uniósł swoje zielone oczy ku niebu, które aktualnie przybrało barwę szarości. Najwidoczniej zbierało się na deszcz.
-No dobra, to Ty idź kupić sobie pióra a ja obejrzę sukienki. Spotkajmy się na dziedzińcu za pół godziny.-powiedziała i cmoknęła Złotego Chłopca w polik.
-Nie zgub się tylko.-zaśmiał się Potter, gdy Pan była w wystarczająco dalekiej odległości. Gryfon poprawił szal i ruszył powolnym krokiem w przeciwną stronę. Nie trwało to jednak długo, ponieważ usłyszał mrożący krew w żyła krzyk, który należał do Pansy. Nie zastanawiając się długo, zaczął biec w stronę, gdzie jeszcze chwilę temu rozstał się z ukochaną.

                                       *                                *                             *


Ron ciągnąc Lunę za włosy skierował się w stronę jakiegoś zaułka. W oczach blondynki zebrały się duże, gorzkie łzy. Tak bardzo chciała, żeby to wszystko się skończyło. Dzisiaj nawet układała sobie w głowie słowa, które chciała powiedzieć młodemu Weasley'owi. Tylko, że tym razem znowu było tak samo. Ronald przyszedł po nią rano z wielkim bukietem białych róż, które dziewczyna tak uwielbiała. Zaprosił ją na spacer po Hogsmade a ona się zgodziła. Przechadzając się główną ulicą rozmawiali i śmiali się jak dawniej. Luna znów poczuła, że wrócił dawny Ron. Miły, szarmancki i czuły. W jej sercu ponownie zapłonęła miłość do tego rudego chłopaka. Gdy wszystko powoli się układało, on  ponownie to zepsuł. Zrobił jej kolejną scenę zazdrości z błahego powodu. Ona tylko podniosła torbę z zakupami jakiemuś chłopakowi z Hufflepuffu. Ronald najwyraźniej źle to zinterpretował i rozpętał awanturę. Skutkiem tego jest fakt, że Luna aktualnie została przyparta do zimnej ściany a do jej gardła przykładana jest różdżka. Łzy płynęły po jej porcelanowych policzkach.
-Co Cię z nim łączy?!-krzyknął prosto w jej twarz.
-Przysięgam, że nic.-załkała i już po chwili poczuła piekący ból w okolicy oka. Kolejny raz ją uderzył.
-Nie kłam!-już szykowała się na kolejny cios, lecz nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego oboje usłyszeli głośny krzyk dobiegający gdzieś niedaleko.
-Luna....ja przepraszam.-wyszeptał chłopak i przytulił ją do swojego torsu. Pocałował ją krótko w czoło i wziął za rękę. Ruszyli w kierunku dobiegającego głosu.

                                      *                                *                                *



Draco, Teodor, Blaise i Terence siedzieli w pubie Pod Trzema Miotłami i popijali Grzańca. Zabini mocniej zacisnął palce na gorącym kubku. Zauważył, że grupka piątoklasistów patrzy prosto na nich i szemra coś między sobą. Na razie tyle potrafił znieść. Ale gdy niska blondynka wskazała na nich palcem i się roześmiała, nie wytrzymał. Poderwał się z miejsca, lecz od razu został powstrzymany przez Draco i Teodora, którzy złapali go za rękawy kurtki. Grupka uczniów widząc co się dzieje zaczęła gorączkowo zbierać swoje rzeczy i po chwili już ich nie było.
-Nie warto.-odezwał się Terence popijając swój napój. Blaise z westchnieniem opadł na krzesło. 
-Jesteś strasznie porywczy.-powiedział spokojnie Teo i zaczął dopinać suwak swojej katany.
-Nie o Tobie mówią, więc nie powinieneś się przejmować.-dodał Smok i odstawił pusty kubek na stół.
-Ty byś siedział cicho, gdyby mówili o mnie, albo o Terrym?-warknął. Stracił już cały apetyty na resztę dnia. Zapadła cisza w której wszyscy wpatrywali się intensywnie w Diabła. 
-No właśnie.-dodał Zabb, gdy nie udało mu się uzyskać żadnej konkretnej odpowiedzi. 
-Dobra zwijamy się.-Nott rzucił na stół kilka galeonów i wstał z krzesła. Wszyscy czworo udali się do wyjścia i już po chwili szli główną ulicą Hogsmade.  
-Moi rodzice zapraszają nas na Święta w góry.-Terence uśmiechnął się pogodnie. Właśnie przechodzili obok rzadko odwiedzanych, obskurnych skrótów. Blaise zarzucił kaptur na głowę.
 -Mam już plany na Święta.-mruknął cicho blondyn. Nagle gdzieś z oddali usłyszeli przeraźliwy, kobiecy wrzask.
-Co to było?-wypalił Blaise, a Smok dziękował w duchu Merlinowi za to, że nie musi im niczego tłumaczyć. 
-Nie wiem, ale sprawdźmy to.-Teodor wyciągnął z kieszeni różdżkę i wszedł w jedną z uliczek, które właśnie mijali. Jego przyjaciele ruszyli za nim.

                                  *                                                 *                                            *



-Lepiej Ci  w tych nowych włosach.- Hermiona razem z Ginny wychodziły właśnie od Magofryzjera*. Ruda postanowiła odrobinę upiększyć swoje włosy. Mianowicie, zmieniła ich kolor na ciemno różowy.
-Dzięki, wreszcie się odważyłam na takie zmiany.-uśmiechnęła się lekko.-Przyjeżdżasz na Święta do Nory?-spytała. Granger wiedziała, że prędzej czy później padnie to pytanie. Pani Weasley już od dawna planuje zrobić wielkie przyjęcie Świąteczne dla całej rodziny, Zakonu i przyjaciół. Ona niestety musi zrezygnować z tej przyjemności. 
-Nie mogę, mam inne plany.-bąknęła pod nosem.
-Jakie inne plany?-Ruda uniosła brwi do góry. 
-Wracam na Święta do mojego domu.-odpowiedziała. Musi uważać, co mówi, aby nie wygadać się przed przyjaciółką, że Malfoy jest ważniejszy od niej i całej jej rodziny.
-I będziesz spędzać je sama? Nie wygłupiaj się Miona.
-Nie całkiem.-Herm czuła jak robi jej się coraz goręcej, mimo, że z nieba zaczęły kapać pierwsze krople deszczu. 
-A z kim?-Ginny niebezpiecznie zmrużyła oczy. To nie wróżyło nic dobrego. 
-Z Alex.-wymyśliła na miejscu. Wiedziała, że kłamstwo ma krótkie nogi, ale nie miała odwagi powiedzieć jej prawdy. 
-Z tą świrniętą laską?-Ginn nakreśliła palcem małe kółko wokół skroni. 
-Tak z tą.-mruknęła. Chwilowo zapanowała cisza, którą przerywały jedynie odgłosy kapania wody, kroki i śmiechy innych ludzi.
-Idziemy na piwo kremowe?-spytała różowowłosa.
-Tak, chodź skrótem, będzie szybciej.-obie ruszyły w stronę wąskiej alejki. Robiło się coraz chłodniej i zaczynało mocniej padać. Ludzie zaczęli chować się w sklepach, pubach lub herbaciarniach. 
-Ginny, słyszałaś to?-Hermiona na moment przystanęła w miejscu i sięgnęła do kieszeni swojej kurtki.
-Co słyszałam?-gdzieś z daleka dochodził do ich uszu krzyk.
-Chodźmy to lepiej sprawdzić.-Hermiona jak zawsze martwiła się tylko o ogół, nigdy o siebie. Obie dziewczyny ruszyły w stronę jakiejś wąskiej alejki, by po chwili zniknąć z pola widzenia zaciekawionych uczniów.

                                                    *                                       *                            *

Harry biegł ile sił w nogach. Odpędzał od siebie myśl, że Pansy mogło cokolwiek się stać. Jego drobnej, kruchutkiej istotce. Wybiegł zza rogu  jakiegoś budynku i zobaczył ją. Stała oparta o kamienny mur. Nieruchoma, jakby była z wosku. Rękę trzymała w okolicy serca a wzrok utkwiony miała gdzieś w ziemię naprzeciw siebie. Bystre, zielone oczy Harry'ego mimowolnie powędrowały w tamtym kierunku. Jego serce na chwilę zamarło, by po chwili zacząć pracować ze zdwojoną siłą. Kamienna ulica ubrudzona była krwią.  Jedna ze smug ciągnęła się po podłożu, by później nagle się urwać. Na bruku narysowane krwią było jakby koło. A w samym środku tego okręgu leżał martwy mężczyzna. Jego ciało było porozrywane, jakby napadło go stado Harpii. W tej chwili Harry nie był zdolny do jakiegokolwiek ruchu. Mimo, że podczas wojny często widział takie rzeczy, to teraz ciężko było mu na to patrzeć. Gardło wyschło mu na wiór, ręce zaczęły się pocić, a nogi były jak z waty. Gdzieś z oddali usłyszał odgłos kroków. Coraz głośniejszy. Nagle się urwał. Powoli odwrócił się i zobaczył grupkę ludzi. 
-Tylko nie wyy..-szepnął kiedy ujrzał Malfoy'a, Zabiniego, Notta, Higgsa, dwójkę Weasley'ów, Hermionę i Lunę. Już kiedyś przypadkowo, no może nie całkiem przypadkowo wpakował się z nimi w niezłe tarapaty. 
Deszcz zaczął padać coraz mocniej. Ciszę panującą tam przerywał tylko odgłos kropli spadających na ziemię. 
-Co tutaj się dzieje?-dobiegł ich zza pleców tak dobrze znany, lodowaty głos. Nie musieli się nawet odwracać, by ją zobaczyć. Za nimi stał postrach Hogwartu, a mianowicie Morticia Kaufman.


                                             *                                *                         *






  *-nazwa wymyślona przeze mnie ^^

Witajcie,
tamtamtam, ostatnio dostała maila z zapytaniem dlaczego katuję tak Lunę :D Pewnie większość z was się nad tym zastanawia. Wątek Luny i Rona oparty jest na historii dziewczyny i chłopaka z mojego gimnazjum. Oni zachowują się identycznie. Ona także czyta moje opowiadanie i postanowiłam, że gdy ona zerwie ze swoim 'chłopakiem' to Luna rozstanie się z Ronem. Jeśli to się nie stanie do końca mojego opowiadania, to ten wątek dojdzie do tragicznego zakończenia. A po za tym chciałabym was jeszcze zapytać o Teodora. Co do jego postaci, to mam strasznie duuuuużo zakończeń. A co wy byście chciały, abym z nim zrobiła? Czekam na wsze komentarze ^^
~~ Całuję Mopsicaa ;*

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzenia + NIESPODZIANKA. ♥

  1.  To drabble zostało przetłumaczone*.

Widziała, jak siedzi w skórzanym fotelu przy kominku. To była świąteczna przerwa. Myślała, że cieszył się z powrotu do domu. Luna pamiętała, że ojciec Teodora  jest w Azkabanie, a matka już nie żyje.
Nie chciał wracać do domu. Po namyśle, Luna postanowiła zostać z nim  na święta. Przecież każdy zasługuje na trochę szczęścia w ten wyjątkowy czas.
Zaparzyła dla nich najlepszej herbaty i wróciła do pokoju. Przysiadła obok niego.
-Wesołych Świąt Teo- powiedziała, podając mu kubek z parującym wrzątkiem. Teodor spojrzał na nią. Ujęła ostrożnie uszko filiżanki i upiła łyk ciepłego płynu.
-Wesołych Świąt -. Luna uśmiechnęła się delikatnie.

                              *                                            *                                          *

      2. Pochyła czcionka- myśli bohaterki*.

Siedziałam na lekcji. Ron pochylony nad pergaminem wszystko dokładnie notował. Rude kosmyki jego włosów opadały  na czoło. Tak, powiem mu to teraz! Odetchnęłam  i odłożyłam pióro na stolik. No dalej Hermiono, nie takie rzeczy robiłaś. To przecież nic trudnego.  Ron przecież Cię zrozumie.
 -Ja chciałem pożyczy..-zaczął ktoś za mną.
-Kocham Cię R...-zaczęłam w tm samym momencie, co nowo przybyły.
-Widzę Granger, że nawet Ty nie oparłaś się mojemu urokowi.-Malfoy uśmiechnął się kpiąco. Ron ze zdziwienia, aż się zakrztusił. Genialnie. 
-Idź do Diabła Malfoy.-zaśmiał się tylko. Odgarnął moje loki za ucho i odszedł, zostawiając tylko zapach swoich  genialnych perfum.


           3. 

         
        Draco nerwowo chodził po swoim pokoju. Wrócił na święta do Malfoy Manor. Za kilkanaście minut do jego domu przyjedzie banda Idiotów na czele z wężowatym Durniem.  Potarł dłonią twarz i usiadł na łóżku. Gdzieś z dołu dochodził do niego stukot obcasów matki. Nagle usłyszał  stukanie o szybę. Podniósł się z miejsca i ruszył w tamtą stronę. Za oknem siedziała mała sówka z dużym listem. Zabrał przesyłkę. Zaczął go szybko otwierać, ponieważ z dołu usłyszał wołanie Narcyzy. W środku była mapa Londynu i list. Rozwinął kartkę i przeczytał jedno, jedyne zdanie.
Słyszałam, że zawsze chciałeś zwiedzić niemagiczny Londyn.  H.
                                                                                       

 Życzenia

 Ile Ron przez Draco szlochał, ile kobiet gołych kochał, ile Blaise się na opalał, ile Terence w disco szalał, ile Albus nie powiedział, ile wdzięku jest w Hermionie,  tyle zdrowia, pomyślności, szczęścia, ciepła i radości! 

Życzę wam ciepłych, rodzinnych Świąt Bożego narodzenia. Worka prezentów, w sylwestra procentów i wszystkiego, co najlepsze.

Dziękuję wam, że ze mną jesteście. Sprawiacie mi tym ogromną radość. Mam także nadzieję, że wytrzymacie ze mną do końca tego opowiadania.


~ Mopsica ;* 

sobota, 21 grudnia 2013

Rozdział 25.

Ron w bardzo podłym humorze wchodził właśnie do Skrzydła Szpitalnego. W tym tygodniu było to najczęściej odwiedzane przez niego miejsce. Tym razem na ostatniej lekcji, którą było zielarstwo zdarzył mu się bardzo niemiły wypadek. Jego czyrakobulwa w dziwny sposób wybuchła i sok z jej bąbli poparzył mu ręce. Cały wierzch dłoni piekł go niemiłosiernie, jakby ktoś przykładał mu do nich zapaloną zapałkę. W zwykłego pecha już dawno przestał wierzyć. Przecież to niemożliwe, żeby dzień w dzień zdarzały mu się tak przykre rzeczy. W pierwszy dzień tygodnia, czyli w niedzielę, ktoś dolał mu do napoju amortencji. Do teraz śmieją się z niego inni uczniowie Hogwarty. Kolejnym minusem jest to, że chyba Crabbe liczy na coś więcej, ponieważ cały czas ugania się za Ronem lub wysyła mu jakieś zbereźne liściki. Dodatkowo musiał ze wszystkiego tłumaczyć się Lunie, która ostatnio zrobiła się jakaś dziwna. Znika gdzieś a jak pyta, co się z nią dzieje to tłumaczy, że ma dużo zadane. Chyba będzie musiał się z nią dogadać w inny sposób. W poniedziałek przez cały dzień był ścigany przez Irytka. Poltergeist nie dawał mu spokoju przez cały dzień. Chował się przed nim w każdym możliwym miejscu, ale ten i tak go znalazł. Wylał mu na głowę jakieś mazidło, przez, co do teraz na twarzy ma pełno krost. We wtorek poślizgnął się na mokrej posadzce i spadł ze schodów lądując wprost przez nosem Vincenta, który był tak przejęty jego stanem, że niósł go przez cały Hogwart do Skrzydła Szpitalnego. Oczywiście nie obeszło się bez niemiłych komentarzy  i salw śmiechów. Na szczęście z tego zdarzenia wyszedł bez żadnego szwanku, nie licząc urazów psychicznych, spowodowanych grubymi palcami Ślizgona w miejscach, gdzie nigdy nie powinny się znaleźć. W środę, gdy spacerował z Luną po Błoniach narobiła mu na głowę sowa. Oczywiście, to mógłby być wypadek, gdyby nie fakt, że ta sowa goniła go po całych błoniach. Biegnąc do zamku poślizgnął się na mokrej trawie i uderzył głową w kamień. Efekt był niemal natychmiastowy. Ron zemdlał i obudził się dopiero następnego dnia w Skrzydle Szpitalnym. W czwartek wychodząc ze szpitala natknął się na grupkę Ślizgonów. Tak zwaną bandę Malfoy'a. Doszło do kilku sprzeczek, wyzwisk i pojedynku. Rezultatem są jego wściekle różowe włosy, których Pani Pomfrey do teraz nie może usunąć. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było ścięcie się na przysłowiową 'zapałkę', ale na to nie może sobie pozwolić. No i właśnie w takim nieszczęściu minął mu ten tydzień. 
-Pani Pomfrey, to ja.-krzyknął wchodząc do pomieszczenia w którym królowały odcienie bieli. Stukot obcasów pielęgniarki poniósł się echem po izbie.
-Co tym razem Panie Weasley?-spytała wkładając na dłonie białe rękawiczki. Ron syknął ale ukazał jej swoje poparzone ręce. 
-Twoje rodzeństwo przez tyle lat pobytu w murach tego zamku, nie odwiedziło mnie tak często jak Ty w przeciągu tego tygodnia.-starsza kobieta zaśmiała się.  
-Mam pechowy tydzień.-bąknął smętnie, spuszczając wzrok na swoje brudne od błota buty.

                                    *                                    *                                 *

Teodor w świetnym humorze opuścił cieplarnie numer dwa. Pogwizdując cicho pod nosem udał się w stronę zamku, aby zjeść obiad. Wszystko powoli zaczęło się układać. Rudego Łasica codziennie spotykała jakaś niemiła niespodzianka, Luna znów zaczęła się z nim spotykać i dodatkowo udało mu się odszukać pewną informację dotyczącą zaczarowanych zwierciadeł. W sumie to nie było nic, aż tak bardzo znaczącego, ale zawsze coś. Powoli a uda mu się rozwiązać tę zagadkę. Najważniejsza jest cierpliwość. Dzisiejszego dnia już chyba naprawdę nic nie może mu popsuć. Chłodny jesienny wiatr rozwiał mu  włosy, więc szczelniej otulił się srebrno-zielonym szalem. Przyspieszył kroku, aby szybciej znaleźć się w zamku. Wchodząc do środka uderzył w niego zapach najrozmaitszych potraw. Jakby na zawołanie zaburczało mu w brzuchu. Gdy wchodził do Wielkiej Sali właśnie zlatywały się sowy niosące uczniom pocztę. Żwawym krokiem ruszył do swojego stołu i usiadł koło Astorii. Nalał do swojego pucharku soku dyniowego i zaczął nakładać na swój talerz ziemniaków. Nie trwało to jednak długo, ponieważ tę czynność przerwała mu mała sówka, niosąca w dzióbku nowy numer Proroka Codziennego. Poszukał w kieszeni szaty monetę i wrzucił do woreczka, który zwierzątko miało przyczepione do nóżki. Płomykówka upuściwszy gazetę odleciała w stronę wyjścia a Teodor zaczął konsumować swój posiłek. 
-Smacznego.-usłyszał głos Czarnej i już po chwili dziewczyna siedziała obok niego. 
-Dzięki.-odpowiedział. Dziwiło go trochę to, że Pan została dziewczyną Harry'ego. Wczoraj im o tym powiedzieli-Ona i Wybraniec. No ale to jest jej wybór i musieli go zaakceptować. Ich związek i tak nie ma prawa przetrwać. Rodzice Pansy ustalili już datę jej ślubu i jest przekonany, że panem młodym na pewno nie będzie Potter.  Z nim jest dokładnie tak samo. Musi zostać mężem Sophie. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest upozorowanie własnej śmierci, lub śmierć drugiej osoby. Tylko, że Teodor wymyślił genialny plan. Ktoś musiałby być naprawdę głupi, aby uwierzyć w to,  że on ożeni się z tą flądrą. 
-Mogę?-kątem oka spojrzał na Pansy, która wskazywała na egzemplarz Proroka. Potakująco kiwnął głową i wrócił do jedzenia. Usłyszał brzdęk spadającego widelca i zmusił się do ponownego obrócenia głowy. Pansy wpatrywała się w gazetę nieprzytomnym wzrokiem. Jej twarz była niemal tak blada jak kartka papieru. 
-Czarna?-delikatnie drgnęła na dźwięk jego głosu. Nie mówiąc nic podała mu gazetę. Spojrzał na pierwszą stronice i jego widelec także spadł i uderzył o porcelanowy talerz. Na stronie głównej widniała fotografia jego ojca -Anthony'ego Notta  oraz ojca Draco - Lucjusza Malfoy'a.  Nerwowo przełknął ślinę i spojrzał na nagłówek opisujący artykuł.
 

Słudzy Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać.- Fakty i Mity. Str. 12.

Nadal wpatrywał się w zdjęcie ojca i przybranego 'wuja'. Nie spieszyło mu się z przewróceniem kartek na stronę dwunastą. Bał się tego, co tam może być napisane. Poczuł drobną dłoń Czarnej na swoim ramieniu. Chciała pokazać mu, że mimo wszystko ona jest z nim. Wypuścił ze świstem powietrze i przekartkował na odpowiednią stronę. Razem z Pansy zabrał się za czytanie artykułu.

Kilka tygodni temu z Azkabanu uciekła bardzo niebezpieczna grupa więźniów. Do dzisiaj ministerstwo nie ustaliło gdzie mogą oni przebywać. Jednymi z najgroźniejszych wśród nich są Anthony Nott oraz Lucjusz Malfoy. Byli oni najbardziej czynnymi śmierciożercami podczas II bitwy o Hogwart. Bezwzględni, egoistyczni oraz okrutni. Nasze źródła donoszą, iż podczas próby pojmania Notta seniora posługiwał się on własnym synem jako tarczą przed zaklęciami.  Jak powszechnie wiadomo, synowie zbiegłych sprzeciwili się i postanowili przejść na stronę Zakonu Feniks. Ich ojcowie zaprzysięgli zemścić się na Draconie M. i Teodorze N.. Czy dotrzymają danego słowa? Czy chłopcom grozi niebezpieczeństwo?
Przez długi czas do naszej redakcji zlatywały się sowy z listami od czytelników. W tym artykule postanowimy odpowiedzieć na państwa pytania. 


1. Czy to prawda, że Lucjusz Malfoy zabił własną żonę, Narcyzę?
 

Rita Skeeter prze prowadziła specjalne dochodzenie w tej sprawie. Faktycznie Narcyzy Malfoy od dawna nikt nie widział, lecz to nie powód do wyciągania pochopnych wniosków. Możliwe, że wyjechała na jakieś dłuższe wakacje, lub została uprowadzona przez męża sadystę. Tego jeszcze nie ustaliliśmy. 

2. Ministerstwo zajęło dwór należący do Państwa Nottów?

Nie, to akurat nie jest prawdą. Nott Manor należy do Teodora Notta, czyli jedynego syna Anthony'ego. Ministerstwo nie ma prawa zająć posiadłości dopóki żyje jej prawowity dziedzic. 

3.  Czy Dracon Malfoy i Teodor Nott są podejrzewani o uwolnienie swoich ojców z Azkabanu?

Nad tą opcją Ministerstwo Magii nadal się zastanawia. Owszem chłopców w tym czasie nie było w Hogwarcie, ale po wstępnych oględzinach stwierdzono, że dwójka nastolatków nie byłaby w stanie, do tak wielkiego czynu, jakim jest napad i uwolnienie więźniów z Azkabanu. Jest to jedno z najbardziej strzeżonych miejsc w Magicznym Świecie. 
 

Jeśli jeszcze nurtują państwa jakieś pytania proszę przysyłać listy na..

Ale Teodor już nie czytał. Rzucił gazetę na środek stołu i ukrył twarz w dłoniach.
-Jednak coś mogło popsuć mi ten dzień.-szepnął sam do siebie.

                                             *                          *                       *                     *



 
Szybkim krokiem przemierzał zimne korytarze Hogwartu. Kilka minut temu otrzymał nowy egzemplarz Proroka Codziennego, w którym jak zawsze zamieścili stek kłamstw. Pewnie całą połowa uczniów już zdążyła to przeczytać. Skąd to wiedział? Gdy tylko przechodził inni ustępowali mu z drogi i szeptali sobie coś do ucha wskazując palcami wprost na niego. Jeszcze tego mu brakowało. 
-Malfoy zaczekaj!-no tak jeszcze jej mu tu brakowało. Nie miał teraz ochoty na jej wykłady. Udał, że nic nie słyszał i przyspieszył kroku. Zaczął wspinać się już po schodach, gdy poczuł na nadgarstku drobną, kobiecą dłoń. Westchnął i obrócił się w stronę Gryfonki. 
-Tak?-starał się na delikatny uśmiech ale wyszedł mu tylko jakiś grymas.
-Czytałam gazetę.-szepnął cicho. Każdy zebrany w pobliżu podsłuchiwał ich. Mimo, że Ślizgoni przeprosili wszystkich po wojnie, to nadal nie mieli zbyt dobrej reputacji. W dodatku widok Granger i Malfoy'a rozmawiających jak równy z równym był rzadko spotyklany. 
-To wszystko?-uniósł lewą brew do góry i niechętnie wyswobodził nadgarstek z jej uścisku. 
-Nie, chciałam jeszcze powiedzieć, że chcę Ci pomóc.- duże bursztynowe oczy natrafiły na lodowate spojrzenie chłopaka. Po jej plecach znów przebiegł ten przyjemny dreszcz, który towarzyszył jej wtedy na błoniach.
-Nie potrzebuję twojej litości.-prychnął i zaczął wspinać się po schodach. Był zbyt dumny na to, aby przyjąć od niej jakąkolwiek pomoc. Sam sobie z tym poradzi, zawsze dawał radę to teraz też mu się uda. Hermiona stała i wpatrywała się w jego plecy. Poprawiła torbę na ramieniu i ruszyła za nim. O nie, ona nie da się tak łatwo zbyć. Nim zniknął na szczycie schodów zdążyła chwycić go za skraj szaty. Zatrzymał się, więc ona szybko go wyminęła i stanęła o stopień wyżej niż on. 
-To nie jest litość, tylko odpłacenie długu.-odpowiedziała ale dopiero potem zrozumiała jak to zabrzmiało. Blondyn zacisnął pięści. 
-Nie, przepraszam, nie miałam tego na myśli.-zaczęła się plątać. Nagle zaschło jej w gardle a dolna warga niebezpiecznie zaczęła drgać. 
-A jednak.-odpowiedział a jego głos przybrał temperaturę zera absolutnego. Twarz nie wyrażała jakichkolwiek emocji.
-Malfoy, jaa...-nie dokończyła, bo uciszył ją gestem dłoni. 
-Skończ.-wyminął się i ruszył przed siebie. a ona? Ona stała w miejscu usilnie próbując się nie rozpłakać. Nie dość, że pokłóciła się z Terencem to teraz schrzaniła sprawę z Malfoy'em. Chciała mu tylko pomóc, a wyszło jak zawsze. 


                   
                                             *                                     *                               *

-Gdzie idziesz?-Hermiona siedziała w swoim dormitorium czytając książkę. Nie spuszczając wzroku z kształtnych literek zadała pytanie swojej przyjaciółce, która zakładała czerwone kozaczki. 
-Idę do Harry'ego, podobno mam zostać nowym kapitanem drużyny.-skłamała. Za dużo czasu przebywała z nim, z wspaniałym kłamcą. Jej kłamcą. 
-To wspaniale. Czemu mi nie powiedziałaś?-ucieszyła się Hermi.
-To jeszcze tajne.-zaśmiała się Wiewiórka i  ruszyła do drzwi.-Wrócę później.-rzuciła na odchodne i wyszła. Hermiona westchnęła i odłożyła książkę na bok. Spod grubego ciemnoczerwonego koca wyciągnęła mapę Huncwotów. Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale z Rudą od dawna działo się coś dziwnego.
-Przysięgam, że knuję coś niedobrego.-szepnęła. Na pergaminie zaczęły  pojawiać się czarne linie, łączące się, krzyżujące, zbierające wachlarzowato w każdym rogu. Potem, na samym szczycie, ukazały się zielone ozdobne litery. Patrzyła zafascynowana jak wszystko łączy się w spójną całość. Już po chwili odnalazła kropkę z nazwiskiem jej przyjaciółki tuż obok kropki z nazwiskiem 'Harry Potter' . Skrzywiła się lekko. Czuła się trochę głupio, że nie uwierzyła Ginny. Przecież powinny sobie ufać. Gdy już chciał odłożyć mapę, wpadł jej do głowy pewien pomysł. Zaczęła przeszukiwać mapę Huncwotów kawałek po kawałku, aż w końcu natrafiła na kropkę z podpisem 'Dracon Malfoy'. Stał na Wieży Astronomicznej. Mogła się tego domyślić. Patrzyła jak zahipnotyzowana w czarne ślady stóp, które krążyły po wieży. 
-Koniec Psot.-powiedziała i szybko wstała z kanapy. Zarzuciła na siebie bordowy sweter, założyła buty i schowała do tylnej kieszeni jeansów różdżkę. Zabezpieczając zaklęciem drzwi zbiegła do Pokoju Wspólnego. Zapominając zupełnie o Ginny wybiegła przez dziurę w portrecie i szybkim krokiem ruszyła w stronę Wieży Astronomicznej. W międzyczasie rozłożyła mapę Huncwotów i zerkała na nią, gdy zbliżała się do jakichkolwiek zakrętów. Bez żadnych przeszkód trafiła na miejsce. Wspięła się po kręconych schodach na górę i ukryła się w cieniu pod ścianą. Włożyła pergamin do kieszeni i przypatrzyła się blondynowi. Tym razem stał oparty o barierkę. Chłodny, jesienny wiatr targał jego włosami i szatą. Bezszelestnie podeszła i stanęła obok niego wpatrując się w dal. 
-Czego chcesz?-odezwał się po chwili. W jego głosie nie było już złości, tylko pewien rodzaj smutku. Draco Malfoy smutny, a to coś nowego.
-Chcę pogadać.-odgarnęła włosy z twarzy i spojrzała na niego. Nadal wpatrzony w dal nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Złapała go za rękę.  Poczuła dziwną radość z tego, że nie odrzucił jej. Przecież dotykał Szlamy.
-Chcę zaprosić Cię do mnie na święta.-powiedziała na jednym wydechu.-Oczywiście jeśli zechcesz.-dodała szybko. Widziała jak powoli odwraca głowę w jej stronę. 
-Nie chcę twojej litości, już mówiłem.-powiedział.
-Nie lituję się nad Tobą.-wyjaśniła. Chłopak patrzył prosto  w jej czekoladowe oczy jakby chcąc doszukać się w nich choćby krzty kłamstwa.  Niczego takiego nie znalazł.
-Z miłą chęcią Granger.-delikatnie się uśmiechnął. Był to uśmiech tak piękny, że niemal ugięły się pod nią kolana. Draco był niczym anioł w ludzkiej postaci.

                         *                                              *                                                *

Szczelnie opatulona grubym swetrem przemierzała korytarze Hogwartu. Była już pięć minut spóźniona. Gdyby na trzecim piętrze nie natknęła się na kotkę Filcha zapewne byłaby szybciej. Wychyliła głowę zza zakrętu. Stał nonszalancko oparty o jeden z filarów. Ciemna grzywka opadała na jego czoło, czarne oczy lśniły w blasku pochodni. Odwrócił się w jej stronę i  delikatnie się uśmiechnął.
-Cześć.-przywitała go krótkim buziakiem w policzek.
-Co tak długo?-spytał.
-Pani Norris.-mruknęła.-Zostałam Kapitanem Drużyny.-pochwaliła się z promiennym uśmiechem.
-W takim razie gratuluję.-Blaise porwał ją w ramiona i okręcił się wokół  własnej osi.
-Cicho Głupku.-skarciła go Ruda. Powolnym krokiem przechadzali się korytarzem piątego piętra. Okrągły księżyc wlewał swój blask przez  strzeliste okna. Podeszli do jednego z nich i zapatrzyli się na błonia.
-Pójdziesz ze mną jutro do Hogsmeade?-zagadnął ją.
-Dobrze wiesz, że ktoś może nas zobaczyć.-odpowiedziała nie patrząc na niego.
-Wstydzisz się mnie?-to pytanie przedarło się do jej umysłu i odbijało się po nim głośnym echem. Oczywiście, że się go nie wstydziła.
-Nie, tylko Ron wpadnie w szał jak nas zobaczy.-spuściła wzrok na swoje buty.
-No tak.-powiedział smutno.-Patrz tam!-szturchnął ją szybko w ramię. Wskazywał na zakapturzoną postać sunącą szybko po błoniach. Zabini już raz ją widział, lecz całkowicie to zbagatelizował. 
-Kto to?-Ruda odruchowo przybliżyła się do chłopaka. 
-Nie mam pojęcia, ale coś mi tu nie gra.-przygarnął ją ramieniem i oboje patrzyli jak owa zakapturzona postać znika między konarami Bijącej Wierzby.

                                    *                                                    *                                 *


Witajcie,
mamy rozdział :D Potem pojawią się jeszcze jakieś Drabułki, ale to zależy od czasu i chęci mojej jakże leniwej osoby :D Miłego czytania ;*
~~ Pozdrawiam Mopsicaa.

 

piątek, 13 grudnia 2013

Rozdział 24.

-Teodor.-Draco wszedł do dormitorium przyjaciela i zamknął za sobą drzwi. Nott siedział na parapecie podokiennym i palił kolejnego papierosa. Annabelle znów wróciła do swojego lustra a Teodor stał się jeszcze bardziej markotny, niż zawsze. Nie chciał z nikim rozmawiać, ani nikogo widzieć, więc młody Malfoy stwierdził, że musi mu jakoś pomóc. Tak postępują przyjaciele.
-Długo jeszcze będziesz się tu ukrywał?-spytał i usiadł naprzeciw niego. Brunet wzruszył tylko ramionami i ponownie zaciągnął się duszącym dymem.
-Nadal nie mogę uwierzyć, że jej tu nie ma.-odezwał się po chwili.-Na dodatek ten rudy Wieprz chciał ją zgwałcić.-kontynuował.
-Że co?-zdziwił się blondyn.- Teraz to już mu się nazbierało.-zacisnął dłonie w pięści.
-Już nawet wymyśliłem dla niego dzień małych niespodzianek.-wargi Teodora lekko drgnęły.
-Pomóc Ci?-Draco mimo tego, że zmienił się, nadal lubił dokuczać gryfonom, a w szczególności temu jednemu.
-Jeśli mógłbyś załatwić mi włosy Granger i odciągnąć ją od Wielkiej Sali w czasie obiadu, to byłoby super.-Nott zgasił papierosa.
-Zrobi się.-w głębi duszy Draco ucieszył się, że ma możliwość spędzenia całego popołudnia z Hermioną.
Nastała chwila ciszy, w której oboje myśleli o kimś, kto w ich życiu jest bardzo ważny. Tylko, że w  życiu Teodora były dwie kobiety, które chciał mieć przy sobie. Jedną z nich była Luna, lekko zakręcona blondynka, a drugą Annabelle, stateczna szatynka. Obie znaczyły dla niego dużo, zbyt dużo. Jedną może wybrać. Wybór należy tylko do niego.
-Idziesz ze mną na obiad?-zagadnął go Draco. Teodor wybuchnął śmiechem i dopiero wtedy blondyn domyślił się jak dwuznaczne było to pytanie.
-Dziękuję ale nie skorzystam, Ty moja mała blondyneczko.-Nott też czasami potrafił być złośliwy.
 -Pierdol się.-powiedział Smok, ale mimo tego z jego twarzy nie schodził uśmiech. Dziś miał naprawdę dobry humor.
-Skombinuj mi te włosy Granger, jak najszybciej.-upomniał się Teo, kiedy Dracze już wstał z miejsca.
-Dobra, dobra, nie spinaj.-rzucił tylko na odchodne i wyszedł z dormitorium. 

                                       *                                       *                               *

Siedziała w Wielkiej Sali i przeglądała stronice Proroka Codziennego. Już od jakiejś godziny siedziała i czekała na Malfoy'a, tylko po to aby oddać mu pracę z transmutacji. Mogła się nie zgodzić. W sumie chciała to zrobić. Ale gdy tak patrzyła w te głębokie platynowoniebieskie oczy Draco, uległa. A po za tym to miała jeszcze na tyle honoru, aby się wywiązać z umowy.
Pokiwała głową, patrząc się na wejście do pomieszczenia.Właśnie wchodził a razem z nim Astoria Greengrass. Coraz bardziej zaczynała nie lubić tej Ślizgonki. Sama nawet nie wiedziała czemu. Przecież nigdy niczego złego jej nie zrobiła. Ale samo to, że kręciła się koło Draco, jakoś jej się nie podobało. Przeniosła wzrok na Draco. Sam jego widok przyprawiał ją o przyjemne dreszcze. Potargane blond włosy, niebieskie spojrzenie i łobuzerski uśmiech – był niczym Grecki Bóg.
Jeszcze chwila, nie będzie nachalna i da mu się najeść w spokoju, żeby nie pomyślał, że jest jakąś wariatką, czy coś. Odprowadziła go jeszcze spojrzeniem i powróciła do czytania gazety. Nie trwało to jednak długo, ponieważ przerwała jej profesor McGonagall, która podeszła do mównicy, by ogłosić jakiś komunikat.
-Proszę o uwagę!-powiedziała z mocą i natychmiast wszystkie szmery ucichły a głowy uczniów powędrowały w stronę dyrektorki.
-Jak już wiadomo, w Hogwarcie odbędzie się anonimowy bal. Dokładna data to 20 grudnia, czyli dzień przed wyjazdem uczniów do domów na święta. Dziękuję za uwagę.- w Wielkiej Sali ponownie rozbrzmiały rozmowy. Każdy zaczął dyskutować na temat balu, który Hermione w sumie mało interesował. Jakoś nie miała ochoty siedzieć samotnie przy stoliku i patrzeć na te wszystkie pary wirujące na parkiecie. Zapewne będzie tam także Ron razem z Luną co jakoś nie odpowiadało jej. Oczywiście nie miała do nich żalu, tylko było jej trochę przykro, że rudzielec ją tak potraktował. Przecież mogli rozstać się w normalny sposób.  Westchnęła i złożyła gazetę. Przeniosła wzrok i gdzieś między grupką ludzi wchodzących do Wielkiej Sali mignęła jej znajoma czupryna Dracona.
-Malfoy!-zawołała za nim i chłopak się odwrócił. Poprawiając torbę na ramieniu ruszyła w jego stronę.
-Cześć.-przywitała się, gdy z lekką zadyszką stanęła naprzeciw niego.-Mam coś dla Ciebie.-gorączkowo zaczęła przeszukiwać swoją torbę.
-Hej spokojnie, nigdzie się nie spieszę.-zaśmiał się cicho. Hermiona odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu udało jej się znaleźć pracę domową dla Dracona.
-Proszę.-wręczyła mu rolkę pergaminu zapisaną schludnym pismem.
-Dzięki Granger, o czekaj coś tu masz.-wyciągnął rękę w stronę burzy jej kasztanowych loków. Hermiona stała jak spertyfikowana patrząc jak jego dłoń wędruje w jej kierunku. Poczuła jak po wsunięciu jego długich palców we włosy, po jej plecach przebiega stado dreszczy.
-To kawałek grzanki.-skłamał udając, że wyrzuca coś na podłogę.
-Dracuuuuuuuuuuuuusiuu!-oboje gwałtownie obrócili głowy w kierunku nawoływania. Zarumieniona Astoria w wysokich szpilkach biegła w ich stronę. Blondyn mocniej ścisnął włosy, które trzymał w dłoni.
-Czekaj załatwię to.-bąknął do Hermiony i odszedł kawałek na bok. Już po chwili koło niego stała lekko zdyszana Astoria.
-Masz, wiesz co robić.-szybko wręczył jej pęczek kasztanowych kłaczków i pchnął w stronę drzwi. Uradowana dziewczyna w podskokach wybiegła z Wielkiej Sali a Draco wrócił do Hermiony.
-Chodź ze mną na błonia.-pociągnął ją za rękaw szaty i razem wyszli z Wielkiej Sali.


                             *                                                *                                        *

Draco przydzielił jej bardzo ważne zadanie, które musi wykonać jak najlepiej. W sumie to nie za bardzo podobało jej się to, że musi zmienić się w Granger. Robiła to tylko i wyłącznie dla Dracona. Unikając ciekawskich spojrzeń wślizgnęła się do opuszczonej, damskiej toalety znajdującej się najbliżej Wielkiej Sali. Tam czekał już na nią Teodor z butelką brązowego płynu w dłoni.
-Masz?-spytał krótko, a ona kiwnęła głową na potwierdzenie jego słów.-Wrzuć.-dziewczyna wrzuciła do bulgoczącej mikstury włosy, które Draco zabrał Granger.
-Masz, przebierz się.-kolejny chłodny rozkaz wypowiedziany przez Notta. Dziewczyna tylko prychnęła, ale posłusznie wzięła od niego torbę z ubraniami.
-Odwróć się.-zażądała a chłopak pokręcił tylko z politowaniem głową.
-Dziewczyno, nago widziała Cię połowa Hogwartu i w tym dwa razy ja, co Ci robi to za różnice?-mimo kąśliwej uwagi spełnił jej prośbę. Nic nie odpowiedziała. Zaczęła powoli zmieniać ubrania, usilnie starając nie rozpłakać się. To co powiedział Teodor było szczerą prawdą. Przez ostatnie dwa lata starała się na wszystkie możliwe sposoby wzbudzić zazdrość w Draco. Nie ważne jaka była tego cena. Mimo jej wysiłków nie udało się osiągnąć zamierzonych celów. Smok nic sobie z tego nie robił. W końcu się poddała i teraz stara mu się przypodobać choćby przez taką rzecz jak pomoc w jakiejś głupiej akcji. Wypuściła ze świstem powietrze i powachlowała dłońmi przed twarzą, chcąc odpędzić ostatnie gorzkie łzy napływające do oczu.
-Już.-odpowiedziała słabym głosem. Nott odwrócił się i podał jej eliksir.
-Do dna.-zachęcił ją gestem dłoni. Przełknęła ciężko ślinę i przechyliła buteleczkę wypijając całą jej zawartość. Smakował jak rozgotowana kapusta. 
Nagle wnętrzności skręciły jej się, jakby połknęła żywe węże. Zgięła się wpół, oczekując ataku mdłości, ale zamiast niech poczuła przebiegającą od żołądka po czubki palców rąk i nóg falę ostrego, piekącego bólu. Zaraz potem coś strasznego powaliło ją na kolana, jakby skóra na całym ciele roztopiła się jak gorący wosk. Wstała i na drżących nogach podeszła do lustra wiszącego nad umywalką. Spojrzała na dziewczynę, która się w nim odbijała. Długie, kręcone, kasztanowe włosy były jeszcze w większym nieładzie niż zawsze. Duże, bursztynowe oczy otulone wachlarzem czarnych rzęs były tak niepodobne do błękitnych oczu Astorii. 
-Wspaniale.-Teodor niemal podskoczył z zachwytu.-Masz, tylko zrób to niepostrzeżenie.-wcisnął jej w dłoń zakorkowaną ampułkę z wściekle różowym płynem. 
-Powodzenia.-krzyknął jak już wychodziła z toalety. Powolnym krokiem skierowała się ponownie do Wielkiej Sali. Spojrzała jeszcze na zegarek i zdała sobie sprawę, że jest spóźniona o jakieś pięć minut. Przyspieszyła odrobinę i już po chwili znalazła się w jadalni. Siedział przy stole Gryffindoru i objadał się zupą. Poprawiła nerwowo szatę i usiadła obok niego.
-Cześć Ron.-niemal wypluła te słowa.
-Hej Herm, wszystko dobrze?-zapytał jak gdyby nigdy nic się nie stało. Zadziwiające jak bardzo człowiek może być dwulicowy.
-Jasne.-uśmiechnęła się słabo.-Podałbyś mi tamtą wazę.-wskazała palcem na przeciwległy koniec stołu. Chłopak w odpowiedzi uśmiechnął się tylko i odwrócił z zamiarem podania jej naczynia z zupą. Dziewczyna wykorzystując ten moment wlała do jego pucharka zawartość fiolki. Płyn lekko zasyczał.
-Proszę.-Ronald nalał jej zupy do miski. 
-Dziękuję.-sięgnęła po łyżkę i niemrawo zaczęła merdać nią w zupie. -Przepraszam ale muszę już iść.-wstała od stołu.
-Ale niczego nie zjadłaś.-zawołał za nią rudzielec.
-To nic.-machnęła ręką i ruszyła biegiem w stronę wyjścia. Chłopak tylko wzruszył ramionami i ponownie wrócił do konsumowania swojego posiłku. Coś w jego pobliżu cudownie pachniało. Kusiło swoim zapachem i przyćmiewało zmysły. Do nozdrzy Rona, dobiegła charakterystyczna woń drewnianej rączki miotły, zapach chleba i cynamonu. Wdychał ją powoli, głęboko i wydawało mu się, że ten zapach rozchodzi się po jego całym ciele. Ogarnęło go uczucie błogości. Zrobiło mu się nagle bardzo sucho w gardle, więc sięgnął po pucharek z sokiem dyniowym i pociągnął z niego spory łyk. Przez jego ciało przeszedł bardzo dziwny dreszcz. Jego oczy zaszły delikatną mgiełką. Chłopak wydał z siebie długie westchnienie i oparł brodę na rękach. Nagle naszła go nieodparta ochota przytulenia do Vincenta Crabbe'a. Jego twarz rozbłysła tęsknym uśmiechem. Błyskawicznie podniósł się z ławki i szybkim krokiem podszedł do stołu Slytherinu, gdzie siedział obiekt jego westchnień. 
Kocham cię! – krzyknął na cały głos i po chwili przytulił mocno chłopaka i wbił się bezceremonialnie w jego otwarte ze dziwienia usta. Wszyscy obecni w Wielkiej Sali  zamarli z szoku. Ta scena była dla uczniów zbyt wstrząsająca. W końcu nie na co dzień można spotkać się z pocałunkiem chłopaków i to jeszcze w takim miejscu. Mimo to Vincent nie miał nic przeciwko takiemu zachowaniu Rona.  Jak powszechnie było wiadomo Ślizgon miał inne upodobania, niż reszta męskiej populacji Hogwartu. Jego grube paluchy mimowolnie powędrowały w rude  włosy Rona.  Trwali tak złączeni, aż wydawało się, że można usłyszeć syk unoszącej się z ich ciał pary.  Trwali tak złączeni, aż wydawało się, że można usłyszeć syk unoszącej się z ich ciał pary. Uczniowie zgromadzeni w Wielkiej Sali wznieśli głośne wiwaty i brawa. Teodor oparty nonszalancko o framugę drzwi wejściowych przyglądał się całej tej sytuacji z triumfem wymalowanym na twarzy. Współczuł mu tylko tego, że jego zemsta dopiero się zaczęła. 


                                *                                                          *                                         *




Spacerowali po błoniach, chyba pierwszy raz normalnie ze sobą rozmawiając. On starał się być miły i uprzejmy a ona poznawała tego nowego Dracona Malfoy'a.
-I wtedy przez przypadek podpaliłem jej spódnicę, i dlatego wołają na mnie Smok.-dziewczyna zaśmiała się perliście. Draco opowiadał jej właśnie jedną ze swoich dziecięcych przygód. 
-Hermiona!-dobiegł ich znajomy głos gdzieś z oddali. Odwrócili się i zobaczyli, że w ich stronę biegnie zdyszany Terence. 
-Tu jesteś, szukałem Cię cały dzień.-cmoknął ją krótko w policzek. Na ten widok Draco zacisnął mocno pięści. 
-Jak widzisz nic jej nie jest,  zjeżdżaj już.-warknął nietaktownie. Chciał chociaż trochę czasu pobyć z Hermioną a tu znów ktoś im przerywa, jak nie Potter to on. O zgrozo! 
-Malfoy.-syknęła na niego Gryfonka.
-No co?-wzniósł oczy do nieba.
-Dobrze nie będę wam przeszkadzał, cześć. Do jutra Mionko.-mimo zawodu w oczach blondyn uśmiechnął się delikatnie i odszedł w stronę zamku. Draco za to wykrzywił usta w złośliwym grymasie i zaczął iść dalej przed siebie, uprzednio ciągnąc Hermionę za nim.
-Jesteś bezczelny!-warknęła ze złością i stanęła w miejscu. Blondyn uniósł tylko do góry brwi. 
-Nie warcz na mnie.-powiedział spokojnie.-Nic takiego przecież nie zrobiłem.-dodał widząc jej spojrzenie.
- Ja wcale nie warczę.-zaperzyła się.
Och, warczysz, warczysz, i dobrze o tym wiesz, tylko duma nie pozwala ci się do tego przyznać.-odpowiedział kąśliwie.
Co ty masz z tą dumą?! Odkąd wyszliśmy z zamku cały czas się czepiasz o nią.-krzyknęła.
O, a teraz krzyczysz. Nie ładnie.-pogroził jej palcem.
Malfoy..-jej policzki poróżowiały ze złości. Powoli zaczynał ją już denerwować.
Znowu robisz się czerwona.-zauważył błyskotliwie. 
Malfoy!  
Wiesz, że jak się denerwujesz, to puszą ci się włosy? O, tutaj masz taki kędziorek odstający.-wskazał palcem na jeden z jej loków. Zapanowała między nimi chwila ciszy w której oboje patrzyli prosto w swoje oczy. No i właśnie w tym samym momencie szczerze się roześmiali z uwagi Dracze dotyczącej jej włosów. 
-Wracamy już?-zaproponował, kiedy oboje się uspokoili. 
-Jasne.-odparła z uśmiechem i ruszyli powolnym krokiem, zupełnie zapominając o wcześniejszej kłótni.

                            *                       *                           *

Przechadzał się między regałami jak mniemał pustej biblioteki. Był niedzielny wieczór, więc mało kto miał ochotę tutaj być. Postanowił po drodze wstąpić tu i poszukać jakiś informacji na temat zaczarowanych zwierciadeł. Przechodził właśnie koło działu z księgami dotyczącymi magicznych roślin i zwierząt, gdy ją zobaczył. Usilnie próbowała ściągnąć jakiś opasły tom z górnej półki, ale marnie jej to szło. Westchnął i postanowił jednak jej pomóc, mimo, że od kilkunastu dni nie zamienili ze sobą słowa. Jak najciszej tylko mógł podszedł i ściągnął książkę z półki. Wręczył ją jej w dłoń i bez słowa odszedł w stronę działu ksiąg zakazanych. Luna stała patrząc jak odchodzi. Sama przed sobą musiała przyznać, że zaczynało jej go brakować. Oddalili się od siebie ostatnio. Ron od tego wypadku zakazał jej spotykania się z Teodorem. Ostro się wtedy ze sobą pokłócili i uderzył ją po raz pierwszy. Sama nie mogła w to uwierzyć ale wybaczyła mu. Ponownie. 
-Teodor zaczekaj.-podbiegła i zacisnęła palce na jego nadgarstku. Zatrzymał się, ale nie odwrócił.
-Chcę tylko porozmawiać.-wyszeptała cicho, nie chcą aby Pani Prince wyrzuciła ich stąd.
-Nie mamy o czym.-odparł chłodno. Wiedział jak mocno ją rani. Bardzo tego nie chciał ale to było tylko i wyłącznie dla jej dobra. Wiedział, że przez niego i tak miała już zbyt wiele kłopotów. Widział ten siny policzek, który nieustanie próbowała ukryć.
-Nie bądź taki.-odwróciła go w swoją stronę. Była od niego o wiele niższa, więc musiała zadrzeć wysoko głowę, aby spojrzeć mu w oczy. 
-Taki czyli jaki?-spytał.
-Dlaczego odsuwasz mnie od siebie?-zignorowała jego pytanie.
-Czekaj, czekaj, bo chyba czegoś nie rozumiem.-Teodor syknął a jego twarz poczerwieniała od gniewu.-Ja Cię odsuwam? Nie dość, że Łasić Cię ode mnie odseparował to na dodatek Cię bije!-wykrzyczał szeptem. Dłoń Luny mimowolnie powędrowała do lewego policzka na, którym widniał prawie zagojony ślad po uderzeniu.
-Przestań Teodor.-szepnęła czując jak słone łzy napływają jej do oczu. To był impuls. Przytulił ją. Przegrał sam z sobą. Ponownie.

               *                         *                      *                        *

 Witajcie,
rozdział z opóźnieniem. Miałam w tym tygodniu egzaminy próbne, więc mam nadzieję, że mi wybaczycie :)) Czekam na jakiekolwiek komentarze, miłego czytania.
~~ Pozdrawiam Mopsicaa ;*