sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział 57

Przedzierała się przez mroczną puszczę nie wiedząc, gdzie iść. Strach paraliżował jej ciało do tego stopnia, że z ledwością unosiła nogi, aby stawić kolejny krok. Czuła jakby tysiące par oczu obserwowało ją zza gałęzi drzew. Nie potrafiła zlokalizować gdzie jest. Gęsta korona drzew zasłaniała niebo do tego stopnia, że nawet nie mogła stwierdzić, czy jest to dzień. Wszędzie było ciemno jak w nocy. Jej bose stopy były poranione i brudne od stąpania po twardej ziemi, gałęziach i szyszkach. Słyszała najróżniejsze dźwięki. To tu to tam zahukała sowa, gdzieś pękła gałąź. Bała się coraz bardziej. Nigdzie nie było widać reszty jej drużyny. Nie wiedziała gdzie jest Draco, Teodor i Max. Czy zostali wyrzucenie w zupełnie inne miejsca? Tylko przez ułamek sekundy widziała ich w szklanych cylindrach, które po chwili zapadły się w głąb uniwersytetu. To było ich decydujące starcie o być albo nie być. Usłyszała szelest gałęzi tuż za nią. Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować poczuła mocne uderzenie w tył głowy i ciężki upadek na brudną ziemię. 

                                  *                                       *                               *

Labirynt ciągnął się w nieskończoność. Ciasne, ślepe uliczki, od których kręciło mu się w głowie. Cisza sprawiała, że całe jego ciało pokryła gęsia skórka. Wiedział, że gdzieś tutaj czeka na niego coś potwornego. Spodziewał się, że będzie to jakieś zwierzę. Na samą myśl o wygłodniałej bestii, która chce go upolować robiło mu się słabo. Raz po raz słyszał szelesty, jakby coś podążało jego śladem. kolejny raz skończył w ślepej uliczce. Doprowadzało go to już do białej gorączki. W końcu ile można błądzić w kółko w tak potwornym miejscu. Wyjazd za granicę na międzynarodowy konkurs magiczny okazał się być niezłą harówką a a nie zabawą, na którą liczył przed wyjazdem. 
Z westchnięciem złości obrócił się w stronę, z której przyszedł natrafiając wprost na cztery pary wielkich, żółtych ślepi. Pająk zwisał z góry pocierając owłosionymi nogami jedna o drugą. Nerwowo przełknął ślinę mocniej ściskając w ręce swoją różdżkę.

                           
                              *                                         *                                 *

Jak był mały to bardzo uwielbiał wodę. Po dzisiejszym przeżyciu z wężem morskim stwierdził, że ma jej po dziurki w nosie. Był cały mokry, upaćkany jakąś mazią i w dodatku samotny. Siedział sam na małej łódce pośrodku jakiegoś zbiornika wodnego. Jeszcze nie określił co to dokładnie jest. Wiedział tylko tyle, że woda skrywa wiele groźnych stworzeń. Było mu bardzo zimno. Kombinezon w który go ubrali był uniwersalny, aby nie domyślił się, gdzie wyląduje tym razem. Przemókł, zmarzł a lądu jak nie widać, tak nie widać. Warknął z obrzydzeniem patrząc na swoje buty, które całe oblepione kleistą paprytą ledwo trzymały mu się na nogach. Śmierdział jak smocze łajno i ghul w jednym. 
- Normalnie żyć nie umierać! - Jego krzyk potoczył się echem po szarej toni. Łódka niebezpiecznie zakołysała się. Niebo zasłoniły ciemne chmury. Z doświadczenie wiedział, że za chwilę nastąpi jakiś atak, więc był w gotowości. Spod wody wysunęły się jakby grzbiety rekinów. Było ich chyba z tysiąc. Jak się później okazało, było to coś gorszego od rekinów. Naprawdę wolałby, żeby były to jednak rekiny. Jednak przyszło mu stanąć do walki z najprawdziwszą Charybdą. 

                           *                                        *                                           *

Miotła, którą dostał była jednym słowem do dupy. Szarpała, latała wolniej niż stara zmiataczka Weasley'ów i w ogóle się go nie słuchała. Tropił go olbrzymi smok, a ona buntowała się za każdym razem, gdy już prawie był pożarty. Jednak znał się na zaklęciach i jakoś zawsze udawało mu się wybrnąć z sytuacji. Jedno dobre, że liczył się ze szkołą i chodził na zajęcia. Gdyby nie to juz dawno byłby pokarmem Rogogona Węgierskiego. W myślach tworzył wiązanki najgorszych przekleństw, jakie usłyszał w domu. A ojciec jego klął jak oszalały. Przynajmniej ma coś po niem prócz nazwiska. Z nieba spadały pojedyncze krople deszczu. Wiatr był chłodny i czasami porywczy. Było mu zimno  i nieprzyjemnie. Nie lubił narzekać, ale teraz miał ku temu powody. Nie wiedział ile jeszcze dane mu będzie krążyć po niebie. Nie wymyślił jeszcze sposobu na to, jak zgładzić latającego potwora. Wiedział jedynie tyle, że ma mało czasu. Trzy kulki, które dostał jako kapitan drużyny niebezpiecznie zmieniały kolor na wściekle czerwony. Każda po kolei, jakby były ustawione czasowo, co pięć minut każda. Kulki były jeszcze miękkie co oznaczało, że nie może ruszyć dalej. Po ukończeniu jego zadania będzie mógł iść dalej, do najbardziej potrzebującej go osoby. Wtedy kuleczka stanie się twarda i gdy tylko ją zbije dym umieszczony w środku przeniesie go w kolejne miejsce na ich mapie. Nie wiedział kto jest gdzie. Widział tylko rysunek lasu, labiryntu, morza i gór. Gór, ponad którymi rozkładały się wielkie skrzydła Rogogona Węgierskiego. 


                        *                                           *                                              *

Dziękuje bardzo za przeczytanie :) 
Może na święta na moim drugim blogu pojawi się świąteczna miniaturka o Teodorze i Hermionie :)

piątek, 18 września 2015

Rozdział 56

- O nie, o nie - jęczał Terence. Siedział właśnie przy śniadaniu, gdy dostarczono pocztę.
- Blaise, słuchaj: wczorajszej nocy miało miejsce brutalne morderstwo w zachodniej części magicznego Londynu. Ofiarą była dwudziestoletnia czarownica półkrwi - Amelie Grey. - Terence przeczytał półgłosem kawałek artykułu. Blaise otarł usta chusteczką.
- Wiadomo, że Ministerstwo nic z tym nie zrobi tak samo, jak z poprzednimi napadami. To jest wręcz śmieszne - prychnął Diabeł. Spojrzał kątem oka na Rona Weasley'a, który wchodził właśnie do Wielkiej Sali. Głowę przewiązaną miał białym bandażem i kulał na prawą nogę. Humor Blaise'a od razu się poprawił.
                                              
                                                            *               *               *

- Nic się nie stało, Kochanie - mruknęła nieco zażenowana Luna. Od wspomnień z wczoraj na jej policzkach pojawiały się czerwone rumieńce. Ron znów postanowił się do niej dobrać, ale nie wyszło mu. Dla niej to bardzo dobrze, ale dla Ronalda wręcz przeciwnie. Od wczoraj jest cały pokiereszowany, a w dodatku ma parszywy nastrój.
- Taa, narobiłem Ci ochoty i nic nie było - burknął chłopak, a Krukonka ledwo powstrzymała chichot. Pokręciła głową z rozbawieniem. Wczorajszego wieczora Ron zaprowadził ją do łazienki prefektów na wspólną kąpiel. Rozebrał się do naga i zaczął się przed nią prężyć. Opowiadał jej historie każdej blizny na swoim ciele.
W końcu postanowił zaprezentować jej skoki do basenu.Wziął rozbieg, lecz nie pomyślał o tym, że podłoga jest mokra od wody i poślizgnął się na niej. Obdrapał się o kant basenu i wpadł do gorącej wody. Stare rany na jego ramionach otworzyły się i zaczęły strasznie piec pod wpływem płynu do kąpieli. W tym wypadku Luna spędziła noc w Skrzydle Szpitalnym wysłuchując pojękiwań Ronalda, który wiecznie tylko narzekał.
- Och losie, gdzie się podziewa Teodor? - pomyślała blondynka i osiadła do stołu.

                                       *                                *                            *

- Aleeeeeee frajjjjjjda - wrzeszczał brunet, zjeżdżając przez ogromną rurę wypełnioną wodą. Pędził w zawrotnym tempie przez cały Instytut, a tuż za nim mknął Hektor. Dzisiejszego dnia miały być ogłoszone wyniki, które sześć szkół przejdzie do kolejnego etapu konkursu. Ten dzień Teodor spędził ze swoim nowym przyjacielem. Fantastycznie dogadywał się z Hektorem. W ciągu tych kilku dni złamali dziesiątki zasad z szkolnego regulaminu. Najśmieszniejsze jednak było to, że Teodor przypadkiem podpalił szaty dyrektora Instytutu  na oczach setek ludzi, którzy jedli posiłek w jadalni. Na całe szczęście nie został za to ukarany. Jednak Nott nie czuł się do końca zrelaksowany i szczęśliwy. Czegoś w tym wszystkim mu brakowało. Z każdej strony otaczali go ludzie, którzy służyli mu zawsze miłym słowem. Z Hektorem mógł porozmawiać o wszystkim. Dosłownie o wszystkim. Nieraz ich rozmowy były tak bezsensowne, że jako bezstronny obserwator uznałby, że oboje są zdrowo potrzaskani.
Zjeżdżalnia wodna zakończyła swój tor i obaj mężczyźni wpadli do dużego basenu.
- Uwielbiam to miejsce - krzyknął Teodor i dał nurka pod wodę.

                               *                                       *                                      *

- Bardzo miło jest mi przywitać was wszystkich na ogłoszeniu wyników fazy pierwszej. - Rozbrzmiały trąby orkiestry, przez które próbowały się przedrzeć krzyki i oklaski uczestników magicznego konkursu. 
- Do następnego etapu zakwalifikowało się sześć drużyn. Pierwsze miejsce ex aequo drużyna gospodarzy tego jakże wspaniałego wydarzenia oraz Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart!- Wiwatom nie było końca. Teodor przybił piątkę Hektorowi, który siedział przy sąsiednim stoliku, a Hermiona rzuciła się w objęcia Maxa. Draco poczerwieniał na twarzy,  a jego włosy napuszyły się. Dyrektor magicznego uniwersytetu mówił coś jeszcze ale chłopak go nie słuchał. Zdał sobie sprawę, że on naprawdę polubił Granger. Zbliżyli się do siebie podczas świąt. Bardzo miło wspominał ten czas za każdym razem, gdy tylko o tym pomyślał. Jednak zrodziło się w nim jeszcze jedno uczucie -tęsknota. Bardzo tęsknił za Hogwartem, swoimi kumplami z dormitorium i wygłupami na szkolnych korytarzach. Chciał jak najprędzej wrócić do swojego domu, którym był dla niego Hogwart.

                       *                                                     *                                      * 


 - Pansy! Zaczekaj!
Biegł ile sił w płucach ale i tak nie mógł jej dogonić. Codzienny jogging, który uprawiała dziewczyna wzmocnił jej kondycje. Czarne loki huśtały się na jej plecach w prawo i lewo, a Harry nie mógł oderwać od tego wzroku. Był tak zdekoncentrowany, że potknął się o swoje niezawiązane buty i runął, jak długi na zimną posadzkę. Jego okulary potoczyły się po płytkach, ręka wygięła się pod dziwnym kątem, a na twarzy pojawił się wyraz bólu i zaskoczenia. Pansy obejrzała się przez ramię i błyskawicznie się zatrzymała. Patrzyła kilka długich sekund na Wybrańca bijąc się ze swoimi myślami. Uczucie do niego zwyciężyło nad rozsądkiem. Zawróciła, aby jak najszybciej mu pomóc, w końcu go kochała. 

                              *                                             *                                   *

sobota, 28 marca 2015

ZAPRASZAM

WITAJCIE! 

Jeśli ktoś byłby chętny na poczytanie czegoś z mojej twórczości, to serdecznie zapraszam tutaj: KLIK
Co do IWŚ to nie mam zielonego pojęcia, co z nim począć. Staram się ukończyć kolejny rozdział, lecz za każdym razem, co do niego przysiądę, to napiszę co najwyżej jedno zdanie. Nie wiem co z nim będzie dalej. Czy cokolwiek się pojawi? Sama od długiego czasu staram się odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Dziękuję wszystkim wiernym czytelniczkom, które jeszcze tutaj zaglądają, bo jakiś ruch jest. Dziękuję także tym osobom, które zaglądają na mojego drugiego bloga. 
DZIĘKUJĘ ZA TO, ŻE NADAL ZE MNĄ JESTEŚCIE!


piątek, 12 grudnia 2014

Rozdział 55

Teodor milczał, patrząc w ciemne oczy Hektora, które błyszczały w świetle jarzeniowej kuli. To co usłyszał z ust ucznia uniwersytetu wprawiło go w dziwny nastrój.
- Mówisz poważnie? - Zadał pytanie, chcąc jeszcze się upewnić.
- Na sto procent, sam dyrektor mi to powiedział. - Hektor wyglądał na bardzo . Jako prefekt miał dostęp do wielu informacji związanych z uniwersytetem oraz całym turniejem. Był on bowiem głównym opiekunem od spraw oceanarium, w którym hodowano wiele różnych gatunków morskich zwierząt. Zarówno słodko, jak i słono wodnych.
- Zadanie, to zadanie. Trzeba się z nim zmierzyć. - Słowa Teodora zabrzmiały bardzo poważnie. Chłopak był bardzo wdzięczny Grekowi, za tę informację. Dzięki temu zdobył znaczną przewagę nad innymi uczestnikami.
             *                  *                *
- Wiadomo, że będziesz najgorszy ze wszystkich! - Usłyszał docinkę Draco, który miał dzisiejszego dnia wspaniały humor. Bowiem Malfoy utarł nosa zarozumiałej pannie G, gdy to rano chciała wejść do łazienki.
- Nie słuchaj go Nott, znowu plecie głupoty - wtrąciła się wyżej wspomniana panna G. Teodor machnął ręką i założył na głowę kask. Słyszał teraz tylko szum przepływającej w żyłach krwi.
- Smoki - pomyślał. Wszedł do pomieszczenia wykonanego w całości ze szkła, w którym na podeście znajdowała się miotła. Nimbus 2001. Owy pokój był najwyraźniej windą, ponieważ zaczął unosić się w góre. Teodor nastawiony był na zwycięstwo. Nic innego nie wchodziło w grę.
          *                *               *
- Mhm. - Cichy pomruk Harry'ego zwrócił uwagę Victorie.
- Widzę, że Ci smakuje, bo aż mruczysz - zaśmiała się lekko.
- Och, co? A tak, tak, pyszne - zreflektował się Wybraniec. Prawda była taka, że chłopak obserwował Pansy, która siedziała przy stole Slytherinu i objadała się dżemem brzoskwiniowym. Wkładała łyżeczkę do ust i subtelnie zlizywała konfiturę. Harry nie mógł oderwać od niej wzroku. Doskonale wiedział, jakie cuda potrafi czynić jej język. Robiło mu się, aż w pewnych momentach gorąco na samą myśl o tym, jak kiedyś go całowała.
-...związanego z...Harry słuchasz mnie? - Głos blondynki wyrwał go z zamyślenia. Zamrugał kilka razy, uważnie patrząc na Victorie.
- Oczywiście - odpowiedział, uśmiechając się do niej. Zmierzyła go swoim bacznym spojrzeniem, po czym westchnęła.
- Musimy przestać się spotykać, przykro mi - powiedziała w końcu, a jej oczy posmutniały.
- Co..dlaczego? - spytał zaskoczony jej słowami.
- Widzę jak na nią patrzysz. - Smith wstała i odeszła od stołu zostawiając go samego z poczuciem beznadziejności.
               *                     *                *
- Nosz cholera jasna - warknął Teodor, transmutując ołowianą kulkę w klucz. Jego zadanie trwało już około godziny. Był zmarznięty, przemoczony i wściekły. Kilka minut temu wreszcie zdobył jajko smoka, w którym znajdowała się kulka, zwykła kulka. W dodatku w ciapnął w smocze łajno.
- GENIALNY DZIEŃ! - wykrzyczał na głos, wchodząc do ciemnego pomieszczenia. Drzwi za nim zamknęły się z trzaskiem. Na ścianach rozbłysły złote cyfry. Teodor słyszał wyraźne tykanie zegara, który nieubłaganie odliczał minuty do końca zadania. Nott uważnie przyjrzał się owym liczbom: 9118. Teodor powtarzał je w myślach, rozszyfrowując ich prawdziwe znaczenie. Minuty mijały, a zegar zaczął go niemiłosiernie denerwować. Po chwili pacnął się z otwartej dłoni w twarz. Jest to data. Rok przyłączenia się Grecji do związku unijnego, który zrzesza całą magiczną Europę. Wypowiedział to na głos i cylinder ukryty w ścianie ukazał się.
                  *             *              *
Draco niedbale opierał się o barierkę odgradzającą poczekalnie od windy na cylindry. Czas mu się strasznie dłużył. Cały ten okres zastanawiał się, co takiego wykonuje Teodor. Może walczy z krwiożerczym krabem ludożercą?
- Nie, to absurdalne - mruknął pod nosem.
- Co jest absurdem, Draco? - usłyszał ciche pytanie. Odwrócił wzrok w stronę drzwi, przy których opierała się Hermiona. Kolor jej włosów stał się na powrót kasztanowy. Na całe szczęście wszystko wracało do normy.
- Nic, takie tam - odpowiedział krótko, drapiąc się w swój arystokratyczny nos. 
- Ładnie dziś wyglądasz - dodał. Na jej policzki wpłynął szkarłatny rumieniec, który dodał jej uroku. 
- Dziękuje - mruknęła. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś prawi jej komplementy, a w szczególności Dracze. Chłopak chciał jeszcze coś dopowiedzieć, lecz przerwał mu pisk alarmów i oślepiające czerwone światło. Cylinder mknął w górę, zwiastując przybycie Teodora. Drzwi windy rozchyliły się, a nad nią ukazała się długo wyczekiwana cyfra, oznajmiająca miejsce, które zajął Nott. Draco westchnął przeciągle, spoglądają w oczy przyjaciela. Brunet wydawał się zmęczony, jakby przez cały dzień nosił cegłówki. 
- Gratuluje - mruknął Smok. - Nie wierzę, że przegrałem tysiąc galeonów, cholera - warknął, wychodząc z pomieszczenia.
- Założyliście się o to, że będziesz pierwszy? - Hermiona uniosła brwi, a Teodor uśmiechnął się tak szeroko, jak nigdy wcześniej.
- Jak widać wygrałem. 


            *                     *                    *
Luna nuciła pod nosem tylko znaną sobie melodię. Wracała do dormitorium z kolacji, chcąc jak najszybciej zniknąc z pola widzenia Rona. Wczorajsza sytuacja była dla niej naprawdę żenująca. Nie potrafiła spojrzeć na Rona i równocześnie się nie zaczerwienić. Chyba musi podziękować Blaise'owi za to, że wtedy wszedł do tego schowka, bo ona nie potrafiłaby odepchnąć rudzielca. Wtedy za bardzo bała się jego reakcji. Nie wiedziała czy uderzyłby ją, czy może obraziłby się. Tylko, że ona nie była jeszcze gotowa na tak odważny krok w ich związku.
- Lunałka, czekaj! - Odwróciła się przez ramię na dźwięk znajomego głosu. Ron biegiem pędził korytarzem, potykając się o swoją szatę. Będąc już prawie przy schodach wywinął koziołka lądując pod jej stopami.
- Och Ronald, nic Ci nie jest? - Uklękła przy nim, odgarniając mu włosy z czoła. Starała się uniknąć jego spojrzenia.
- Kiedy jesteś przy mnie zawsze wszystko jest dobrze. - Uśmiech rozjaśnił twarz chłopaka, a w oczach pojawił się błysk. Luna nie potrafiła się nie uśmiechnąć. To było naprawdę słodkie z jego strony. 
- Wstawaj Romeo, idziesz mnie odprowadzić do wierzy. - Podała mu dłoń i pomogła wstać. 
- Jaki Romeo? - Chłopak zmarszczył brwi, splatając ich dłonie.
- Bohater takiej mugolskiej książki, kiedyś Ci opowiem. - Wolnym krokiem ruszyli w stronę zachodniego skrzydła zamku. 
- Moglibyśmy w sumie pospacerować sobie tak, jak wczoraj - mruknął jej do ucha, łapiąc za jej jeden lok. 
- Nie czuje się dzisiaj zbyt dobrze. Wolałabym się wykąpać i położyć spać. - Wiedziała, że jej wymówka nie jest wystarczająco dobra, ale może Ron ją kupi.
- W takim razie mam inny pomysł. Ufasz mi? - Spytał, a ona zamilkła. Patrzyła w jego niebieskie oczy, starając się domyślić o co mu chodzi.
- Ufam. - Padła odpowiedź, na którą chłopak tak długo czekał. Wziął Krukonkę na ręce i ruszył w stronę przeciwną od poprzedniego celu.

           *                   *                 * 

Siema, siema.
Witam was wszystkich w ten cudowny prawie wieczór :3 Udało mi się dzisiaj w wolnej chwili napisać końcówkę rozdziału. Chcecie szczęśliwe rozwiązanie ostatniego wątku, czy może troche bardziej szalone? :D Czekam na wasze komentarze i opinie :> 

Pozdrowionka! :333

czwartek, 4 grudnia 2014

Rozdział 54

- Smoku, to dopiero godzina. - Teodor poklepał przyjaciela po plecach, chcąc dodać mu otuchy. Hermiona jeszcze nie wróciła. Draco stał oparty o barierkę i co chwilę nerwowo spoglądał na zegar wiszący w kabinie. Cylinder nadal stał nieruchomy.
- Wiem, ale czuję, że ona się boi - mruknął cicho.
- Malfoy, zaczynasz robić się miękki. - Teodor oskarżycielsko dźgnął go palcem w ramie. Draco uniósł brwi i odwrócił się w jego stronę.
- Na trzy?
- Raz..
-Dwa...
-Teraz! - krzyknęli obaj i natarli na siebie. Zaczęli się przepychać. Teodor uwięził Draco w stalowym uścisku, lecz ''brunet'' jakimś cudem się wykręcił i pacnął go dłonią w tył głowy. Gdy już Nott miał mu oddać zaczęły palić się oślepiające światła i rozległ się piskliwy dźwięk. Kapsuła zaczęła wjeżdżać powoli do góry. Obaj dopadli do barierki, a do kajuty wpadł Max. Cylinder wjechał na samą górę i rozbłysnęła nad nim srebrna dwójka. Hermiona cała oblepiona jakimś różowym glutem wpadła w ramiona Draco.
- Meduzy, długa historia - wysapała. - Dałbyś mi bluzę, bo trochę przemarzłam?
- Pięć funtów i jest twoja - powiedział złośliwie, ściągając ubranie.
- Możesz dostać jedynie dostać kopa z rozmiaru pięć - uśmiechnęła się słodko, zabierając zieloną bluzę z naszywką Slytherinu.


                          *                                           *                              *


Tymczasem w Hogwarcie na stoliku do kawy zamiast kawy pojawiła się Ognista Whisky. W pokoju dało się usłyszeć głośne śmiechy i najlepsze przeboje Fatalnych Jędz. 

- Oo taak, o taaak, aha, aha, da da da dajesz! - Krzyczeli chłopacy, zachęcając tym samym Blaise'a do kolejnych wygibasów. Brunet tańczył na fotelu w samych bokserkach. To się właśnie działo na męskich wieczorkach w domu Slytherina. 
- Nie no stary, nie podpuszczam Cię ale nie gwizdniesz starej McDymce gaci, haha - zawołam Lucas Martens, podając Zabiniemu kolejną szklankę alkoholu, którą chłopak wypił jednym duszkiem.
- Ja nie gwizdnę? Ja?! Zaraz się przekonamy! - Blaise należał do ludzi, którzy lubią wyzwania. Zrobiłby najgłupszą rzecz, byleby pokazać, że da radę. Wciągnął pierwsze lepsze ubrania i wybiegł z pokoju krzycząc: 
- Za Anglię! 

           *                      *                     *



Luna słyszała przyspieszony oddech Rona, który całował ciepłymi wargami jej dekolt. Znaczył mokre ślady wzdłuż linii obojczyków, zostawiając w niektórych miejscach ciemne malinki. Jego ręce błądziły po jej plecach, zatrzymując się dopiero na kształtnych pośladkach ubranych w gruby materiał jasnych jeansów. Składzik na miotły, w którym się znajdowali był niezwykle ciasny i ciemny. Luna czuła się niezwykle skrępowana, gdy zgrubienie w spodniach Rona zaczęło napierać na jej brzuch. Gdzieś tyłem głowy zahaczała o jakąś półkę, co sprawiało jej lekki ból. Weasley włożył ręce pod jej sweter i powędrował do piersi. 
- Roon...
Chciała prosić, aby przestał, lecz on inaczej to odebrał, szybko całując ją w usta. Pocałunek był naprawdę wyrazisty. Nutka pożądania rozpalała zmysły chłopaka, który posunął się o krok niżej, zjeżdżając do zapięcia spodni blondynki. 
- Ron jaa...
- Cichoo Kochanie. - Całkowicie zignorował jej słowa ponownie całując ją w usta. Suwak jeansów został rozpięty, a spodnie zjechały do kolan. Rudzielec jedną dłonią masował podbrzusze dziewczyny, a drugą zaczął ściągać swoje dresy i bokserki. Luna poczuła, jak o jej brzuch otarło się coś sztywnego i gorącego.
- Ron naprawdę proszę..
- Tak, już za moment. - Ronald całkowicie źle zinterpretował jej słowa. Uniósł ją w górę za pośladki, przygważdżając do ściany. Kiedy Luna pogodziła się już z tym, co zaraz się stanie, drzwi składzika otworzyły się. 
- Och pardąsik, nie ta impreza ale konik się już pojawił...no może kucyk. - Blaise zaśmiał się w głos na widok Rona. Chłopak opuścił Lune na podłogę i błyskawicznie podciągnął spodnie. Jego twarz stała się czerwona ze złości i wstydu, że ktoś nakrył go w takiej sytuacji. Dodatkowo tym kimś był Zabini, wstrętny Zabini. 
- No nie ja go zaraz zabiję! - Wrzasnął i zaczął biec za śmiejącym się w głos Ślizgonem. Luna odetchnęła z ulgą i pognała za nimi, żeby nic sobie czasami nie zrobili. Blaise wiedział, że podłoga na korytarzu była świeżo wymyta i w dodatku jeszcze mokra. Ron nie wyrobił za nim na zakręci i z impetem rąbnął o beton. Coś trzasnęło w lewej ręce chłopaka. Zanim Luna do niego dobiegła, Zabini gdzieś zniknął.


              *             *             *  
- Nie no Stary, on wymięknie przecież. - Blaise nie wracał już z pół godziny. Terence zdążył w tym czasie zasnąć na fotelu. Wiadome, że widok grzecznie śpiącego kolegi nie był do zniesienia dla innych, więc wywinęli mu żart. Mianowicie Higgs miał teraz domalowane gustowne wąsiki idealnie pasujące do jego krzaczastych brwi, które dorobili prostym zaklęciem. 
- Wiecie co? Ostatnio dowiedziałem się, że Nott przyliczył numerek z Sophie,  nieźle no nie? 
- I skądy TY to niby wiesz, Chuck? - spytał Lucas kręcąc z politowaniem głową. 
- Mam swoje źródła - odezwał się wspomniany Chuck, który był krępym osiłkiem.
- Zmyślił tę bajeczkę - odezwał się głos Zaba, który stał oparty o framugę drzwi. Na palcu okręcał  jasne majtki, które wyglądały jakby były noszone przez kilkadziesiąt lat.

         *                     *                  *


No siemanero :3

Rozdział nie zachwyca, ale jest. Święta się zbliżają, więc może uda mi się coś napisać. Proszę zmotywujcie mnie do tego :( Karmcie moją wenę :> 

Pozdrawiam cieplutko Mopsik :} 

poniedziałek, 8 września 2014

Rozdział 53

Dzisiejszego ranka przy stole z  flagą Wielkiej Brytanii siedziała tylko jedna osoba. Mianowicie był to Teodor. Draco został jeszcze w szpitalu, a Hermiona z Maxem zjedli śniadanie wcześniej i teraz zwiedzają uniwersytet. W jadalni było prawie pusto. Zapewne odpowiednia grupa zaczęła się już przygotowywać do zadania.  Na całe szczęście jego zadanie wypada jutro. Dziś jakoś nie miał ochoty na to, aby walczyć z jakimiś potworami. Przeżuwał tosta, gdy dosiadł się do niego Hektor. Chłopak uśmiechnął się szeroko, odgarniając swoje ciemne włosy z czoła. 
- Siema - przywitał się, zabierając ze stołu jabłko.
- Cześć, co Cię tutaj sprowadza? - zapytał Teodor, niespodziewanie kichając. 
- Na zdrowie. Hmm, w sumie to Ty. Chciałbym Ci pokazać oceanarium. - Młodzieniec ugryzł kęs owocu, podnosząc się z krzesła.
Teodor zastanowił się przez chwilę. Obiecał Draco, że do niego wpadnie, ale propozycja Hektora bardzo mu się spodobała. 
- Zgadzam się, ale musimy jeszcze wpaść do szpitala. - Nott zabrał ze stołu pełną tacę jedzenia, trzy różne soki, słodycze i owoce, które zaniósł Draco. Smok spał, gdy go odwiedzili, więc Teodor zostawił mu przy tacy karteczkę z wiadomością. 
- To twój, hmm przyjaciel? - zagadną cicho Hektor. 
- Draco to mój kuzyn, a zarazem najlepszy przyjaciel - wyjaśnił Ślizgon. Grek kiwnął głową i zaczął prowadzić Teodora na najniższe kondygnacje zamku. Po piętnastu minutach marszu dotarli do szatni. Hektor przekazał Teodorowi kombinezon, w który chłopak się przebrał. 
- Co jest w tym basenie? - spytał, niepewnie zaglądając w wodną toń.
- Zobaczysz. 
Wcisnął Teodorowi na głowę kask i pchnął go w wodę, skacząc zaraz za brunetem. Woda była przyjemnie cieplutka. Było tutaj tak jasno, jak na świeżym powietrzu. Teodor pomyślał, że gdyby nie woda to mógłby znajdować się na hogwardzkich błoniach. Zamiast piaszczystego dna, było podłoże porośnięte jakąś odmianą wodnej trawy. Teodor uśmiechnął się do Hektora. Chłopak z oczarowaniem patrzył na wszystko dookoła, jakby był tutaj po raz pierwszy, co nie było prawdą. Hektor zajmował się tym akwenem od dobrych paru lat. W oddali zamajaczyły jakieś kształty. Nott zmarszczył brwi, wytężając wzrok. To coś zbliżało się do nich w zawrotnym tempie połyskując wszystkimi kolorami tęczy. 
- Niemożliwe - wyszeptał brunet. 
- Możliwe - odpowiedział mu głos Hektora. Wszystkie kombinezony w uniwersytecie miały wmontowany system rozmów podwodnych. Magia - coś pięknego. 
- Przecież to mitologiczne stworzenia, nie mają prawa istnieć. 
- A jednak - uśmiechnął się Hektora, a uśmiech ten był tak szczery, że Teodor nie mógł mu nie uwierzyć. Do Greka podpłynął morski koń. Potem było ich coraz więcej. Teodor naliczył cały tuzin. 
- Hippokampy - wyszeptał, dotykając pyszczka jednego z nich. 


                           *                                                   *                                               *

Harry Potter nerwowym ruchem przeczesał swoje włosy palcami. Mimo, że układał je chyba z godzinę to wyglądały, jakby dopiero co wstał z łóżka. Irytowało go to. Dzisiaj był umówiony z Victorie. Mieli spotkać się od razu po śniadaniu, ale dziewczynie coś wypadło. 
Harry psiknął się jakimś męskim zapachem, który sprezentowała mu Hermiona. Ciekawiło go, jak jego przyjaciółka radzi sobie na konkursie. Pewnie jest świetna, zapewnił się w myślach. Zabrał z nocnej szafki lodową różę i wyszedł. Pokój wspólny Gryffindoru był całkowicie pusty. Zapewne wszyscy są już w Hogsmeade. Wszyscy prócz niego i drobnej, blondwłosej dziewczyny, która stała na samym środku pomieszczenia. Ubrana w piękny, purpurowy płaszczyk do połowy ud i dużą wełnianą czapkę z pomponem. Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
- Cześć, to dla Ciebie - przywitał się, podając blondynce różę. Była naprawdę piękna, wykonana tylko przez niego. Jedyne zaklęcie, które opanował do perfekcji. Ulubiony kwiatek Pansy. Harry nie myśl o niej, zbeształ się w myślach. 
- Jest prześliczna, bardzo Ci dziękuję - wyszeptała dziewczyna, nieśmiało całując jego policzek. 
- Och, to drobiazg - powiedział, zarumieniony Wybraniec. Zaoferował towarzyszce ramię i razem ruszyli do wyjścia. Całą drogę do Hogsmeade pokonali rozmawiając i śmiejąc się. Gdy przechodzili pod jednym z drzew, góra śniegu spadła Harry'emu na głowę. Victorie, tak to rozśmieszyło, że gdy Harry otrząsnął się ze śniegu, zastał ją siedzącą na ziemi. Wyglądała uroczo. Zupełne przeciwieństwo Pansy. Delikatna, krucha, zaś Pansy była wojowniczką. 
- Wstawaj Vicky - złapał ją za ramiona i postawił na nogi. 
- Złap mnie Potter - wyszeptała mu prosto w usta i ze śmiechem zaczęła biec w stronę wioski. Harry musiał przyznać, że była naprawdę szybka. Dogonił ją dopiero przed drzwiami do Trzech Mioteł. 
- Przyznam, że zmachałem się troszkę - uśmiechnął się, odgarniając włosy z jej twarzy. 
- Hmm - dziewczyna zamyśliła się. - Od jutra pracujemy nad twoją kondycją. Szósta rano, pokój wspólny, będę czekać. 
- Uważaj - krzyknął Harry, odciągając ją od drzwi, ponieważ ktoś właśnie wychodził z pubu. Z Trzech Mioteł wychodziła właśnie Pansy Parkinson. 
- Cześć - odezwała się cicho w stronę Harry'ego. Jej czarne włosy skręcone były dzisiaj w loki, a na ustach miała czerwoną szminkę. Tak samo, jak w pierwsze dni ferii. 
- Cześć - odpowiedział Harry. Pansy spojrzała przelotnie na Victorie, która stała oparta o klatę Wybrańca. Uśmiechnęła się nieco smutno i wyminęła ich, ruszając w stronę zamku. 
- Wchodzimy?
- Co? Och, jasne. - Na ustach Harry'ego znów pojawił się uśmiech. 


                             *                                                     *                                              *

Hermiona odetchnęła głęboko. Właśnie przebrała się w swój kombinezon. Nie przypominał on ani trochę tego, który wczoraj miał założony Draco. Ten jej był bardzo cienki. Spodenki kończyły się w połowie ud, a górna część nie miała rękawów. Włosy związała w cisną kitkę. Wyszła z szatni do pomieszczenia z cylindrem, który miał zwieźć ją pod wodę. Przy barierce stała cała hogwardzka ekipa, bez opiekuna. Pierwszy podszedł do niej Draco, który na własne żądanie wyszedł ze szpitala około trzynastej. Przytulił ją, trwało to bardzo długo. Przymknęła powieki, które nagle zrobiły się bardzo ciężkie. Ciepło ciała Draco, zaczęło ją uspokajać. Malfoy odsunął ją troszkę od siebie i oboje cicho krzyknęli.
- Twoje oczy..- zaczęli w tym samym czasie, po chwili zaczynając sie śmiać. 
- Powodzenia - mruknął, całując jej dłonie. Uśmiechnęła się do niego promiennie. Następny podszedł do niej Max. Życzył powodzenia, wyściskał ją i ustąpił miejsca Teodorowi, który uścisnął jej tylko dłoń. 
- PROSZĘ WEJŚĆ DO KAPSUŁY - rozległ się kobiecy głos. Hermiona wykonała polecenie, ale czuła się o wiele lepiej, niż wcześniej. Chciała chociaż osiągnąć taki wynik, jak Draco wczoraj. Nie musi być pierwsza, ale chce załapać się do czołowej czwórki, która zgarnia punkty. Zniknęła za drzwiami srebrnego cylindra. Odetchnęła głęboko, zaciskając palce na różdżce. Czuła jak opada w dół i już po chwili drzwi rozchyliły się ukazując ciemny tunel. 
- Lumos - mruknęła, zapalając światło na końcu różdżki. Szybkim krokiem ruszyła przed siebie. Słyszała odgłosy stóp innych uczestników konkursu. 

                         *                                                      *                                                 *

Im brnęła głębiej, tym bardziej gorąco i wilgotno się robiło. Z sufitu skapywały kropelki wody, które moczyły jej nagą skórę na ramionach. Biegła do czasu, gdy natrafiła na gruby mur. Poświeciła na niego różdżką i na samym środku zauważyła ciąg liczb: 096153082147
- Numerologia - mruknęła pod nosem, odgarniając niesforny lok sprzed oczu. Obok liczb wyło malutkie wyżłobienie, prawie niewidoczne. Dotknęła go palcem i na ścianie pojawił się napis: ZAMKNIJ CIĄG.
Jęknęła, uderzając dłonią w ścianę. Zapatrzyła się na liczby, przypominając sobie każdą lekcję numerologii. 
- Moment, niemożliwe żeby to było tak proste..- Dziewczyna przyłożyła różdżkę do cyfry zero i przeniosła ją na sam początek. 012345678910. 
Ściana zaczęła błyskawicznie pękać. Szczelina po szczelinie, kamień po kamieniu. W murze pojawiła się rura. Przeźroczysty tunel wypełniony wodą, a nad nim strzałeczka wskazująca górę. Hermiona nie zastanawiając się, wpełzła do rury i zaczęła płynąć w górę. Nie trwało to długo, a gdy już znalazła się na powierzchni jej serce zwolniło bieg. 


                        *                                                 *                                                          *



Wiiitam! 
Mam kolejny. Powoli staram się wrócić systematyczność :)) Czekam na wasze opinie! <3 

Pozdrawiam Mopsiik :3

poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 52

Omdlenie Draco nie trwało zbyt długo. Minutę, może troszkę więcej. Rozejrzał się nieprzytomnie wśród wodorostów. Strzałka pod nim wciąż świeciła bladym światłem. Teraz Draco nie słyszał nic. Ostrożnie stanął na nogach i zaczął płynąc razem z kierunkiem świecących drogowskazów. Chłopak zastanawiał się nad powodem swojego krótkotrwałego odlotu. Najbardziej bał się myśli, że to może przez Granger. Możliwe, że to właśnie jej coś się stało. Tylko to było niemal niemożliwe. Co mogłoby jej się stać w bezpiecznym centrum dowodzenia? Nic. I właśnie wtedy między wodorostami Draco coś dojrzał. Przedarł się przez wodną roślinność i jego oczom ukazała się piękna budowla, jakby zamek zbudowany z morskiej piany. Jednakże Draco coś napawało strachem. Wszędzie było pusto. Czy nie powinni tu być inni zawodnicy turnieju? Ślizgon stał się bardziej czujny. W dłoni kurczowo ściskał swoją różdżkę. Wolniutko zaczął płynąć w stronę pałacu, rozglądając się na boki. Jednak z żadnej strony nie nadchodziło niebezpieczeństwo. To tak, jakby czas wokół niego się zatrzymał. Gdy już chciał pchnąć wrota zamku, usłyszał dziewczęcy głos.
- Nie wchodź tam! 
Draco błyskawicznie skierował różdżkę w stronę zarośli po prawej stronie. Wolnym krokiem przybliżył się w tamtą stronę i przyklęknął między wodorostami. Naprzeciw niego w zieleni błyszczały ciemne oczy. Wszedł głębiej. Tak, że teraz zupełnie nikt obcy nie miał prawa go zobaczyć. Przed nim skulona siedziała mała dziewczynka. Mogła ona mieć z trzynaście lat. Była drobnej budowy, a jej kręcone loczki falowały przy każdym ruchu wody. 
- Co tu robisz? - spytał chłopak. Zadziwiające, że mógł rozmawiać pod wodą bez jakichkolwiek przeszkód. Dziewczynka przystawiła palec do ust i wskazała na zielonowłosą dziewczynę, która właśnie przekroczyła próg zamku. 
- Ona już stamtąd nie wyjdzie. - Cichy szept przy uchu Draco sprawił, że chłopak się wzdrygnął. 
-Skąd wiesz? 
- Obserwuję to miejsce od kilku minut. Weszło pięciu, nie wyszedł żaden - wytłumaczyła.
- Dlaczego mnie powstrzymałaś? Przecież gdyby wszyscy tam weszli, wygrałabyś - odparł, patrząc na nią spod uniesionych brwi. Dziewczynka uśmiechnęła się. 
- Opuściłeś cylinder jako pierwszy z nas wszystkich. Po za tym magia zamku nie działa na Ciebie tak, jak na innych. 
- Jaka magia? - zapytał, marszcząc ciemne brwi. Nadal nie zmienił się ich kolor. 
- Nie żartuj, że jadąc tu nie zapoznałeś się z mitologią - zdziwiła się. Gdy kiwnął przecząco głową, jej ciemne oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej. 
- Zamek jest uosobieniem Hypnosa, boga snów. Dlatego wszystko tutaj jest takie spokojne, to jest właśnie pułapka. Każdy kto wyszedł z cylindra zapadł w drzemkę, ty spałeś najkrócej. Osoby, które weszły do pałacu zasnęły, aż do końca zadania.
- Czekaj, skąd wiesz ile spałem, skoro twierdzisz, że pierwszy zjechałem na dół? - zapytał podejrzliwie. 
- Byłam druga. Widziałam, jak zasypiasz, gdy zjeżdżałam w cylindrze. Spałam chyba z dwie minuty, a jak się obudziłam to ty dopiero ruszałeś dalej. Najwyraźniej moja droga była krótsza i wyprzedziłam Cie o kilkanaście minut, albo te twoje ślimacze ruchy Cię spowolniły - dodała złośliwie. 
- Masz plan? 
- Mam. 


                                *                                        *                                     *

Hermiona nerwowo przechadzała się przy barierce, która odgradzała ją od podestu na cylinder. Minęła już ponad godzina, a Draco jeszcze się nie wynurzył. Nott jak zawsze stał spokojny, opanowany i powtarzał, że Smok skończy zadanie jako pierwszy. Tylko, że minuty mijały, a on nie wracał. Nagle zaczęły palić się czerwone światła i rozległ się piszczący dźwięk. Gryfonka dopadła do barierki i zauważyła, że kopuła się rozsuwa. Cylinder powoli sunął ku górze, a w nim Draco. Udało mu się, udało. Szeroko się uśmiechnęła. Nawet Nott leniwie oparł się o barierkę i wlepił wzrok w srebrną kopułę. Pokrywa się rozsunęła a nad Draco zabłysnęła wielka cyfra 2, która świeciła na srebrno.
- Dwa? - zaśmiał się Nott. - Myślałem, że stać Cię na coś więcej - dodał zgryźliwie. Hermiona spiorunowała go wzrokiem i rzuciła się Draco na szyję, nie zwracając uwagi na to, że jest cały mokry.
- Draco krwawisz - zauważył Teodor. Cała podłoga pod stopami Smoka zaczęła barwić się na czerwono. Chłopak uśmiechnął się blado.
- To nic - i upadł na kolana. Teodor szybko dopadł do niego i podtrzymał cały jego ciężar na swoich ramionach. Hermiona również pobladła i zaczęło jej się kręcić w głowie. Przytrzymała się barierki. Drzwi do pomieszczenia, w którym byli rozsunęły się i stanęła w nich Morticia Kaufman z jakimś mężczyzną. Na ten widok kobieta złapała się za usta i natychmiast wybiegła. Teodor zmarszczył brwi.
- Proszę nam pomóc, błagam - wysapał. 

                                          *                             *                                       *

Draco przebudził się dopiero pod wieczór. Znajdował się w nowoczesnym szpitalu w samym sercu greckiej szkoły magii. Wszędzie kręcili się ludzie. Przy jego łóżku, na krześle pochrapywał Teodor. Pierwszy raz Draco zobaczył u niego na polikach rumieńce. Widok ten był nad wyraz zdumiewający. Malfoy podciągnął się na łokciach do pozycji siedzącej. Skrzywił się lekko. Zajrzał pod kołdrę i na prawej nodze zauważył sporej wielkości opatrunek. A co z Rosą? Uderzył w nogę Teodora. Chłopak podskoczył na krześle i błyskawicznie dobył różdżki. Stary nawyk.
- Ach, to Ty - mruknął, rozmasowując sobie kark.
- Dziewczynka, trzynaście lat, ma na imię Rosa. Jest tutaj? - zapytał szybko Draco. Na twarzy Teodora odmalowało się zdziwienie.
- Nie wiem, co jest stary? - Przysunął się z swoim krzesłem bliżej posłania. Tutejsze pielęgniarki były tak miłe, że pozwoliły mu tutaj zostać.
- Zaatakował nas wąż morski. Nic nie mogłem zrobić. Zdążyłem wepchnąć ją tylko do cylindra - chłopak ukrył twarz w dłoniach i zaczął kontynuować. - Zranił ją w brzuch, woda zaczęła błyskawicznie barwić się krwią. Jakieś cholerne rybki się zjawiły i zaczęły przegryzać mój kombinezon. Chwila nieuwagi i oberwałem w nogę. Zdążyłem zapakować się cylindra, potem pamiętam tylko Granger i nic więcej - zakończył. Teodor słuchał w milczeniu.
- Czekaj chwilę - powiedział i gdzieś poszedł. Draco leżał myśląc o Rosie. Nie wybaczyłby sobie, gdyby umarła. Tyle mu pomogła. Ostrzegła go przed zamkiem Hypnosa, ruchomymi piaskami i syrenami. Chciał jej za to wszystko podziękować osobiście. Teodor wrócił po pięciu minutach jeszcze bardziej zarumieniony. Odchrząknął.
- Rosa wyszła stąd godzinę temu, nic wielkiego jej się nie stało. Miała tylko draśnięcie, ale przy jakiejś tętnicy, czy coś. Hermiona również się już obudziła - zdał całą relację.
- Hermiona?
- No, miała odlot, jak tylko krew zobaczyła.
Draco rozciągnął się wygodnie na łóżku.
- Ty, a wiesz co w tym wszystkim jest najdziwniejsze? - spytał Teo, a gdy Draco mruknął na znak, że go słucha, to opowiedział mu o zachowaniu profesor Kaufman. Draco zmarszczył brwi.
- Reaktywacja Śliskich Gadów, czy jeszcze nie? - zapytał.
- Śliskich Gadów? Stary, mówiłem Ci że ta nazwa to obciach.
- To jaką ty kreatywną nazwę wymyśliłeś, Czubku? - zapytał Draco z powątpiewaniem.
- NieodNOTTowani. - Chłopak uśmiechnął się szeroko. Draco uderzył go poduszką, niechętnie zgadzając się na propozycję przyjaciela. Pożegnał go krótkim ''wynocha, idę spać'' i zasnął. 


                           *                                                    *                         *

Tumtumtutmtumtumtumtutum..
Tak jest, Mopsik powrócił. Komentujcie, komentujcie i karmcie moją wenę. 
Głaszczcie mnie, bo jestę kotełkę XD 1 września - szkoła. Trochę mi z tego powodu odbija, więc możecie mi wybaczyć :c 

Pozdrowienia i takie inne :333